Chłopcy z Rolandówki 

  • 24.07.2021, 11:29 (aktualizacja 25.07.2021, 15:24)
  • Antoni Malewski
Chłopcy z Rolandówki
Przyszedł w moim życiu czas na wspomnienia. Choć w swojej poezji Adam Asnyk pisze, że „minionego czasu żaden cud nie wróci do istnienia”, z czym się zgadzam, to jednak pozwoliłem sobie w książce „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, ocalić od zapomnienia czas, miejsca i ludzi i cząstkę wydarzeń, która na zawsze odeszła od nas do historii. Poniżej fragment  mojej publikacji, poświęcony moim najdroższym przyjaciołom:

Muszę przyznać, że moja dzielnica Starzyce nie żyła w przyjaznych stosunkach czy to z dzielnicą Karpaty czy Rolandówką. Ja pełniłem rolę mediatora dobrych relacji między dzielnicami. Byliśmy z Edkiem Strzępkiem kolegami od przedszkola, przed jego przeprowadzką chodziliśmy razem do 5-tej klasy szkoły podstawowej. Gdy rodzina Strzępków przeniosła się z Zawadzkiej na ulicę Niską, odwiedzałem go w nowej dzielnicy, przy okazji zaprzyjaźniając się z „liderami” grupy młodzieżowej. Dochodziło do tego, że chłopcy z Karpat przychodzili do naszej świetlicy na filmy do kina objazdowego czy na zabawę i nie dostawali przysłowiowego „lania”, a bywało też odwrotnie. W takich okolicznościach powstawały przyjaźnie eliminujące narosłe antagonizmy. To na Rolandówce, poznałem najbliższych, drogich mi przyjaciół, Andrzeja „Flegmę” Kuźmierczyka i Alka „Ciotuch” Ciotuchę, z którymi do końca ich dni byłem w pokojowej symbiozie, jak z rodziną.

Andrzej „Flegma” Kumierczyk – najbardziej ukochany kolega, dusza towarzystwa, wszyscy go uwielbialiśmy. Po jego śmierci nastąpiła ogromna luka, towarzyska „dziura”, którą odczuwam do dziś i nie można jej niczym wypełnić. Nie pamiętam dokładnie jak go poznałem, zapewne przez Reńka „Aligatora” Szczepanika i Waldka „Kondeja” Kondejewskiego. Wcześniej razem byli oni na wspólnym zimowisku. Andrzej tak jak ja z prowincjonalnej dzielnicy miasta z chęcią przychodził do „centrum”. Było to nobilitacją. Reniek i Waldek byli kuzynami i mieszkali w samym centrum Tomaszowa, przy Placu Kościuszki. Wcześniej byłem z nimi na wspólnej, ostatniej kolonii w Teofilowie.

Podobnie jak Andrzeja, mnie również chłopaka z „antypodów miasta” opanowało poczucie „niższości”. By się „wyzwolić” z kompleksu dołączałem do kolegów ze śródmieścia. W ten sposób stworzyliśmy, przez częste spotykanie się, grupę o wspólnych zainteresowaniach, staliśmy się przyjaciółmi, można powiedzieć na dobre i na złe. Poznanie Wojtka „Szymona” i rockandrollowe spotkania u niego, jeszcze bardziej wzmocniło naszą przyjaźń. W Andrzeju odkryliśmy drzemiący w nim ogromny talent muzyczny, z łatwością przyswajał rockandrollowe rytmy a przy tym miał cudowny głos zbliżony do Fatsa Domino czy Bogusława Meca.

A propos Bogusława, Andrzej i Boguś razem w jednej klasie rozpoczynali naukę w Liceum Pedagogicznym w Tomaszowie Maz. (dzisiaj Technikum Samochodowe). Gdy powstał gitarowy zespół muzyczny w Klubie ZMS przy ulicy Barlickiego, Andrzej wraz Romkiem Jędrychowskim byli pierwszymi jego solistami. Po odejściu perkusisty, Andrzej „dosiadł bębnów”, swobodnie połączył z dobrym skutkiem grę na perkusji ze śpiewaniem, zupełnie jak Phil Collins czy Bogusław Mec w „Szarych Kotach”. Wykonywał kilka piosenek z repertuaru Fatsa Domino czy Nat King Cole’a. Śpiewając sztandarowe piosenki z repertuaru Marii Koterbskiej jak „Lunaparki” czy „Parasolki”, swym głosem wywoływał zachwyt a ciała słuchających przeszywały ciarki.

Wiedział, że dziewczyny to lubią, tym bardziej przykładał się w tej roli. Czynił to z wielkim pietyzmem i artystyczną starannością. Gdy dziś słucham „Blueberry Hill”, „So Long” czy „It Keeps Raining” Fatsa Domino to płaczę, bo Andrzej cudownie je wykonywał. Przed oczami mam obraz, młodego, pięknego, wspaniałego przyjaciela, rozśpiewanego Andrzeja Kuźmierczyka. „Flegma”, tak jak Mirek, również startował w eliminacjach w I Konkursie Młodych Talentów na scenie kina „Włókniarz”. Przegrał z Mirkiem Orłowskim, na kilkunastu startujących było tylko jedno miejsce kwalifikujące do łódzkich półfinałów.

Nigdy nie zapomnę imienin Andrzeja (16 maja) na Rolandówce. Po wypiciu kilku kieliszków alkoholu rozpoczynał się spektakl – śpiewanie. Mąż Dzidki, siostry Andrzeja, Lucjan, Rysiek „Kumen” bratanek Andrzeja, kuzyn Andrzej „Siachu” Kłosiński oraz sam jubilat wiedli prym w imprezie. Andrzej „Siachu” Kłosiński to jeden z najwybitniejszych, tomaszowskich piłkarzy. Napastnik słynnej „złotej jedenastki” juniorów RKS „Lechia”, wicemistrzów Polski z roku 1957. Otwarte okna niosły śpiew na całą dzielnicę, przenikając do zakładu WELTOM, znajdującego się vis a vis posesji Kuźmierczyków.

Antoni Malewski

Podziel się:

Oceń:

Zdjęcia (1)


Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Ewa
Ewa 26.07.2021, 22:30
Czyta sie jak najlepsza ksiazke. A moze cos wiecej o Szarych Kotach? Szkole nr 3, liceum pedagogicznym? Wiecej tomaszowskim wspomnien.

Pozostałe