nie pamiętasz hasła?
Dziś są imieniny: Łucji, Otylii, Włodzisławy
×

Uwaga! Nasze strony wykorzystują pliki cookies

Pliki cookies ułatwiają korzystanie z naszych serwisów. Używamy ich w celach reklamowych i statystycznych a także po to, by dostosować nasze witryny dla indywidualnych potrzeb naszych czytelników i użytkowników. Plików cookie mogą też używać nasi partnerzy, reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy multimediów. Może zmienić ustawiania dotyczące plików cookies na Twojej przeglądarce. Korzystanie z serwisów bez dokonania zmiany oznacza, że pliki COOKIES będą zapisywane w pamięci twojego komputera lub innego urządzenie, z którego korzystasz do przeglądania witryn internetowych. Więcej informacji na temat cookies znajdziesz w naszej polityce prywatności.

Wietnam (Da Nang) - Czarna dziura i Hongkongcisco

dodano: 2017-10-11 15:32:00, ostatnia aktualizacja: 2017-10-12 20:23:05

Po zwiedzeniu najważniejszych zabytków Hue zdecydowałem się kontynuować zabawę w wycieczki po pułapkach turystycznych. Za kolejny punkt na mojej mapie, w myśl niskich dziennych przebiegów, obrałem sobie leżące ok. 100 kilometrów od Hue Da Nang.

Przy porannej kawie w lokalu z wifi, znów skorzystałem z couchsurfingu wysyłając kilka zapytań o dach nad głową i międzykulturowe towarzystwo. Nie spodziewałem się takiego odezwu. Na pięć wysłanych wiadomości, w ciągu kilkudziesięciu minut, oddzwoniły do mnie trzy osoby. Wszedłem spowrotem na couchsurfing i mój wybór padł na Wonga. Po pierwsze, nie lubię nocować u kobiet - couchsurfing to nie serwis randkowy. Po drugie, Wong był jedyną osobą nie mającą stałego zatrudnienia ani zobowiązań w postaci szkoły. Spodobało mi się to, że mogłem wykorzystać swój czas w Danang stając się cieniem typowego, wietnamskiego nastolatka.

 

Z Hue do Da Nang miałem tylko 100 kilometrów, więc specjalnie mi się nie spieszyło.

 

Pozostała kwestia dostania się do mojej miejscowości docelowej. Regulując rachunek w hostelu, pani zaoferowała mi zabukowanie biletu na autobus za jedyne 200.000 dongów (10 dolarów). Taniej wyszłoby zwykłe udanie się na stację i zapłata u kierowcy, ale dzielnica turystyczna w Hue zdominowana jest przez usługi typu wynajem wszystkiego, przedłużanie wizy i innych części ciała, rezerwacje biletów na wszystkie środki transportu w obrębie całej galaktyki, itp. Niektórzy podróżni nie wyobrażają sobie, że jadąc z miejsca na miejsce można kupić bilet na stacji. Miejsce musi być zaklepane wcześniej i już. Sam, nie lubię niczego klepać - średnio przepadam za zobowiązaniami wymagającymi ode mnie punktualności.

 

Idąc z tabliczką wzdłuż drogi wylotowej z Hue, zatrzymał się skuterek, którego kierowca wywiózł mnie z miasta. Niestety, okazało się, że był mototaksówkarzem i domagał się zapłaty. Za 5 kilometrów do miejsca, w którym trasa wylotowa łączy się z obwodnicą, która jest częścią AH1 chciał zielony, plastikowy banknot 100.000 dongów (5 usd). Bez targowania, po prostu, dałem mu 20.000 dongów, czyli tyle, ile usługa faktycznie była warta. W miejscach turystycznych, kierowcy lubią rzucać ceny z kosmosu. Dopisałem na tabliczcę zwrot "khong co tien" - czyli "za darmo". Praktycznie, od razu gdy stanąłem wzdłuż drogi zatrzymał się kolejny motocykl. Tym razem, pokazałem nowy zwrot. Kierowca o imieniu Thanh, po angielsku odpowiedział, że nie ma najmniejszego problemu i zaprosił mnie na tylną część siedzenia. W drodzę, wytłumaczył mi, że pochodzi z Khan Tho leżącego w Delcie Rzeki Mekong, a w centralnym Wietnamie odwiedza znajomych. Do Da Nang wracał oddać wynajęty skuter i stawić się na lot powrotny do swojego miasta.

 

Czekało mnie zatem 100 kilometrów jazdy skuterem o pojemności skokowej 125 centymetrów sześciennych. Po przejechaniu kilku pierwszych kilometrów, Pan Thanh słusznie zauważył, że moja czapka nie jest utwardzana. "Trzeba Ci kupić kask", powiedział. W Wietnamie, wsiadając na jednoślad inny niż rower, trzeba założyć nawet najbardziej prowizoryczny hełm. W odróżnieniu od wielu miejsc na Świecie, tutaj, drogówka lubi się do takiej błahostki przyczepić. Zatrzymaliśmy się więc przy jednym z ulicznych straganów i kupiliśmy najtańszy, nie tylko znajdujący się na stanie, ale jaki w ogóle w życiu widziałem, kask. Kosztował całe 20.000 dongów (1 dolar). Mimo, że był nowy, miał jedną wadę - pastelowo różowy kolor pasowałby bardziej do cykającej słitfocie przed lustrem małolaty.

 

 

Muszę przyznać, że znajdując się na tyle najsłabszego drogowego ogniwa wrażliwego na wszystkie wyboje w drodzę i rozsypany w losowych miejscach piasek, czasami zamykałem oczy widząc wyprzedzającą na trzeciego ciężarówkę prującą prosto na nas. Wietnamscy kierowcy, są jednak dobrym materiałem do badań nad telekinezą. Oni po prostu wiedzą kiedy zjechać, kiedy jechać pod prąd, kiedy ustąpić, a kiedy się wcisnąć - i to nie tylko wtedy gdy domagający się miejsca "szybkus" z tyłu obwieści innym swoją obecność głośnymi decybelami klaksonu. Thanh, okazał się być jednak dobrym, przezornym kierowcą ze świetnym poczuciem humoru. Po około 50 kilometrach od Hue, zjechaliśmy pod wiatę nad morską zatoką. Wszyscy kierowcy ładowali na skutery na specjalną przyczepę.

 

"Pewnie ucinamy sobie drogę promem zamiast jechać przez góry", pomyślałem, ale za chwilę doszło do mnie, że pod naczepą znajdują się koła a cały ładunek zaprzęgnięty jest do dostawczego Forda Transita. Nie była to przeprawa promowa. Tak wygląda przygotowanie do przejazdu przez "czarną dziurę" znajdującą się po środku prowincji...... . Czarna dziura to, w istocie, kilkukilometrowy tunel - użytkowe dzieło wietnamskich i japońskich inżynierów oraz dobrze zbudowanych przedstawicieli klasy robotniczej.

 

Góra, pod którą przebiega, stanowi granicę klimatu i portal kilku wymiarów w jednym. W zależności od pory roku, wjeżdżając mokrzy od deszczu przy wyjeździe, najpierw nas oślepi a potem wysuszy słońce. Wietnam, bowiem, znajduje się pod wpływem dwóch monsunów - zimowego, podlewającego obszar północno-zachodni, oraz letniego, który daje się we znaki reumatykom na południu i południowym wschodzie. Ponieważ ja zjeżdżałem w dół w środku lutego, kiedy tylko wysiedliśmy z busika podążającego posłusznie za przyczepką z motocyklami, od razu poczułem skwar gorącego tropikalnego słońca i gorące uderzenie, w miarę suchego wiaterku. Przez chwilę poczułem się trochę jak jeden z bohateru serialu "Sliders", w którym w każdym odcinku, grupka przenosiła się do innego wymiaru tego samego świata.

 

Chmury monsunowe V.S. słońce.

 

Niestety, tym razem, przyszło mi zapłacić za nagłą zmianę klimatu - i to nie złym samopoczuciem tylko zadyszką spowodowaną treningiem przełajowego sprintu na szybką orientację w różnych miejscach. Moje pierwsze dwa dni w Da Nang, polegały na krótkodystansowych biegach do celu i spowrotem. Po raz pierwszy odkąd wyjechałem z Tomaszowa, bowiem, dotknęła mnie tzw. "biegunka podróżnych". Na szczęście, tak jak początkowo myślałem, było to spowodowane nie zatruciem pokarmowym a zmianą metabolizmu spowodowaną innymi warunkami atmosferycznymi i kłopoty szybko się skończyły.

 

W przerwie od sprintu.

 

czytaj dalej »
podstrony: 1 2 3

Komentarze do tego artykułu są moderowane. Oznacza to, że Twoja opinia pojawi się na stronie po zaakceptowaniu jej przez moderatora. Nie zostanie zaakceptowana żadna wypowiedź zawierająca wulgaryzmy wypowiedziane wprost, skrótami lub wygwiazdkowane. Prosimy używać języka polskiego z zachowaniem zasad pisowni. Nie tolerujemy TaKiEgO StYlU PiSaNiA. Zamieszczanie kilku kolejnych wypowiedzi pod jednym tematem uważamy za „zaśmiecanie” strony. Redakcja nie bierze odpowiedzialności za opinie wyrażane przez internautów.

dodaj artykuł dodaj fotoreportaż
^ do góry