nie pamiętasz hasła?
Dziś są imieniny: Marcina, Rafała, Arety
×

Uwaga! Nasze strony wykorzystują pliki cookies

Pliki cookies ułatwiają korzystanie z naszych serwisów. Używamy ich w celach reklamowych i statystycznych a także po to, by dostosować nasze witryny dla indywidualnych potrzeb naszych czytelników i użytkowników. Plików cookie mogą też używać nasi partnerzy, reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy multimediów. Może zmienić ustawiania dotyczące plików cookies na Twojej przeglądarce. Korzystanie z serwisów bez dokonania zmiany oznacza, że pliki COOKIES będą zapisywane w pamięci twojego komputera lub innego urządzenie, z którego korzystasz do przeglądania witryn internetowych. Więcej informacji na temat cookies znajdziesz w naszej polityce prywatności.

W polskiej republice nietolerancyjnej

dodano: 2017-04-08 19:46:04

Mam 22 lata. Od 7 lat walczę; mniej lub bardziej skutecznie z zaburzeniem obsesyjno-kompulsywnym, nerwicą lękową, depresją spowodowaną ww. oraz nawracającymi napadami paniki, szczególnie w nocy.

Zaczęło się niewinnie – w wakacje. Położyłem się spać i przypadkowo przyłożyłem dłoń do serca. Dzięki temu, że uprawiałem sport i nadal go uprawiam (niestety już nie wyczynowo, ale ciągłe utrzymuję wysokie tempo), miałem niskie tętno spoczynkowe. Nie mogę powiedzieć, ile dokładnie wtedy ono wynosiło, w każdym razie, dziś wynosi 42 uderzenia na minutę. Poczułem, że serce przestało mi bić. Bardzo się przestraszyłem i na drugi dzień poszedłem do lekarza rodzinnego.

 

Lekarz rodzinny, zadał mi bardzo mocny cios mówiąc: „Ja tu nic nie słyszę, jakieś szmery..”. Dostałem skierowanie do szpitala. Spędziłem w nim 3 dni. Wszystkie wyniki wychodziły książkowo, i ciągle słyszałem, że tak zdrowej osoby, jeszcze tutaj nie widzieli. Świetnie... naprawdę nic mi to nie dawało. Po wyjściu ze szpitala, bałem się chodzić spać. Bałem się, że umrę, bałem się, że dostanę zawału. I tak zaczęła się moja nerwica lękowa.

 

Nerwica lękowa, postanowiła, że „zaprosi” swoich dobrych znajomych, tj. nerwicę natręctw, depresję i napady paniki, oraz pojawiającą się derealizację przy mocnym lęku. Wytrzymałem z nią 6 miesięcy, po czym udałem się do psychiatry dziecięcego w Piotrkowie Trybunalskim. Nie będę promował imienia oraz nazwiska tej pseudo lekarki, ale wiem, że nawet dziś, dzieci wychodzą od niej z płaczem. Pojechałem na tę wizytę, i psychiatra zdiagnozowała u mnie to, co ja już sobie wcześniej sam zdiagnozowałem, tj. nerwica lękowa i zaburzenie obsesyjno-kompulsywne.

 

 

Zdiagnozowała u mnie jeszcze jedną rzecz.. schizofrenię. Pani psychiatra była trochę niedouczona, ponieważ nie widziała różnicy pomiędzy głosami myślowymi (omamy hipnagogiczne), a głosami słyszanymi przez uszy. Opisałem jej, że kiedy kładę się na boku i zamykam oczy – słyszę głosy. I tak, jak wyżej – postawiła diagnozę – schizofrenik. Przepisała mi swoje kiepskie prochy, których ani raz nie wziąłem. Zamiast otrzymać pomoc czułem się o 1000% gorzej niż przed wizytą.

 

Postanowiłem, że popełnię samobójstwo. Niewiele brakowało, ale pojawiła się myśl, aby spróbować jeszcze raz – miałem 15 lat. Napisałem post na abcZDrowie. Opisałem wszystko i czekałem na odpowiedź. Na mojego posta, odpisała, świeżo po studiach pani psycholog Arleta Balcerek. Sposób, w jaki mi odpisała, bardzo mi się spodobał i przede wszystkim – uspokoił mnie. I generalnie w tamtym momencie, zaczęła się nasza znajomość trwająca do dziś.

 

Napisałem do redakcji tego portalu z prośbą o e-mail do tej Pani. Czekałem 3 dni na odpowiedź. Ale nie dostałem odpowiedzi od redakcji – dostałem od Niej. Dzięki Pani Arlecie Balcerek (aktualnie najlepszej psychoterapeutce w Warszawie) – żyję. Wymieniliśmy kilka maili, po czym powiedziała żebym zadzwonił do (przepraszam nie pamiętam dokładniej nazwy), poradnik telefonicznej, w której pracowała. Rozmawialiśmy ponad godzinę. I można powiedzieć, że mój stan się nieco poprawił.

 

Oczywiście nadal miewałem stany załamania, lęku. Natręctwa były ogromne (napiszę później), ale dawałem radę. Wymieniałem maile z panią Arletą – stała się moim przyjacielem. Przy mojej nerwicy i innych zaburzeniach jej towarzyszących, rozmowa okazuje się bardzo pomocna. Wiele rzeczy się zmieniło. Pewnie nasuwa się Wam pytanie, dlaczego nie spróbowałem z tomaszowskimi psychologami?

 

 

Próbowałem dokładnie z czterema. I jedyne, co mogę napisać, to, niech wrócą do szkoły i się douczą. Bo biorą przykład z pewnej Pani z Piotrkowa Trybunalskiego. Zacząłem wychodzić do ludzi, bo też był z tym problem oraz wróciłem do uprawiania sportu. Przeszedłem z treningu siatkówki na bieganie. Dzięki bieganiu, stałem się pewniejszy, ale też nauczyłem się, że nie warto od razu ufać ludziom, nawet, jeżeli dzieli nas wspólna pasja.

 

Zaprzyjaźniłem się z kilkoma osobami, które również biegały. Biegaliśmy razem, dużo rozmawialiśmy. Myślałem, że są to osoby dojrzałe emocjonalnie, ponieważ były po studiach, miały dzieci. Okazało się, że grubo się myliłem. Zaufałem im i powiedziałem o swoich zaburzeniach. Stopniowo zaczęli mnie odrzucać i traktować jak człowieka drugiej kategorii (od tego czasu w polskiej republice nietolerancyjnej, za dużo się nie zmieniło). I odrzucili.

 

Było mi przykro, ale natręctwa myślowe nasuwały mi jedno: zemsta. Chciałem osiągać, coraz to lepsze wyniki. Pewnego dnia, kiedy biegałem na Lechii, zawołał mnie facet z puszką piwa w dłoni. Zapytał czy chcę być jak te wszystkie tuptusie tutaj. Odpowiedziałem, że nie. Powiedział, że mam bardzo dobry krok – średniodystansowy i że zrobi ze mnie mistrza Polski. To nic, że miał tę puszkę, ważne, że się mną zainteresował. Bo do tej pory, moim losem interesowała się tylko Pani Arleta.

 

Zacząłem trenować, i ślad po nerwicy lękowej zaginął. Nie bałem się już, że dostanę zawału. Nawet nie wiedziałem, w jak wielkim błędzie wtedy byłem. Zniknął lęk – nie nerwica. Dużym problemem było chroniczne i przewlekłe zmęczenie. Moim fetyszem stało się ciągłe dochodzenie, dlaczego jestem tak zmęczony. I dziś już wiem, dlaczego. Trenowałem ciężko, ale mimo zmęczenia miałem bardzo szybki progres. W pewnym momencie, myślałem nawet, że będzie z tego coś więcej niż tylko Mistrzostwo Polski.

 

 

W 2014 roku, zakwalifikowałem się do Mistrzostw Polski, do biegu na 10.000m. Uzyskałem minimum, i wystarczyło tylko wystartować i wygrać (uzyskane minimum mi to gwarantowało). Niestety, koniec tej historii nie będzie taki ładny. Strasznie schudłem, kiedy spotykałem znajomych, z którymi dawno się nie widziałem, mówili: „ale schudłeś! itd”. Moje zaburzenie obsesyjno-kompulsywne, krótko mówiąc: wykluło się.

 

Zacząłem, coraz mniej jeść, bo bałem się, że przytyję. Zaczęło się obsesyjne myślenie: „a co jak znowu ich spotkam? I powiedzą, że przytyłem”. Kilka miesięcy przed mistrzostwami, uszkodziłem prawą pachwinę. Zacząłem jeść Diklofenak i Ketoprofen w nadziei, że „może, to pomoże”. Po krótkiej przerwie wróciłem i.. naderwany prawy przywodziciel uda, lewa pachwina, prawa pachwina oraz przeciążenie lewej łąkotki. I tak stałem się tablicą Mendelejewa oraz kaleką z depresją, nerwicą natręctw oraz napadami paniki.

 

Nie pamiętam, ile dokładnie zeżarłem Ketonalu i Diklofenaku. W każdym razie, było tego sporo. W 2015 roku, wróciłem do biegania. Było to dość kiepskie. Mało jadłem, brałem tabletki przeczyszczające, ważyłem 56 kg przy wzroście 176 cm. Tego samego roku, dostałem nawrotu nerwicy lękowej. Dokładniej mówiąc – grudzień 2015. W styczniu 2016 roku, zaczęła się wojna totalna.

 

Dodam, że w 2015 roku, przez 6 miesięcy nie napisałem do Pani Arlety. Jednak, mimo tego, że nigdy za pomoc, którą mi udzieliła nie wzięła ani grosza, to tym razem, ona napisała jako pierwsza. Jest mi wstyd i jest to jedna z rzeczy, których nigdy sobie nie wybaczę. Po prostu „czułem się dobrze” i ją olałem. Myślałem też, że być może już nie chce mieć ze mną żadnego kontaktu. Dostałem nawrotu i nie sądziłem, że nerwica lękowa, w połączeniu z nerwicą natręctw i depresją może być, aż tak potężna.

 

Ze stanem, który opiszę niżej, poradziłem sobie w ok. 10 dni. Bez leków, dałem radę z pomocą Pani Arlety i dzięki swojej wiedzy. Nie miałem w ogóle apetytu. Dziennie może z z 300-500 ml wody wypijałem, budziłem się w nocy 3-4 razy – mokry, w dzień było mi zimno. Powtarzałem sobie, że muszę to przeczekać. Jednak, czułem się już tak fatalnie, że poszedłem do lekarza rodzinnego, z prośbą o receptę na Hydroksyzynę (nie wziąłem ani jednej tabletki. Dopiero sięgnąłem po 10mg w lutym 2017 roku – i to koniec). Receptę dostałem, ale dostałem również, skierowanie do psychiatry.

 

 

Był dość ładny dzień jak na styczeń, więc postanowiłem zanieść to skierowanie, a potem pobiegać. Kiedy wszedłem do tomaszowskiej poradni zdrowia psychicznego i zobaczyłem osoby tam siedzące i czekające na wizytę, zamurowało mnie. Z ich twarzy wyczytałem jedynie zmęczenie, brak nadziei i totalne tomaszowskie psychiatryczne bagno. Mimo, iż na skierowaniu miałem napisane PILNE, to wizyta była za ponad 2 miesiące.

 

Gdy zaniosłem już skierowanie, poszedłem pobiegać. Stoczyłem wewnętrzną rozmowę. Wmawiałem sobie, że to tylko lęk, ma książkowe działanie, ale da się nad nim zapanować. Zapytałem się siebie, czy chcę wyglądać jak Ci ludzie z poczekalni. Odpowiedź była prosta, nie. Wizytę miałem wyznaczoną pod koniec marca, ale na nią nie poszedłem. Pojechałem na prywatną wizytę do Łodzi, do Pani Iwony Dzitko.

 

Nie pojechałem w celu diagnozy, pojechałem w celu uspokojenia – i się uspokoiłem. Wizyta przebiegła tak, jak tego oczekiwałem. Ku mojemu zdziwieniu lęk został. Stało się jednak coś, co umożliwiło mi „życie na 80%”. Lęk nie jest przewlekły i pojawia się, co 15-20 dni. Trwa około 1-5 minut. Nadal jeżdżę do Pani Iwony. Nie jeżdżę po recepty. Jeżdżę w celu rozmowy. I to mi pomaga. Życie z nerwicą lękową nie jest miłe.

 

Dzięki Pani Arlecie i Pani Iwonie, udało się wyciszyć lęk, na tyle, abym mógł „jakoś” funkcjonować. Ciągle jednak jestem, jednym wielkim zaburzeniem obsesyjno-kompulsywnym. Gdy mi coś nie wychodzi, załamuje się, lecą mi łzy. Moje życie jest pod kontrolą, ww. zaburzeń. Ale mimo tego, jestem zadowolony, że mam z kim porozmawiać i z tego, że po prawie 14 miesiącach od nawrotu, nie mam już prawie lęku. Zabrzmi to komicznie, ale cieszę się, że dostałem tego nawrotu. Dzięki nawrotowi, po 6 latach wirtualnej znajomości z Panią Arletą, po raz pierwszy spotkaliśmy się w 2016 roku, w maju.

 

Jest mi ciężko. Jedyne wsparcie mam u Pani Iwony i Pani Arlety – odczuwalne wsparcie. Mój trener, zmarł w 2015 roku, pod koniec marca (z przepicia). Nie miał mu kto pomóc. Pomoc przyszła, ale było na to o 20 lat za późno.

 

Kilka rad dla osób z podobnymi zaburzeniami. Odpowiedni lekarz (nie tomaszowski), wsparcie rodziny, ale nie na zasadzie „weź się w garść” – bo to i tak nic nie da. Nie czytajcie również, opinii dotyczących leków, nie czytajcie o chorobach i przede wszystkim... nie czytajcie ulotek. Jeżeli lekarz, przepisuje wam lek, w takiej lub innej dawce, to w takiej go trzeba brać. Nie pytać na forach internetowych, bo gwarantuję Ci – nie weźmiesz już tego leku.

 

 

Na forach, są różni ludzi, większość z nich to narkomani. Nie polecam również, czytać o doświadczeniach z lekami, bo według forumowiczów „nic nie działa”. Ja leków nie biorę; choć mam ochotę. Jak wyżej napisałem, funkcjonuję dzięki dwóm osobom, ale również dzięki swojej nabytej wiedzy oraz technikach, które pozwalają mi zwalczać, różne głupie myśli. Jeszcze jedna rada, wyjdź do ludzi, ale nie mów o swoim problemie, dopóki ich nie poznasz.

 

Przede wszystkim; pobiegaj. Naprawdę, aktywność fizyczna bardzo pomaga. Zrób tyle, ile będziesz w stanie. Nie zamykaj się w domu, bo to tylko pogorszy sprawę. I pomyśl nad dobrym psychoterapeutą, naprawdę warto. Nie jest to opowieść science-fiction, to czy w to uwierzysz, czy nie – to Twoja sprawa. Napisałem, to jednym tchem, i nie napisałem wszystkiego. Bo pewnie i tak większość ludzi nie doczyta tego do końca, ponieważ w trakcie czytania stwierdzi: „ jaki psychol, zamknąć go!”. Nie wiem też czy nie jest to pogmatwane. Mimo, iż jestem świadom wszystkiego, co się ze mną dzieje, to nie jestem w stanie wygrać z tym w 100%.

 

P.S. Nie biorę żadnych zasiłków, i nie mam nawet renty, więc nie jestem nierobem, jak pewnie o mnie sądzisz. 


Komentarze do tego artykułu są moderowane. Oznacza to, że Twoja opinia pojawi się na stronie po zaakceptowaniu jej przez moderatora. Nie zostanie zaakceptowana żadna wypowiedź zawierająca wulgaryzmy wypowiedziane wprost, skrótami lub wygwiazdkowane. Prosimy używać języka polskiego z zachowaniem zasad pisowni. Nie tolerujemy TaKiEgO StYlU PiSaNiA. Zamieszczanie kilku kolejnych wypowiedzi pod jednym tematem uważamy za „zaśmiecanie” strony. Redakcja nie bierze odpowiedzialności za opinie wyrażane przez internautów.
Wybierz sposób wyświetlania:
liniowy
drzewo
+2 (2) ↑ tak ↓ nie ! zgłoś
dodaj odpowiedź
Komentarz jest odpowiedzią na komentarz nr @3
: Piszesz "... nie poddawaj się niech inni gadają". To się tak łatwo pisze. A wiesz jaki to ból psychiczny, gdy znajomi przyglądają się tobie z podejrzliwością, obserwują twoje zachowanie? Rozmowa z psychologiem, a nawet z psychiatrą daje efekty, bo lekarza obejmuje tajemnica lekarska. Jednak są przypadki, że nawet najlepszy psychiatra nie pomoże, ponieważ aby komuś w takim stanie pomóc trzeba pewne sprawy samemu przeżyć.
Znam kobietę, która po rozwodzie z winy męża wpadła w depresję, ale jakoś się z tego wygrzebała. Sama wychowywała syna od 3 roku życia (ojciec wcale nie interesował się życiem syna, nie płacił alimentów), był jej całym światem, była z niego dumna. Odpowiednio pokierowała jego nauką i gdy już syn miał ukończone studia, super pracę (inż.informatyk-programista w niemieckiej firmie) i poukładane życie, nagle zachorował na nieuleczalną chorobę. Wiesz jaka to tragedia pochować własne dziecko w wieku 33 lat?
Ta matka do pogrzebu jakoś się trzymała na lekach, ale po pogrzebie chciała po prostu odebrać sobie życie, bo straciła chęć do życia. Brak bliskiej rodziny i odsunięcie się znajomych (bo ona jest wariatką, bo leczyła się 2 m-ce w psychiatryku) sprawił, że ta kobieta zamknęła się na cały świat i chociaż minęło już prawie 8 lat od śmierci syna nie jest w stanie wyjść do ludzi, bo w każdym napotkanym na ulicy młodym, wysokim chłopaku widzi swoje dziecko i ból wraca. Funkcjonuje psychicznie normalnie, fizycznie trochę gorzej, no ale to wina wieku, ma swoje zainteresowania, ale te podejrzliwe spojrzenia ... te szepty za plecami ...
Czasem gdy ją spotykam, ale rzadko, to łzy płyną jej z oczu, ponieważ jej syn był moim dobrym znajomym i mój widok przypomina jej o nim.
czwartek, 27 kwietnia 2017, godzina 16:08:05
+3 (5) ↑ tak ↓ nie ! zgłoś
dodaj odpowiedź
DaroDP: Fajnie napisane, dobrze się czyta, ciężko sobie wyobrazić życie z takimi zaburzeniami, dobra robota, dzięki za Twoją opowieść.
wtorek, 11 kwietnia 2017, godzina 22:11:20
+5 (5) ↑ tak ↓ nie ! zgłoś
dodaj odpowiedź
Komentarz jest odpowiedzią na komentarz nr @1
Mr .dog: Zgadzam się w 100% idąc do psychologa w oczach ludzi jesteś wariatem ,ale czasem rozmowa z obcą osobą jest lepsza niż z kimś bliskim łatwej się otworzyć .Oby tak dalej trenuj człowieku i nie poddawaj się niech inni gadają
niedziela, 9 kwietnia 2017, godzina 09:37:42
+5 (5) ↑ tak ↓ nie ! zgłoś
dodaj odpowiedź
Bo: Bardzo piękny list. Straszna samotność ludzi obdarzonych wrażliwością w piekiełkach małych miasteczek. A przecież to tacy ludzie jak autor tego listu są w naturalny sposób przewodnikami w rozwoju osobistym. Beton się nie rozwija. Źdźbło trawy w szczelinach betonu ma ciężko. Życzę Panu, żeby się Pan na tyle wzmocnił, by spokojnie i bez zawstydzenia mówić swoją prawdę. Beton uzna Pana za wariata? Cóż - jest nas więcej! I takich - sobie podobnych spotka Pan jeszcze wielu. Chociaż nie ma we mnie aż tyle optymizmu, żeby uważać, że stworzymy w Tomaszowie piękny trawnik.
niedziela, 9 kwietnia 2017, godzina 08:43:17
+6 (6) ↑ tak ↓ nie ! zgłoś
dodaj odpowiedź
Do nieznajomego: Niestety tak jest w naszej rzeczywistości, że jeżeli ktoś znajomy zauważy cię w kolejce do psychologa, to zaraz wszystkim znajomym rozpowie, że jesteś niezrównoważony psychicznie, bo leczysz się u psychiatry. W Polsce jeśli ktoś korzysta z porad psychologa, a nie daj Boże jeszcze z porad psychiatry, jest napiętnowany jako "głupek". Natomiast w USA, każdy kto potrzebuje tego rodzaju pomocy jest otoczony opieką indywidualnego psychoterapeuty. Nikt nie zdaje sobie sprawy, że to taka sama choroba jak każda inna i jego też może w każdej chwili taki stan spotkać. Najczęściej depresja dotyka ludzi bardzo wrażliwych, ponieważ wystarczy małe niepowodzenie, np. w pracy, czy też jakiś cios losu (śmierć kogoś bliskiego) i ten stan depresji powraca jak bumerang. Te wszystkie stany lękowe i depresyjne można tylko stłumić, ale nigdy tak do końca wyleczyć. I to jest smutne...
sobota, 8 kwietnia 2017, godzina 21:30:09

dodaj artykuł dodaj fotoreportaż
^ do góry