Pieniacze... skargi piszą

  • 27.11.2020, 16:12 (aktualizacja 27.11.2020, 17:03)
  • redakcja
Pieniacze... skargi piszą
Pan Waldemar próbował wpisać do dowodu rejestracyjnego instalację gazową. Nie wiedział, że w czasie pandemii w Starostwie Powiatowym zmieniono organizację pracy. Ze względów epidemicznych petenci umawiani są na konkretne dni i godziny. Pan Waldemar tego nie wiedział. Poprosił mimo wszystko o załatwienie swojej sprawy i spotkał się z odmową. Napisał więc skargę, która trafiła do radnych z komisji skarg wniosków i petycji. Skarga jest oczywiście bezzasadna a prawnicy Starostwa twierdzą, że Pan Waldemar jest zwykłym pieniaczem.

19 listopada udałem się do wydziału komunikacji Starostwa Powiatowego w Tomaszowie Mazowieckim, by zgodnie z przepisami dokonano wpisu w dokumentację pojazdu instalacji LPG. Po odczekaniu kilkudziesięciu minut przed budynkiem (...) zostałem wpuszczony do środka i skierowany do sali obsługi interesanta. Wskazano mi trzy okienka, w których byli urzędnicy właściwi do załatwienia mojej sprawy

- czytamy w skardze. Pan Waldemar twierdzi, że miał przygotowany komplet dokumentów niezbędnych do dokonania wpisu. Mimo to sprawy nie udało mu się załatwić, ponieważ nie był wcześniej "umówiony". Urzędniczka zaproponowała, że wyznaczy termin do załatwienia sprawy. Nie spotkało się to z aprobatą interesanta, który próbował przekonywać, że w wyznaczonym terminie nie będzie mógł do urzędu przyjść.

Niezałatwienie tej sprawy w terminie naraża mnie na mandat karny. Zmusi mnie również do do utraty kolejnego dnia urlopu wypoczynkowego i narazi na niepotrzebny powtórny kontakt z osobami potencjalnie chorymi na COVID-19 w urzędzie. 

- twierdzi Pan Waldemar i domaga się ukarania osób odpowiedzialnych za jego zdaniem złą organizację pracy w Starostwie. 

Co na Starostwo Powiatowe? Radni na posiedzeniu komisji skarg, wniosków i petycji, którzy zapoznawali się ze skargą usłyszeli, że skarżący jest typowym przykładem pieniacza oraz osobą "przeinaczającą" fakty.  

Urzędnicy w odpowiedzi powołują się na rozporządzenie Rady Ministrów z 9 października br. w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii. Zgodnie z jego brzmieniem administracja publiczna może ograniczyć wykonywanie zadań jedynie do tych, które mają zapewnić niezbędną pomoc obywatelom. Czy wywiązywanie się z obowiązku wpisania do dowodu rejestracyjnego instalacji gazowej należy do takich zadań? Z całą pewnością tak. 

Zgodnie z tymi przepisami w dniu 9 listopada do odwołania Starosta Mariusz Węgrzynowski zamknął nadzorowany przez siebie urząd dla interesantów. Ograniczenia mają zapewnić bezpieczeństwo mieszkańców oraz urzędników. Wyjątek stanowi właśnie wspomniany w skardze Wydział Komunikacji, który obsługuje petentów po uprzednim ich umówieniu telefonicznym. 

Urzędnicy podkreślają, że istnieje możliwość załatwienia sprawy za pośrednictwem operatora pocztowego o czym mieszkańcy zostali powiadomieni w komunikacie Starosty. W przypadku, kiedy ktoś nie może załatwić swojej sprawy osobiście, może to zrobić przez pełnomocnika. 

 

redakcja_

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (34)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

misiewicz
misiewicz 07.12.2020, 13:20
Pozywać urzędy - sądy administracyjne są jedne z najlepszych w Polsce - jeszcze - interpretują czarno na białym KPA, KPC itd.
Warto a koszta są niewielkie - sam kilka spraw wygrałem - polecam !
jan
jan 02.12.2020, 19:37
Odbierałem ostatnio dowód rejestracyjny.
Pani w okienku 8 zarobiona odrabia lekcje z dzieckiem telefon elegancko dzwoni a pani tłumaczy jakie "u" musi podkreślać w tekście...
Można? Można!
L
L 07.12.2020, 18:42
Szkoda tylko że nikt nie widzi że Panie często zostają po godzinach za które nie mają płacone. Mają rodziny male dzieci w wieku szkolnym, a zdalne nauczanie niestety w dzisiejszych czasach to niestety stało się norma. Wszędzie są braki kadrowe. Krzywda nikomu się nie stała kiedy ktoś zadzwoni i 5 minut poświęci na spr czy z dziećmi wszystko jest w porządku, biorąc pod uwagę ze zostaje w pracy wielokrotnie do późnych godzin wieczornych. Ludzie mniej zawiści! Więcej empatii. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten kto w życiu w pracy nie zadzwonił do kogoś prywatnie...
proszę się nie przejmować
proszę się nie przejmować 10.01.2021, 11:13
Proszę się nie przejmować. Do wyborów wypełniać polecenia szefostwa i tylko tym się przejmować. Tomaszów to robotnicze miasto, ludzi udaje się podjudzić byle czym. Nie pozostaje nic innego jak okopać się i pracować. Jakiś gaz może proszę sobie kupić, no i tyle. Co ma być to będzie, ale zwykle to się kończy tylko na jadzie i prostackich szyderstwa w lokalnym tygodniku, którego mimo cyklicznych cięciach przy zamówieniach, nadal zostaje stos.
PSP
PSP 16.12.2020, 12:49
Droga L , ale czy to wina interesantów , czy osób zarządzających wydziałami w urzędzie , że macie nadgodziny ? Czy to wina interesantów , że naczelnik urzędu i sam urząd łamie prawo nie płacąc wam za te nadgodziny ?
Pracownicy prywatnych firm , czy korporacji nie mają czasu zjeść , a Panie ze starostwa regularnie odwiedzają w godzinach pracy np. pobliskie lumpeksy :)
Stefan
Stefan 11.12.2020, 21:50
Pewnie niech sobie dzwonią do domu ale nie moim kosztem niech odbierają telefony 4 dni dzwoniłem żeby zapisać się na odbiór dowodu bo cały czas odrzucały połączenie !
Jeżeli zostają po godzinach to znaczy że nie są efektywne - kto dobrze pracuje ten szybko pracuje
matka
matka 07.12.2020, 18:23
Panie Janie tak się zdarzyło, gdyby Pan nie zauważył, że w tym wydziale pracują KOBIETY. Często matki, które muszą się mierzyć nie tylko z pracą zawodową ale i nauczaniem zdalnym swoich dzieci. Gdyby te wszystkie matki poszły na zasiłki Covidowe, BO MOGĄ, to kto by Pana obsłużył? Jak działałby wydział? Każdy kij ma dwa końce proszę Pana. Więc trochę empatii. W Wydziale nie pracują roboty tylko ludzie. Myślę, że panie i tak robią co mogą, żeby zadowolić petentów. Wszystkiego dobrego życzę Panu i Pani z okienka nr 8 także. :)
Zygmunt
Zygmunt 11.12.2020, 20:50
Niech zatrudnią Panów i będzie po problemie
Jolka
Jolka 08.12.2020, 10:58
no to praca czy zabawa, praca czy wychowanie, o co chodzi - do wychowania dzieci służy urlop wychowawczy lub zwolnienie na dziecko !
69
69 02.12.2020, 18:56
http://100aferpis.pl/
***** ***
***** *** 01.12.2020, 14:26
ja jestem w srodku pozwu przeciw starostwu w tomaszowie, wiem ze nie wygram bo przeciez w tym pisowskim pier****ku nei oderwie sie tych tlustych mord od koryta ale probowac trzeba :)
Aleksanda Lipczak, Haruj a będziesz biedny. (nominacja do Grand Pressa…
Aleksanda Lipczak, Haruj a będziesz biedny. (nominacja do Grand Pressa 2015) 30.11.2020, 15:55
To nie nadgodziny decydują o dobrobycie. Mniej pracy się opłaca
Tekst ukazał się 8 listopada 2014 r. w Magazynie Świątecznym

Przez pięć lat mieszkałam w portowej dzielnicy Barcelony - Barcelonecie. Kiedyś dzielnica rybaków, dziś przyciąga turystów i słynie z najlepszej paelli w mieście. Moje okna wychodziły na restaurację prowadzoną przez dwa pokolenia imigrantów z Saragossy. Do knajpki goście, w tym wielu obcokrajowców zwabionych recenzjami na TripAdvisorze i Lonely Planet, ustawiali się w kolejce.

W weekendy niewtajemniczonych spotykała jednak często niemiła niespodzianka. W sobotę po obiedzie restauracja zamykała swoje podwoje, by otworzyć je dopiero w poniedziałek wieczorem. Pozostawała zamknięta, kiedy w okolicy kręciło się najwięcej potencjalnych gości.

Właściciele nie wydawali się tym przejmować. Sobotnie popołudnia spędzali z dziećmi i wnukami na ulicy przed domem. W niedziele lubili wyjeżdżać na całodniowe wycieczki.

Lenie? Carlos Slim, telekomunikacyjny magnat z Meksyku, by się z tym nie zgodził. Tego lata oświadczył: powinniśmy pracować trzy dni w tygodniu.

- 40-godzinny tydzień pracy to przeżytek z innej epoki, kiedy byliśmy biedniejsi i żyliśmy krócej - przekonywał. - Pracując krócej, mielibyśmy więcej czasu na relaks, jakość życia i bardziej wydajnych, zdrowszych pracowników .

Gdyby te słowa wypowiedział Noam Chomsky, okrzyknięto by je lewicową ekstrawagancją. Padły jednak z ust jednego z najbogatszych ludzi na świecie.

Wróżba Keynesa

W 1928 roku ekonomista John Maynard Keynes stanął przed studentami uniwersytetu w Cambridge i wygłosił wykład o tym, jak wyobraża sobie przyszłość kapitalizmu. Jak pisze jego biograf Robert Skidelsky, chciał ich ostrzec przed komunistyczną utopią, uwieść wizją, do której - mimo oczywistych trudności (Wielki Kryzys był tuż-tuż) - miał doprowadzić kapitalizm.

W wykładzie, który ukazał się drukiem w 1930 roku pod tytułem "Możliwości ekonomiczne dla naszych wnuków", przekonywał: "W ciągu 100 lat produktywność wzrośnie na tyle dzięki rozwojowi technologii, że nie będziemy potrzebowali pracować więcej niż 15 godzin w tygodniu". W rezultacie, pierwszy raz w historii, człowiek stanie oko w oko z fundamentalnym pytaniem: "jaki użytek zrobić z wolności uwolnionej od ekonomicznych trosk, czym wypełnić wolny czas (), aby żyć dobrze i mądrze?".

Wnuki, o których mówił Keynes, to my. Jednak choć wzrost PKB przewidział z zaskakującą precyzją - od jego czasów wzrósł on w krajach rozwiniętych mniej więcej pięciokrotnie to średnia liczba godzin pracy zmniejszyła się w ciągu wieku nieznacznie.

Krytycy zarzucali Keynesowi, że pomylił się w odczytywaniu ludzkiej natury. Nie przewidział, że pieniądze służą nie tylko zaspokajaniu potrzeb, ale też pragnień, do których rozbuchania przyczynił się kapitalizm. Inni wskazywali, że winny jest niesprawiedliwy podział dóbr: pracujemy tyle samo, bo owoce wypracowanej przez ostatnie stulecie wydajności trafiły do nielicznych ze społecznego szczytu.

"Cięcia" w życiu

Jakiekolwiek byłoby wyjaśnienie, statystyki pokazują , że pracujemy dużo, a czas pracy, zamiast się zmniejszać, w niektórych krajach ma tendencję wzrostową. W Polsce, jak wynika z "Badania budżetu czasu ludności w 2013 roku" przeprowadzonego przez GUS, jeszcze dekadę temu praca zajmowała średnio 7 godzin i 7 minut na dobę, gdy teraz to 7 godzin i 38 minut. Dużo, jeśli wziąć pod uwagę, że w średnią wliczają się nie tylko pełnoetatowcy. "Tniemy" z życia towarzyskiego. Dekadę temu regularnie umawiało się ze znajomymi 64 proc. z nas, dziś 52 proc. Mamy też mniej czasu na naukę, pracę w organizacjach i pomoc innym.

Trudno się dziwić, skoro jesteśmy jednym z najbardziej zapracowanych - przynajmniej jeśli chodzi o liczbę godzin - narodów Europy. Harujemy, według danych OECD z 2013 r., przez 1918 godzin rocznie, podczas gdy Norwegowie poświęcają na pracę 1408, Niemcy 1388, a Holendrzy zaledwie 1380 godzin. Francuzi, choć w 1998 roku wprowadzili 35-godzinny tydzień pracy, storpedowali go pod presją przedsiębiorców dodatkowymi przepisami o dopuszczalnych nadgodzinach.

O tym, że liczba przepracowanych godzin nie decyduje o sukcesie gospodarczym, przekonuje przykład liderów rankingu: Meksykanie tyrają 2237 godzin rocznie, Grecy - 2037, a Rosjanie - 1980.

Jak mówił "The Economist" historyk ekonomii z Uniwersytetu w Zurychu Hans-Joachim Voth, "W XIX wieku można było powiedzieć, jak ktoś jest biedny, na podstawie tego, ile pracował". Dziś jest na odwrót - choć nie do końca Badania American Time Use Survey z 2013 roku pokazały, że jeszcze pół wieku temu Amerykanin po college'u miał więcej nie tylko pieniędzy, ale także wolnego czasu niż jego rodak po szkole średniej. Dziś pracuje o dwie godziny dziennie dłużej.

W Polsce długi czas pracy dotyczy dwóch biegunów. Według badań firmy Work Service z 2013 roku najwięcej pracują zarabiający poniżej 3 tysięcy i ci z dochodami powyżej 7,5 tysiąca. Pierwsi chcą załatać dziury w domowym budżecie, drudzy harują, "bo tak trzeba".

Nowi "ludzie honoru"

Z pracą zarobkową, traktowaną przez Keynesa jak zło konieczne, stało się bowiem coś dziwnego. Jeszcze pod koniec XIX wieku amerykańscy bogacze opisywani przez socjologa i ekonomistę Thorsteina Veblena w "Teorii klasy próżniaczej" zajmowali się głównie "ostentacyjnym próżnowaniem", by pokazać swój status . Dziś to praca stała się veblenowską "oznaką honoru". Zamiast ostentacyjnie próżnować, ostentacyjnie pracujemy. Socjolog z Oksfordu Jonathan Gershuny udowodnił, że współcześni Brytyjczycy, choć w rzeczywistości pracują nieco krócej niż ich przodkowie, czują się bardziej od nich zajęci. Długi czas pracy kojarzy się bowiem z uprzywilejowaną pozycją społeczną i prestiżem. Nadmiar wolnego czasu - "nicnierobienie" - jest kojarzony z nieudacznictwem i porażką.

Śmierć z przepracowania przestaje być elementem fikcji literackiej czy rzeczywistością chińskich fabryk. W 2013 roku w budynku londyńskiego oddziału banku Merrill Lynch znaleziono martwego stażystę, 23-letniego Mortiza Erhardta. Miał za sobą trzy dni pracy po 21 godzin na dobę. W grudniu zeszłego roku indonezyjska copywriterka agencji Young and Rubicam zatweetowała: "30 godzin pracy i wciąż mam siiiiiiiiłę". Następnego dnia zmarła wskutek zatrzymania akcji serca. Firmy, które wyhodowały kulturę nadgodzin, teraz próbują uniknąć jej drastycznych konsekwencji. Bank Goldman Sachs zakazał niedawno młodszym analitykom pracować w soboty, a starszym stażem sugeruje, by nie pracowali więcej niż 70-75 godzin w tygodniu. Analitykom Merrill Lynch zalecono, by skorzystali z co najmniej czterech wolnych sobót lub niedziel w miesiącu.
część 2
część 2 30.11.2020, 16:53
Programista Ryan

Kiedy Ryan Carson, 37-letni programista i przedsiębiorca z USA, zakładał firmę w 2006 roku, postanowił: żadnego zarywania nocy ani pracy w weekendy. - W jednej z pierwszych prac po skończeniu college'u zostałem poproszony, by zostać kilka godzin dłużej. Parę godzin zmieniło się w dwie doby - mówi "Wyborczej" Ryan. - Byłem przerażony. Wiedziałem, że to dość typowe w start-upach w Dolinie Krzemowej, i nie chciałem, żeby tak wyglądało moje życie.

Dziś mówi, że parę godzin więcej przy komputerze nie przyniesie dodatkowego miliona dolarów, a inteligentni ludzie są w stanie zrobić w cztery dni to, co robią w pięć. No i start-up to nie fabryka, tu liczy się kreatywność i entuzjazm. Dlatego w Treehouse (teamtreehouse.com), edukacyjnej platformie internetowej oferującej kursy z zakresu tworzenia stron, aplikacji i rozwijania biznesu online, pracuje się od poniedziałku do czwartku przez osiem godzin dziennie. Firma zatrudnia 70 osób, a jej roczne przychody to 10 milionów dolarów.

- Po trzydniowym weekendzie ludzie wracają do pracy wypoczęci, pełni energii i podekscytowani - mówi Ryan.

Oprócz prowadzenia firmy Carson prowadzi bloga The Naive Optimist (ryancarson.com), występuje na konferencjach, wyczynowo uprawia sporty. Ale przede wszystkim ma czas dla żony i dwóch synów. Jak mu się to udaje? Nie chodzi tylko o mniej pracy, ale także innowacje na innych polach. W Treehouse nie ma menedżerów, każdy pracownik sam odpowiada za własny plan dnia i wyniki. Dzięki temu, jak twierdzi Ryan, oszczędzają czas na minimalnej liczbie zebrań i motywują ludzi do indywidualnego sukcesu. Zrezygnowali też z maili, które, jak pokazują statystyki, pożerają najwięcej czasu. Komunikują się przez zaprojektowaną przez siebie platformę.

Mniej pracy - mniej strat

Małe, nowoczesne firmy coraz częściej pozwalają sobie na eksperymenty z elastycznym czasem pracy, które wcale nie oznaczają zakamuflowanych nadgodzin. W 37signals, firmie tworzącej oprogramowanie założonej przez Jasona Frieda, skraca się pracę w zależności od pór roku. Od maja do października pracuje się w niej cztery dni w tygodniu. "Kiedy jest mniej czasu na pracę, mniej się go traci" - przekonuje Fried.

Skrócenie dnia pracy zadziałało też w fabryce Toyoty w Göteborgu. W 2002 roku dniówkę skrócono tu na próbę do sześciu godzin przy zachowaniu tej samej pensji. "Mieliśmy nadzieję, że krótszy dzień pracy zmniejszy liczbę zwolnień lekarskich" - mówił szef fabryki Martin Banck "Spieglowi". W ciągu paru lat liczba zwolnień zmalała o połowę, ale wydajność nie spadła. Stało się tak dzięki krótszym przerwom w pracy i ich mniejszej liczbie, przez co zmalała ilość czasu traconego na wdrażanie się na nowo do pracy.

Korzyści z kreatywnego manewrowania czasem pracy może być więcej. Pokazał to projekt, który w 2008 roku zrealizował stan Utah w USA.

Środek kryzysu, gospodarka leci na łeb na szyję, długi stanu rosną. Zamiast zwalniać, republikański gubernator Jon Huntsman decyduje się na nietypowy krok: na prawie trzy lata zamyka większość (900) publicznych biur i instytucji w piątki, a od poniedziałku do czwartku dla 18 z 25 tys. pracowników sektora publicznego wprowadza 10-godzinny dzień pracy.

Na początku pracownicy protestują, rodzice małych dzieci narzekają na problemy ze zorganizowaniem 10-godzinnej opieki. Są też skargi na zamknięte biura ze strony petentów, którzy jednak szybko zaczynają doceniać, że instytucje w pozostałe dni są otwarte dłużej. Po paru miesiącach także ośmiu na dziesięciu pracowników biur ocenia nowy system pozytywnie: oszczędzają na transporcie w piątki, a w pozostałe dni unikają korków ze względu na niestandardowe godziny pracy. Dwie trzecie uznaje, że są bardziej produktywni. Dzięki trzydniowemu weekendowi mają więcej czasu dla rodziny i by angażować się społecznie.

Jest też jeszcze jeden, nieplanowany, efekt - dodatkowy dzień wolny zmniejsza emisję gazów cieplarnianych o 14 proc. Nieużywanie biur, budynków publicznych i samochodów w piątki to oszczędność miliona dolarów rocznie.

Pradziadowie mieli luz

Harówka - taka jak ta w XIX-wiecznych fabrykach Manchesteru czy Łodzi - w dziejach ludzkości była zaledwie epizodem. Pisze o tym amerykańska socjolożka Juliet B. Schor w swojej książce "The Overworked American" ("Przepracowany Amerykanin", 1993).

"Wyobrażamy sobie pełne znoju życie średniowiecznych wieśniaków, pracujących ciężko od świtu do zmierzchu. Mamy przed oczami obraz rzemieślnika w zimnym, wilgotnym warsztacie, budzącego się przed świtem i pracującego przy świetle świecy do późnej nocy". Nic bardziej mylnego. Przed erą kapitalizmu tempo życia było powolne, a praca niespieszna. Owszem, latem mogła trwać i kilkanaście godzin dziennie, ale były w tym długie przerwy na posiłki i odpoczynek. "Nasi przodkowie mogli nie być zamożni, ale mieli w bród wolnego czasu. Kapitalizm podniósł ich dochody, ale zabrał im też czas" - pisze Schor.

To właśnie ona wskazuje dziś, że skrócenie godzin pracy i rozdzielenie jej pomiędzy większą liczbę ludzi może być skutecznym narzędziem walki z kryzysem.

Niemiecki eksperyment

Na największą skalę spróbowały tego Niemcy, wprowadzając w początkach kryzysu system Kurzarbeit - pracy na niepełny etat, czyli tymczasowej redukcji godzin pracy, by uniknąć zwolnień w trudnych okresach. Zamiast zwalniać jedną piątą pracowników, firmy wprowadzały więc np. cztery dni pracy dla wszystkich, a urząd pracy pokrywał ok. 60 proc. utraconych wskutek redukcji etatu dochodów. W latach 2008-09, kiedy w systemie Kurzarbeit pracowało 1,4 mln Niemców, pozwoliło to uratować 200 tys. stanowisk pracy. Z systemu dopłat dla pracowników za skrócone ze względów ekonomicznych etaty korzysta dziś 22 proc. niemieckich przedsiębiorstw.

W Niemczech debata nad skróceniem tygodnia pracy ożywa zresztą co pewien czas z dużą siłą. Na początku tego roku nowa minister do spraw rodziny Manuela Schwesig (SPD) zaproponowała 32-godzinny tydzień pracy z pełnym wynagrodzeniem dla rodziców małych dzieci (wywołując zresztą polityczną burzę i gwałtowny sprzeciw koalicjantów z CDU). Wcześniej list w sprawie skrócenia tygodnia pracy wszystkim w ramach walki z bezrobociem podpisała setka profesorów, lewicowych polityków i związkowców.

Ale podobne inicjatywy nie wychodzą tylko od lewicy. W 2011 r. Volkswagen zakazał przełożonym wysyłania maili do podwładnych po godzinach pracy. Taką samą decyzję podjęły też Puma, BMW, Deutsche Telekom i ministerstwo pracy RFN, na którego czele stoi Ursula von der Leyen. Wprowadzając politykę "minimum ingerencji w czas wolny", argumentowała, że chce chronić pracowników przed niepotrzebnym stresem wynikającym z ciągłej gotowości.
Część 3 ostatnia
Część 3 ostatnia 30.11.2020, 18:36
Jak to się robi w Holandii

Najciekawiej jest jednak w Holandii, gdzie pracuje najmniej obywateli spośród wszystkich uprzemysłowionych państw na świecie.

Początek to walka z bezrobociem w latach 80. i 90. Holandia zaczęła wówczas oferować nowym pracownikom sektora publicznego "kontrakty na 80 proc." - cztery dni w tygodniu. "Dzielenie się pracą" szybko stało się normą w służbie zdrowia i edukacji. Dziś na niepełny etat pracują też inżynierowie, bankierzy, chirurdzy - w sumie 75 proc. kobiet i 23 proc. mężczyzn.

Wśród nich Iwona Monteiro-Woźniakowska, 33-letnia architektka z Amsterdamu.

- Pracuję trzy dni w tygodniu, bo mam 10-miesięczną córkę, ale wcześniej pracowałam cztery dni - mówi. - Kiedyś pracowałam na pełnym etacie, ale trudno było mi robić coś poza pracą. Zmieniając biuro, postanowiłam mieć więcej czasu dla siebie. Nie było z tym problemu, bo pracodawcy są elastyczni. Połowa mojego biura pracuje na 80 proc., w tym dwóch ojców małych dzieci.

"New York Times" opisywał życie 37-letniego Remca Vermaire'a, ambitnego prawnika zajmującego się bankowością, który w piątki opiekuje się dwójką dzieci. "Papadag" - dzień taty - to dziś część holenderskiego słownika i coraz powszechniejszy zwyczaj wśród ojców. "Klienci wiedzą, że w piątki mam wolne, ale to nie problem - mówił Remco "NYT". - Wielu z nich ma swój papadag w inny dzień".

Holenderskie prawo gwarantuje ochronę przed dyskryminacją pracownikom pracującym krócej niż 40 godzin tygodniowo, która obejmuje m.in. prawo do awansu. Skrócenia czasu pracy może żądać każdy pracownik - z dziećmi lub nie - a pracodawca może powiedzieć "nie" tylko wtedy, jeśli udowodni, że istnieją ku temu ważne powody.

W efekcie Holandia ma jeden z najniższych poziomów bezrobocia w Unii (6,9 proc. pod koniec 2013 r.) i wiele wskazuje na to, że to właśnie skrócenie czasu pracy w tym pomogło. Fakt, mogą sobie na to pozwolić, są bogatym krajem, płacą wysokie podatki. Tyle że równie zamożni Amerykanie czy Brytyjczycy należą do najbardziej zaharowanych narodów na zachodniej półkuli.

A może wystarczy 21 godzin?

21 godzin w tygodniu - dokładnie tyle pracowałby Brytyjczyk, jeśliby aktualną pracę "do wzięcia" rozdzielić równo między wszystkich mieszkańców Wielkiej Brytanii w wieku produkcyjnym. "21 godzin" - tak nazwała więc swój raport fundacja New Economics Foundation (nef) z Londynu, think tank, który postuluje skrócenie tygodnia pracy właśnie do 21 godzin.

"Musimy powoli, ale konsekwentnie zmierzać w stronę krótszego tygodnia pracy dla wszystkich - piszą autorzy raportu. - Pomoże to rozwiązać wiele problemów: przepracowania, bezrobocia, przesadnej konsumpcji, wysokiej emisji gazów cieplarnianych, niskiego poziomu dobrostanu, nierówności i chronicznego brak czasu. Brytyjczycy, zwolnijcie" - apelują.

Po co? Choćby z powodu instynktu samozachowawczego. Jeden z najbardziej znanych lekarzy w Wielkiej Brytanii John Ashton, przewodniczący UK Faculty of Public Health, wezwał ostatnio rodaków do pracowania krócej. Bo zła dystrybucja pracy (jedni pracują za mało, drudzy za dużo) w przypadku setek tysięcy ludzi skutkuje nadciśnieniem, chorobami układu krążenia, depresją, chronicznymi infekcjami, cukrzycą.

Poza tym z przepracowania można też zgłupieć. "American Journal of Epidemiology" opublikował wyniki pięcioletnich badań, z których wynikało, że ludzie pracujący powyżej 55 godzin tygodniowo - w porównaniu z tymi, którzy nie pracowali więcej niż 40 - mieli uboższe słownictwo i gorszą logikę myślenia.

Skrócenie czasu pracy może też pomóc ratować środowisko. Raport waszyngtońskiego Centre for Economic and Policy Research z 2013 r. przekonuje, że globalny zwrot ku krótszym godzinom pracy mógłby ograniczyć emisję gazów cieplarnianych w stopniu wystarczającym do powstrzymania kolejnej fali ocieplenia. I nie chodzi tu tylko o zamykanie fabryk wcześniej. Gospodarstwa domowe, których członkowie pracują krócej, zostawiają mniejszy "ślad ekologiczny": mają mniej pieniędzy, więc nie wydają ich na energochłonne dobra, częściej chodzą, zamiast jeździć autem, i gotują, zamiast żywić się w fast foodach.

Dorobić się czy podzielić?

Idea brzmi zachęcająco, ale z perspektywy Polski, "kraju na dorobku", kraju ludzi tyrających, by spłacić kredyty i pchać gospodarkę do przodu - utopijnie.

- Nie o to chodzi, by pozbawić dochodów tych, którzy i tak z trudem wiążą koniec z końcem - przekonuje jednak Anna Coote, jedna z autorek raportu "21 godzin". - Dlaczego pracujemy tak dużo? Między innymi dlatego, że owoce tej pracy trafiają do nielicznych. Równocześnie z kampanią na rzecz skrócenia czasu pracy zajmujemy się więc problemem niskich wynagrodzeń.

Z tej perspektywy skrócenie czasu pracy to bowiem tylko sposób na cywilizacyjne zmiany. Niższe PKB? Jeśli nawet, to co? - odpowiadają ich zwolennicy. Zamiast mówić, że zmiany są niemożliwe z powodu za niskich pensji, zastanówmy się raczej, jak uporać się z nierównościami - na przykład przez wprowadzenie podatku od bogactwa i dochodu gwarantowanego, czyli przysługującej każdemu, niezależnie od okoliczności, kwoty pieniędzy.

Mniejsza produkcja? Świetnie. Może w końcu przestaniemy maniakalnie wytwarzać i konsumować masę rzeczy, co prowadzi planetę na skraj destrukcji.

Czas po naszej stronie

Ale jak to zrobić? Sama redukcja czasu pracy problemu nie rozwiąże. Korea Południowa w 2004 r. skróciła tydzień pracy z 44 do 40 godzin, licząc na wzrost jakości życia pracowników. Cóż z tego, skoro pracodawcy tak naciskali na intensywność pracy i tak niechętnie przyznawali urlopy, że przysporzyli tylko podwładnym dodatkowego stresu.

Problematyczne są też rozwiązania, które koncentrują się głównie na korzyściach pracodawców i pod hasłem "elastyczności" skrywają niższe pensje i pogorszenie warunków pracy. Tak było z wprowadzonym w zeszłym roku w Polsce elastycznym czasem pracy, zgodnie z którym pracodawca ma prawo ograniczać czas pracy w przypadku braku zleceń lub wydłużać go powyżej ośmiu godzin dziennie, gdy sytuacja się poprawi - byle godzinne rozliczenie zgadzało się w skali rocznej. W przeciwieństwie do niemieckiego Kurzarbeit, gwarantującego socjalną osłonę, w momentach przestoju polscy pracownicy mogą liczyć jedynie na płacę minimalną.

Jeśli w parze ze skracaniem czasu nie idzie innowacja, problemem są też koszty. Doświadczyła tego Kiruna, 18-tysięczne miasteczko na północy Szwecji, które długo przed Göteborgiem próbowało wprowadzać w życie 6-godzinny dzień pracy. Po 16 latach eksperyment został przerwany, a głównym powodem były wysokie koszty pracownicze związane z pracą na dwie zmiany.

Jak więc to zrobić? Juliet Schor w antologii tekstów "Time on Our Side" (Czas po naszej stronie) przekonuje, że zmianę najlepiej zacząć od pracowników dopiero wchodzących na rynek pracy (jak w Holandii) albo tych kończących aktywność zawodową, co złagodziłoby też szok związany z przejściem na emeryturę. Schor proponuje też, by zamiast podwyżek wynagrodzenia wynikających ze wzrostu produktywności oferować pracownikom bonusy w postaci czasu. To zachęciłoby firmy do innowacyjności - by nie bazowały tylko na prostym kryterium czasu i niskich pensjach.


Odpocznie, kto umie żyć

Ale czy w ogóle mamy ochotę pracować mniej? Sam Keynes w "Możliwościach ekonomicznych dla naszych wnuków" pisał, że pracując 15 godzin w tygodniu, "człowiek po raz pierwszy stanie oko w oko z prawdziwym problemem: jak użyć wolności wolnej od ekonomicznych trosk, czym zająć wolny czas". Nawiedzała go wizja, że ludzkość może zapaść na rodzaj uogólnionego załamania nerwowego, na wzór znudzonych żon przemysłowców, niezdolnych do znalezienia inspirujących zajęć poza gotowaniem. I dodawał: "Dobry użytek z wolnego czasu będą umieli zrobić ci, którzy umieją kultywować sztukę życia. Nie będzie to jednak łatwe. Zbyt długo byliśmy uczeni, by się z czasem zmagać, a nie radować nim".

Coś w tym jest. Słynny psychology społeczny Philip Zimbardo zapytał Amerykanów, co zrobiliby, gdyby mieli do dyspozycji ósmy dzień tygodnia.

- Wykorzystałbym go, by nadrobić zaległości w pracy - odparło wielu z nich.
Tomaszowianin
Tomaszowianin 30.11.2020, 11:54
A może należałoby pomyśleć o rozbiciu wydziału komunikacji (mieszkańcy miasta powinni chodzić do wydziału komunikacji w Urzędzie miasta, natomiast mieszkańcy powiatu do Starostwa) na pewno zmniejszyłoby to ilość obsługiwanych osób. Nam ludziom z zewnątrz się wydaje że tam jest luz, ale wyobraźcie sobie ze dziennie jest tam ponad 100 osób obsługiwanych. A powiat Tomaszów nie należy do najmniejszych.
Wszędzie dobrze tam gdzie nas nie ma....
A.
A. 01.12.2020, 21:10
Niestety, to tak nie działa. To przepisy (te wymyślane przez sejm i rząd) określają jakie zadanie realizuje powiat czyli starostwo, a jakie gminy czyli urząd miasta/gminy.
petent
petent 30.11.2020, 09:31
Ja mam do odebrania 2 dowody, które już leżą w starostwie. Niestety nie mogę tego załatwić za 1 zamachem, tylko muszę się umówić na inny termin. Gdzie sens gdzie logika????
Myślący
Myślący 29.11.2020, 00:55
Z opisu zdarzeń przedstawionego w skardze wynika, że urzędnicy trzymali się jedynie ustalonego regulaminu czy procedur obowiązujących w czasie pandemii. Jeśli czynimy komuś zarzut z tego powodu, to odpowiedzmy sobie na pytanie czegi do cholery ma się trzymać ten czy inny urzędnik, jeśli nie przepisów prawa i regulaminów? Może powietrza? Przypominam, że zgodnie z rozporządzeniem wielu urzędników mogłoby być na pracy zdalnej, a nie są żeby obsługiwać łudzi. Czy naprawdę problemem jest wzięcie za telefon i zapytanie przed wizytą w urzędzie w jakim trybie pracuje i jak możemy załatwiać sprawę (skoro już nue chce nam się sprawdzić na strinie internetowej urzędu)? Dodam tylko, że lekarze łączą głównie przez tekefon ( to już Kaszpirowski leczył przez telewizor), a rząd chce nam liczyć gości przy świątecznym stole. Faktycznie wykonanie telefonu do urzędu w celu ustalania co trzeba zrobić żeby "wbić gaz" do dowodu, to obecnie najżywotniejszy problem społeczny i najpoważniejsza dolegliwość w tych dziwnych czasach. Zdrowia wszystkim, również tego niefizycznego. Jeśli tam będziemy szczuć jeden na drugiego nic dobrego z tego nie wyjedzie, a już i tak kolorowo nie jest...
Petent
Petent 07.12.2020, 18:15
Witam
Na stronie urzędu od dawna piszą bzdury. Według strony starostwa wtorki są dłużej czynne a to gowno prawda od początku pandemii wydłużony dzień we wtorek nie obowiązuje.
A.
A. 29.11.2020, 10:10
Bardzo rozsądny głos w dyskusji. Zgadzam się z Panem.
Ola
Ola 28.11.2020, 12:42
Zgadzam się w pełni z p. Rafałem. Urzędy zamknięte a urzędnicy po godzinach pracy bawią się na zapraszanych darmowych spotkaniach. Można , można .
Heniek
Heniek 28.11.2020, 12:00
To całe stado w starostwie powinni pozwalniać, chodzą po korytarzach niczym dumne „pawie” stołki pozabierać za nieróbstwo i niech szukają sobie prace ale już nie w sektorze administracyjnym tylko stać i czekać na autobus do DHL-a w Rzgowie albo na inna hale i na 3 zmiany, wtedy całe to „państwo” zobaczy czar i gorycz zwykłego zjadacza chleba. Pozdrawiam i życzę zmian życiowych i karierowych dla wszystkich pracowników starostwa i urzędu miasta w 2021r
Rafał
Rafał 28.11.2020, 09:12
"....Starosta Mariusz Węgrzynowski zamknął nadzorowany przez siebie urząd dla interesantów. Ograniczenia mają zapewnić bezpieczeństwo mieszkańców oraz urzędników." Jak Starosta przestanie latać po szkołach i robić sobie sesje zdjęciowe to będzie jeszcze bezpieczniej.
Za*** aż *** boli od siedzenia
Za*** aż *** boli od siedzenia 28.11.2020, 00:02
Pan redaktor z całym przekonaniem twierdzi że takie nic nierobienie to normalna rzecz bo przecież jest straszny pomór i wszystko musi być teraz inaczej, a ja się pytam czy pan w Fabrycy albo na budowie też ma tak robić bo epidemia? Pani kasjerka w Biedronce moim zdaniem nie powinna sprzedawać nikomu kto nie był wcześniej umówiony no bo straszna pandemia i teraz może sobie poleżeć oczywiście nie z własnej próżności a dla bezpieczeństwa swojego i klientów a kto tego nie zrozumie to ZWYKŁY PIENIACZ
Edek
Edek 27.11.2020, 23:21
Prawda jest taka że jak się chce coś załatwić w urzędach czy u lekarza to się da. Trzeba się tylko dostosować do nowych realiów które wynikają z pandemii. Mógł się umówić wcześniej na termin i wtedy przyjść z dokumentami. Jak się nie dostosował to pretensje może mieć tylko do siebie. Ja się dostosowalem i zarówno w urzędach jak i z wizytami u lekarzy specjalistów czy na badaniach nie miałem problemów a korzystałem w tym roku wielokrotnie.
Anna
Anna 28.11.2020, 00:52
Ta, 3 dni do lekarza dzwonię. Nowe realia są takie- nieroby biorą kasę, a reszta zasuwa na ich pensje, bo w nowych realiach wirus zaczaił się głównie na budżetówke. Reszta ma zapier#$* za miskę ryżu
69
69 27.11.2020, 19:45
Od kiedy "pandemia" sądy, służba zdrowia ,administracja , us , krus etc. Leżą i SIĘ byczą a podatki dla nas nie w dół a w górę- swoją drogą jak zrozumieć 200 starych koni którzy boją się starego kawalera co nie ma konta, rodziny, żadnych osiągnięć, boi się o swoje bezpieczeństwo mimo iż osobiście nadzoruje resorty porządkowe, nie zna pojęć profil zaufany internet mail itd. ?????????
Jot
Jot 28.11.2020, 22:47
Tu nie dorastasz temu kawalerowi do pier pod katem wyksztalcenia i osiagniec w dziedzinir w ktorej on osiagnal bardzo duzo
Leży i się byczy :p
Leży i się byczy :p 28.11.2020, 08:27
Sądy? Te drogi Panie pracują normalnie 😉
69
69 29.11.2020, 16:00
Ale wpis do KW 1 rok trwa a wyrokiw łodzi w gospodsrcxym to ponsd 5 lat się czeka 😵
Polskę szanuję jaka by nie była. Bo jest, a nie zawsze była.
Polskę szanuję jaka by nie była. Bo jest, a nie zawsze była. 27.11.2020, 17:48
Dużo otuchy dodaje fakt, że mój ulubiony Portal w łódzkim, wykazuje się państwotwórczą postawą. Są jakieś przepisy trzeba się stosować. Jeden zakwestionuje pandemię w urzędzie, inny olewa noszenie masecxzek sapiąc gołym pyskiem na ramię w kolejce, a gdy poprosił by tak nie napierał zaczyna się ciskać. Un jest bakteriologiem, 4latach biologio w podstawowce, na którą i tak rzadko chodził.

Uwiera mi, ze tak duzo slow krytycznych i ja zamieszczalem na Portalu :( Piszę bardzo serio.
Dla przeciętnego mieszkańca Portal Nasz Tomaszów jest jednak jakąś ostoją Państwa Polskiego.

Uczy, wyjaśnia daje spore porcje kultury.
Takze no cóż. Przepraszam.

Wasz stały czyelnik.
McMarek
McMarek 27.11.2020, 17:17
Pytanie - jak się dostał do środka skoro nie był umówiony.
Chyba gdzieś mija się z prawdą.
Gość
Gość 27.11.2020, 20:14
Wejść każdemu można
B. M
B. M 27.11.2020, 20:01
Można wejść do środka, bez umawiania się, nie można tylko nic załatwić

Pozostałe