Mit powszechnej znajomości angielskiego

  • 17.01.2019, 21:29
  • Mariusz Strzepek
Mit powszechnej znajomości angielskiego
Język angielski – z tym trudno dyskutować – pełni dziś taką samą funkcję jak łacina w średniowieczu. Jest z nim jednak ten sam problem: nie jest nawet w połowie tak popularny, jak wydaje się tym, którzy przynajmniej trochę go opanowali. Zresztą nawet dość biegli użytkownicy angielskiego, nie ze wszystkim poradzą sobie sami.

Angielski nie jest powszechny

Absolutnie nie jest tak, że angielski jest językiem zrozumiałym dla większości Polaków. Świetnie widać to po wynikach ankiety przeprowadzonej kilka lat temu, z której wynika jasno, że tylko około 30% ankietowanych rozumie słowo „sale” jako „wyprzedaż” lub „promocję”. Dla reszty jest to tylko słowo napisane w obcym języku. Nawet jeśli dziś statystyka wygląda odrobinę inaczej, to zakładanie, że angielska treść jest powszechnie zrozumiała, jest po prostu błędne.

Faktem jednak jest, że właśnie angielski jest najczęściej rozumianym w Polsce językiem obcym. Nadal jednak, jak mówią tłumacze z serwisu http://www.centrumtlumaczen.pl/tlumaczenia/, to właśnie na tłumaczenia angielsko-polskie i polsko-angielskie, zapotrzebowanie jest największe.

Co z tego, że znasz?

W wielu sytuacjach znajomość angielskiego, nawet biegła, nie jest wystarczająca. Chodzi przede wszystkim o konieczność załatwienia spraw urzędowych: sprowadzenie samochodu, rozwiązanie problemów prawnych ze spadkiem czy jakiekolwiek ustalenia w sądach choćby w sprawie reklamacji, wymagają tłumaczeń uwierzytelnionych, zwanych nieprecyzyjnie przysięgłymi (przysięgły jest tłumacz, a jego tłumaczenie – uwierzytelnione).

To ważne, ponieważ w kwestiach prawnych (choć coraz częściej nie tylko) ważne są językowe drobiazgi, których przeciętny użytkownik angielskiego po prostu nie wychwyci. Właściwie nie ma się czemu dziwić – nawet polskie zapisy w ustawach i kodeksach są pisane niezrozumiałym językiem, a nie jest to tylko cecha naszego prawodawstwa. Tłumaczenia uwierzytelnione to sposób na prawidłowe przetłumaczenie każdego dokumentu właśnie z uwzględnieniem tych wszystkich szczegółów, które mogą zadecydować o interpretacji konkretnych zapisów.

Ogranicz zaufanie do siebie

Dość powszechnie też z usług tłumaczy korzystają przedsiębiorcy. Spora część z nich posługuje się angielskim całkiem nieźle, ale do tłumaczenia ofert, propozycji biznesowych czy nawet stron internetowych zatrudniają tłumaczy. Dlaczego? Dlatego, że nie należy mieć przesadnego zaufania do własnej znajomości języka. Tam, gdzie każde słowo musi trafić na swoje miejsce, lepiej po prostu powierzyć tłumaczenie profesjonaliście – unika się wtedy niepotrzebnych, często pozornie śmiesznych, ale zaciemniających przekaz błędów i buduje się profesjonalny wizerunek. To przecież w biznesie ważniejsze niż kilkadziesiąt złotych oszczędności, kiedy tłumaczy się samodzielnie teksty mające wpływ na dochody rzędu choćby już tysięcy złotych.

Mariusz Strzepek
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Z perspektywy lat
Z perspektywy lat 19.01.2019, 03:53
Ciekawy tekst. Niestety też jest tak, że to właśnie odróżnia te nasze mniejsze miasta od tych ponad 300 tysiecznych. Nie wchodząc już w różnice klasowe.

Te większe miasta też nie są jednorodne, u mnie na Brodnie większość dresikow oczywiście nie mówi żadnym językiem obcym, no ale akurat teraz myślę o środowiskach, które mają jakieś aspiracje i z reguły jednak po szkołach średnich w dużych miastach wychodzi się z lepszym angielskim. Często nie mając nic do powiedzenia to jednak język znają lepiej. To przykre.

Na studiach języka nie nauczymy sie podczas zajęć. Lektoraty teoretycznie są, ale to jest fikcja. Zalicza się wszystkim, nawet przy wielu nieobecnościach.

A język obcy to tylko narzędzie.

Dlatego angielski na poziomie podstawówki i szkoly średniej jest tak bardzo ważny.
W zasadzie wszystko inne można nadrobić, język obcy bardzo trudno. Sensowny kurs na mieście to są 3-4 tysiące za semestr.

Poczucie, że wyjazd do UK zalata te dziurę, jest złudne, bo też wpadamy w konkretne środowisko, z ograniczonym zasobem słownictwa. Nawet na uniwerytecie podczas jednego roku w większości używa się formulek z którymi stykamy się już pierwszego miesiąca. Potem w kółko na okrągło to samo. Mówię o takim życiu instytucjonalnym - załatwianie czegoś, konwersacje na ćwiczeniach, ale tez współczesne teksty do zajęć. Podkreślam: współczesne. Weźcie jakiś handbook - czyli taka przekrójowa podstawa co powinniśmy wiedzie z dziedziny która się zajmujecie i przejrzyjcie go. To jest prosty angielski.

Wspaniałym źródłem do nauki języka są konwersacje kuluarowe. Czy też prywatne.
Ja w pokoju organizowałem kino. W bibliotece mojego uniwersytetu byli trochę polskich filmów - Polański i Kieślowski. To oglądaliśmy kilkanaście razy. To jest coś fantastycznego gdy przy winie i papierosach można sobie porozmawiać w obcym języku na temat o którym coś się wie, a który obie strony interesuje. Ktoś przychodzi do Ciebie do pokoju, potem już nawet nie zapraszany. Pyta co oglądamy? Telewizor z późnych lat 80tych (taki z obudową ze sklejki), znalazłem na śmietniku. Na wózku z supermarketu dowiozlem go do windy swojego akademika. No a potem już na sobie. Był bardzo ciężki - kręgosłup mnie bolał jeszcze długo po tym. Potem jakoś w ciągu następnych kilku dni kupiłem magnetowid i mini wieże by odbierać i nagrywać radio. Oba urządzenia używane, w komisie. Kilka razy wymieniałem, bo ten sprzęt tam jest napoziomie polski Ch lombardow. Chodzilo o to by nie przeinwestowywac. Nie wiedziałem jeszcze czy to wszystko mi wypali i przyda się. Nie płaciłem oczywiście TV license - czyki abonamentu - a z Polski wyjechałem nasluchawszy się jak oni tam skrupulatnie to egzekwuja. To nieprawda. No ale nie po raz pierwszy gdy byłem nie wiedziałem jeszcze. Gdy przychodzili sprawdzać stan pokoju - taki rutynowyn obchodzi do wszystkich, bardzo się bałem i owinalem telewizor w kołdrę na łóżku. Wideo i radio schował do szafy ale też zasłaniając na ile się dało bielizna. Ale nie Otwieralinskromnie nawet. Popatrzyły te baby po ścianach, bo był zakaz wiercenia, tam była specyficzna cegła. Ja nic nie wieszak więc poszły sobie.

Oglądanie filmów i dyskusje to były coś pięknego!
Na ale to były głównie weekendy. W pokoiku - 15 metrowym trzy - cztery osoby.
Najpiękniejsze lata.

Wracajac do języka.
Gramatyka. Jeśli nie będzie kursu / lekcji tylko jej poświęconej to nic pokladanych nadziei związanych z poszerzenie kompetencji językowych na wyjezdzie nie będzie.

Nie jestem angielistą, ale wiem ile sam musiałem zadać sobie trudu a i tak bylem w komfortowej sytuacji bo ojciec pieniędzy na to nie żałował, a wtedy przy obojgu pracujących rodzicach je mieliśmy.

Podczas pięcioletnich studiów nie wyjeżdżam nigdy na wakacje z Warszawy. Byłem kiedyś weekend na Helu z dziewczynami które poznałem w pracy. To wszystko. Rano kurs potem na staż. Jeden drugi, trzeci, piąty, dziesiąty. Część bez sensu. Tak z dzisiejsze perspektywy na to patrząc.

To nie są żale, to uwaga dla gimnazjalistów / licealistów - tyrajcie nad językiem, nawet dogmatycznie. Ja tyralem, a było trochę przeciwności. Fachu nauczycie sie w pracy, języka nie.

Mam sporo zarzutów co do systemu ale i obyczajowosci w Polsce przy nauce języków obcych, jest też cały czas pytanie - ile oczekiwać od szkoly ile od siebie? Wiadomo że od siebie nieporównywalnie więcej, ale to nie jest tak, że większość samemu siedząc w domu, zakladakac że będzie miała do wszystkiego dostęp, nauczy się na przyzwoitym poziomie. Jest jakaś metodyka nauczania, kolejność w programie po szczególnych działow do przerobienia. To nie jest tak ze wszystko się przeskoczy samemu.

Ze znajomość jest języka obcego jest kompetencją klasowa - to jest banał, chociaż wielu twierdzi że bzdury.

Uważam, że to jest ważne, ale to może na inny wpis.

Dziękuję za uwagę.

Pozostałe