„Moje miasto”

  • 09.04.2021, 14:17 (aktualizacja 09.04.2021, 15:12)
  • redakcja
„Moje miasto”
Kolejna część opowieści Antoniego Malewskiego w cyklu "MOJE ZMARTWYCHWSTANIE".

Miasto, w którym się urodziłem, chodziłem do przedszkola, szkół, przepracowałem całe życie (dziś jestem emerytem), w którym zachorowałem na nieuleczalny alkoholizm, w którym się rozpoczął mój proces zdrowienia z tej najbardziej śmiertelnej choroby – leży w przeuroczych dolinach trzech rzek, otoczone ze wszystkich stron świata, lasami iglastymi, mieszanymi i starym, kilkusetletnim liściastym drzewostanem.

Blisko dwustuletni Tomaszów Mazowiecki (założony w 1830r), od początku istnienia, nieustannie był związany z przemysłem włókienniczym, rozwijany przez osadników z Austrii, Niemiec, Włoch, Francji i oczywiście Żydów. Można powiedzieć, miejscowość nierozerwalnie spokrewniona z miastem Łódź. Jeden z satelitów polskiego Manchesteru, jak mawiano o Fabrycznym Mieście w II Rzeczpospolitej i w czasach PRL-u, w samym Centrum Polski.

Reymontowska, tomaszowska „ziemia obiecana”. Przed wojną miasto wielu narodowości, niczym biblijna wieża Babel: Polaków, Żydów, Niemców, Rosjan i innych mniejszości narodowych. Jak mawiali moi dziadkowie: Tomaszów był miastem wielkiej tolerancji.

To równocześnie miasto kilkudziesięciu dymiących kominów, codziennego „wycia” fabrycznych syren, budzących mieszkańców, informując ich (5.25, 5.50, 6.00, 13.25, 14.00, 21.25, 21.50, 22.00) o godzinach wyjścia ludzi do pracy, jej rozpoczęciu czy zakończeniu.

Moje rodzinne miasto, to miasto ulic, w większości brukowanych, drążonych rynsztoków. Przy tak zwanym deszczowym „oberwaniu chmury” nigdy godzinami na jezdniach, chodnikach nie widniały kałuże deszczówki, tak, jak ma to miejsce obecnie. Cała woda, o wartkim nurcie, spływała rynsztokami do pobliskich rzek.

Jako chłopiec mieszkający przy głównej ulicy miasta, przecinającej koryta trzech rzek, podczas padającego deszczu robiłem z braćmi papierowe okręty, a płynącą deszczówkę w rynsztokach, wykorzystywaliśmy jako rzekę, na której urządzaliśmy prawdziwe regaty.  

Tomaszów to także miasto dziesiątek dorożek, którymi zamiast taxi, mieszkańcy przemieszczali się do odległych dzielnic, parków, wsi, "centrów handlowych", na wypoczynek, do pracy, do pobliskich lasów czy nad brzegi rzek z plażami, fabrycznego stawu, wykorzystując ich wody do słonecznych kąpieli.

Robotnicza brać stanowiła przeważającą większość społeczeństwa, która (jak to widzę dziś) miała duży wpływ na moją psychofizyczną konstrukcję. W mieście istniały trzy kina, które mieszkańcom zapewniały jedyną rozrywkę. Do jednego z nich przyjeżdżały teatry z Łodzi czy Warszawy. Wystawiały raz w tygodniu teatralne sztuki.

Trzy knajpy „zabezpieczały” naszym mieszkańcom tak zwany czas wolny. Istniały dwa sportowe kluby, w których dominowała piłka nożna, lekkoatletyka i boks. W każdej dzielnicy miasta, przy zakładach przemysłowych, istniały w latach 40/50/60-tych minionego wieku, przyzakładowe świetlice, w których za mojego dzieciństwa tętniło kulturalnym życiem 

A ja miasto swoje wolę! Jego bród i dym szczęściem

mi są i rozkoszą! Kocham twych ulic szarzyznę mdłą.

Najdroższe miasto na świecie

To one zabezpieczały, nie tylko młodzieży, czas wolny. W nich rozpowszechniała się, nie tylko lokalna KULTURA, pisana z dużych i małych liter. Większość czasu moje pokolenie spędzało właśnie w tego rodzaju przyzakładowych świetlicach. Tu kwitło życie intelektualne, rozrywkowe całego, dzielnicowego, mojego pokolenia. Kwitła tu również subkultura młodych - nie zawsze zgodna z obowiązującym prawem. Tu następował przedwczesny kontakt młodego człowieka z paleniem tytoniu czy pierwsze inicjacje alkoholowe.

Dzisiaj się zastanawiam czy fabryczne świetlice bezpośrednio nie miały wpływu na ukształtowanie mojego IMAGE? Możliwe, że tak, ale również obiektywnie stwierdzam, skrupulatnie rewidując przyjętą ocenę, że ciągle odkrywam w sobie, wraz z czasu upływem, inne czynniki (oczywiście za sprawą aaowskich mityngów), które jak mówi polskie przysłowie „oliwa na powierzchnię wypływa ale zawsze sprawiedliwie”.

Apokalipsa - odsłonięcie, zdjęcie zasłony, objawienie. Od odsłaniać, ujawniać, przewidzieć – w terminologii judaistycznej i chrześcijańskiej literatury religijnej (również wynaturzone zło), to opis szczególnego rodzaju proroctwa, dotyczącego tego, co ma się wydarzyć w dniach ostatecznych, przekazywanego przez Boga (w przypadku Wspólnoty AA – Siły Wyższej) wybranemu prorokowi (przewodnikowi grupy).

Badania historyczne wskazują, że zwyczaj pisania apokalips powstał wśród zhellenizowanych Żydów, a następnie rozpowszechniał się także wśród chrześcijan. Współczesna apokalipsa to świat po alternatywnej eksplozji bomby atomowej. Dla nas, alkoholików, to świat wizji zakończonej śmiercionośnym, alkoholowym zanikiem mózgu, nieuniknioną psychozą (zespół) Korsakowa, prowadzącą wprost do nieuniknionej, bezwzględnej agonii, utraty życia.

ALKOHOLIK – to osoba, która zatraciła kontrolę i swobodę działania w trzech dziedzinach życia: praca, odpoczynek, sen.

redakcja_

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Figo-fago
Figo-fago 12.04.2021, 22:15
Tolo: ciągle zbiera się Tobie na te różne retrospekcje, jednak zawsze z dodatkiem tego AA.
Sentyment do naszego grajdołu i AA, to zupełnie dwie różne bajki.

Jednak, może nie należy się Tobie dziwić. Ile razy ja wspominam: ten "tramwaj" (kufla nie wolno było wypuszczać z ręki), tę "Tomaszowiankę" (meduza + seta), "Fikołek" na Spalskiej (obecnej), sklep od trzynastej na dołku na Wojska Polskiego, pewien magazyn w pewnej firmie, itd., itp. To wszystko, to też było "Nasze miasto".

Pozostałe