Adapter, magnetofon i grające szafy

  • 08.04.2022, 07:00 (aktualizacja 08.04.2022, 07:08)
  • redakcja
Adapter, magnetofon i grające szafy
Kto jeszcze pamięta określenie: adapter? Rzadko używane dziś, a 50 lat temu stanowiło symbol

Kiedy zapanowała w Polsce gorączka rock’n’rolla, największym zmartwieniem dla jego fanów były ograniczenia w słuchaniu tej muzyki. Radio w latach 1958-60 właściwie nie nadawało audycji muzycznych, w których pojawiłyby się choćby ślady amerykańskiej muzyki. Pozostawało jedynie słuchanie płyt gramofonowych. Ale skąd je brać? Nie wszyscy mieli rodziny na zachodzie, nie wszyscy otrzymywali paczki z zagranicy, nie wszyscy mogli zostać rockmanami.

Półki  w sklepach muzycznych uginały się pod ciężarem płyt, ale to nie była muzyka, której chciała słuchać polska młodzież. Na szczęście zachodnie stacje, takie jak Radio Luxembourg, BBC czy Głos Ameryki nadawały muzykę młodzieżową. Z Głosu Ameryki można było słuchać ogromnie popularnej audycji Willisa Conovera; istniały też stacje czysto jazzowe ze wszystkimi najnowszymi przebojami. Z roku na rok przybywało rozgłośni pirackich.

To były bardzo ważne stacje, ale nie rozwiązywały problemu podczas coraz bardziej modnych, młodzieżowych prywatek. Bez zapewnienia dobrej, modnej muzyki, prywatka nie spełniała swojej roli, czyli nie była udaną zabawą. Problemem nie było znalezienie wolnej chaty, choć to oczywiście podstawa. Problemem było zdobycie dobrych płyt. Jeżeli tylko ktoś dorwał jakieś nowe nagrania, wieść o tym natychmiast rozchodziła się po mieście. My, posiadacze krążków, wiedzieliśmy wszystko o sobie i o naszej dyskografii. Chętnie pożyczaliśmy płyty, wymienialiśmy się nimi, ponieważ mieliśmy świadomość, że od tego zależało czy prywatka będzie udana czy nie. Nie byliśmy zazdrośni o imprezy, w których nie uczestniczyliśmy, wręcz przeciwnie. Cieszyliśmy się, że nasze płyty dały innym satysfakcję i możliwość dobrej zabawy. 

O udanych tańcach mówiło się w miejskich kawiarniach, w szkołach, zakładach pracy. Dziś tego się nie robi. Miałem sporo szczęścia w tym swoim rockandrollowym życiu. Nie mam pojęcia, jakby się ono potoczyło, gdybym nie spotkał na swojej drodze Wojtka „Szymona” Szymańskiego. Jego wpływ na moje rockandrollowe upodobania był ogromny.

Kiedy go poznałem, był już bardzo mocno z a r a ż o n y rock’n’rollem, śmiem twierdzić, że w tej dziedzinie uchodził w moim mieście za autorytet. Był szczęśliwym posiadaczem kilkunastu płyt długogrających, kilkudziesięciu singli, z najważniejszymi utworami światowego rock’n’rolla, do których zawsze miałem dostęp. Nie miałem problemu z zapewnieniem odpowiedniej muzyki na każdą z prywatek, w której uczestniczyłem, problemem było znalezienie wolnej chaty. W mieście była grupa świetnie tańczących dziewczyn  i chłopaków. Byli tacy co etatowo stali się zapraszanymi nawet przez nieznajome koleżanki czy kolegów, do obcych domów.

 

Często jeździłem z Wojtkiem do Warszawy na zakupy płyt  z nowościami, miałem więc okazję zobaczyć jak się je zdobywa w socjalistycznej Polsce. Poznawałem tam modnie ubranych, rockandrollowych pasjonatów, przyjaciół Wojtka. Był taki jeden antykwariat przy ulicy Polnej, z największym w Warszawie wyborem płyt i tam zbierała się grupa zapaleńców, członków warszawskiej bohemy, przyjaciół, bliskich i znajomych Wojtka, którzy handlowali między sobą płytami. Byli wśród nich, między innymi; Marek Gaszyński, Marysia „Pucka” Szabłowska (ta od późniejszej Wideoteki dorosłego człowieka), Rysiek Grzenia, Andrzej Olechowski (późniejszy minister i kandydat na prezydenta RP), Radek Anusiewicz czy Bronek, którego nazwiska nie zapamiętałem.

Jego matka była Angielką, dlatego Bronek miał zawsze najnowsze płyty Cliffa Richarda, Presleya, czy Jerry’ego Lee Lewisa i niesamowity sprzęt do odtwarzania muzyki. Słuchać u niego rock’n’rolla to tak jakby znaleźć się na innej planecie. Bronek był znaną osobą w Warszawie i liczył się  w tej branży. Właśnie w antykwariacie przy ulicy Polnej, Wojtek kupił dwie pierwsze płyty Elvisa Presleya (LP), pierwsza wydana to Elvis Presley i trzecia w kolejności wydania, płyta Loving You.

Jednak najbardziej utkwiła mi w pamięci płyta, którą sam zakupiłem. Był to longplay I Miss You So Fatsa Domino, który mnie zafascynował. Po raz pierwszy usłyszałem ten cudowny, ciepły głos w oryginalnej interpretacji wielu znanych mi utworów. Wszystkie wykonane na tej płycie piosenki, między innymi: Ain’t That a Shame, So Long, Blueberry Hill czy Let the Four Winds Blow, są dla mnie do dziś synonimem tamtej, szlachetnej epoki rock’n’rolla i rhythm and bluesa. Moja miłość do Fatsa Domino przetrwała do dziś.

Przyszedł czas, że jak grzyby po deszczu wyrastały komisy i pewexy (najpierw tylko w dużych miastach), w których oprócz innych rzeczy można było kupić płyty. Ich ceny były bardzo wysokie. Jedna płyta długogrająca kosztowała od 400 do 600  złotych. Ceny ustalano  w zależności od wykonawcy i od tego, czy dane utwory z płyty były akurat na topie. Dla przykładu, płyta Blue Hawaii Elvisa Presleya, która pojawiła się w polskim sklepie (komisie) zaraz po ukazaniu się  w Stanach, kosztowała 600 złotych.

Trudno nie wspomnieć o pomysłowości naszych rodzimych, drobnych przedsiębiorców. Odpowiednio cienkim plastikiem powlekano zwykłą pocztówkę i na tym nagrywano utwór. Byliśmy jedynym krajem na świecie, gdzie w latach 1960/61, w ten sprytny sposób wypełniano płytowe braki na rynku. Pojawiły się też płyty  z trochę grubszego plastiku o średnicy nieco mniejszej od średnicy talerza adapteru. Zaletą tych płyt była możliwość zwijania ich  w rulonik i chowania do kieszeni, bez groźby ich zniszczenia i utraty jakości nagrania. Tę technologię można było zastosować w rezultacie rewolucyjnego wynalazku, jakim niewątpliwie był napęd talerza adapteru, pozwalający na prędkość 45-ciu obro/minutę. Dzięki tym obrotom można było zmniejszyć średnicę płyty. Przy wcześniej stosowanym napędzie, 78-iu obro/minutę, płyty musiały mieć średnicę dużo większą niż średnica talerza adaptera.

 

Pamiętam doskonale dzień, w którym byliśmy z Wojtkiem  w Centralnym Domu Towarowym, zwanym popularnie CeDeTem,  w samym centrum W-wy przy Alejach Jerozolimskich, gdzie warszawski wytwórca przyniósł do Działu Muzycznego kilkanaście małych, plastikowych płyt. Kiedy puścił utwór Shake Rattle and Roll Billa Haleya, zgromadzeni tam fani rocka dali wyraz swojemu podziwowi. - Tolek, to niesamowite - odezwał się do mnie Wojtek - bierzemy tę płytę. Kupiliśmy Billa Haleya i drugą płytkę z Dianą Paula Anki.

Były to w Tomaszowie Mazowieckim pierwsze egzemplarze płyt wykonanych tą nową rewolucyjną technologią. Znając adres wytwórni tych plastikowych płyt (Marszałkowska, tuż obok kawiarni „Uśmiech”), Wojtek za każdym pobytem w stolicy przywoził prawdziwe skarby. Ponieważ był tam częstym gościem i zawsze zostawiał sporo gotówki, należał do tych uprzywilejowanych klientów, których wpuszczano na zaplecze i przez słuchawki mógł zapoznać się z całą dyskografią jaką firma miała w danej chwili  w swych zasobach. Muzyczne kawałki, które przypadły mu do gustu, nagrywano Wojtkowi na plastikowe krążki.  Dzięki temu do Tomaszowa trafiały największe hity epoki rock’n’rolla. Wszyscy przyjaciele Wojtka robili zrzutkę na płyty (cena płyty około 20 złotych) zamawiając konkretne utwory, a Szymon zawsze dopilnował, żeby wszystko znalazło się na płycie i by utwory się nie powtarzały. 

Przybywało komisów, bomisów i peweksów, przez co znacząco zwiększała się podaż i popyt płyt rock’n’rollowych, w rezultacie czego, w mieście pojawiało się coraz więcej miłośników i fanów rock’n’rolla. Za każdym razem, kiedy byliśmy w Warszawie, odwiedzaliśmy FOTOPLASTIKON w Alejach Jerozolimskich, gdzie, za niewielką opłatą, można było posłuchać najlepszych wykonawców rock’n’rolla w piosenkach z aktualnych list europejskiej Top Twenty  czy amerykańskiej Top Ten. Już w bramie oglądało się fotosy i plakaty wokalistów. Najważniejszy jednak był wiszący tam głośnik, z którego bez przerwy dochodziła najlepsza rock’n’rollowa muzyka. To dopiero była przyjemność.

Pojawienie się na rynku magnetofonów znacznie ułatwiło uzupełnianie zbiorów muzycznych, jednak z kolekcjonowania płyt nigdy nie zrezygnowaliśmy. Wojtek Szymański już pod koniec 1961go roku był posiadaczem zachodnioniemieckiego magnetofonu KB100. Ten najwyższej jakości sprzęt pozwalał na znakomite odtwarzanie muzyki. Ponieważ na każdej prywatce było piwo albo wino (różnie przez nas zwane, wino marki wino, la patik, zemsta sołtysa, sikacz czy alpaga) zawsze istniało spore niebezpieczeństwo, że rozochocone towarzystwo nie zachowa należytej ostrożności i ktoś może trącić butelkę, zalewając adapter czy płytę. Dlatego pojawienie się na zabawach magnetofonów, podłączanych do radioodbiornika jako wzmacniacza dźwięku, było z wielu powodów korzystne.  Poprawiało to jakość dźwięku i głośność, zmniejszając obawy  w trosce o drogocenny sprzęt. W rezultacie wszyscy byli bardziej zrelaksowani. Człowiek, który obsługiwał sprzęt grający, przeważnie gospodarz imprezy, odpowiedzialny za muzyczną stronę prywatki, zastępując adapter płytowy magnetofonem, miał ułatwione zadanie. Ustawił sobie dobrze kolejność utworów na taśmie magnetofonowej  i potem sam mógł się też dobrze ubawić. Polski magnetofon Melodia był bardzo ciężki, ważył blisko 12 kg. Chodzenie z nim po mieście nie należało do przyjemności. W tym czasie były na rynku  o wiele lżejsze magnetofony, takie jak na przykład Tonette, czeska Tesla, enerdowski Szmaragd czy BG-23. Nasz nieżyjący przyjaciel  z Wąwału, Jacek Michalski, miał Melodię i choć był szczupłym, drobnym facetem, wędrował ze swoim magnetofonem dziesiątki razy na trasie Wąwał – Tomaszów – Wąwał. Nazywaliśmy go Jacek Wędrowniczek. Zostawiał komuś to urządzenie, najczęściej Wojtkowi, żeby przegranł mu nowości z taśmy na taśmę.

Kiedyś, naszym zadaniem, moim i Reńka Szczepanika, było przenieść zdeponowaną u „Szymona” Jacka Melodię, z Pl. Kościuszki do posiadłości Michalskich na Wąwale, gdzie miała się odbyć prywatka. Grupa dziewcząt i chłopców z niecierpliwością czekała na to urządzenie, bez którego przecież nie mogła się odbyć żadna zabawa. Pojechaliśmy autobusem na Ludwików, a następnie ul. Szymanówek i grząskimi polami szliśmy na piechotę, około dwa kilometry, do domu Jacka. Choć nieśliśmy magnetofon i torbę z taśmami na zmianę, to po dotarciu do celu ani ja, ani Reniek nie nadawaliśmy się do żadnych tańców. Przemoknięci i zmarznięci, byliśmy tylko widzami. Kiedy dziś wracam pamięcią do tamtego wydarzenia, chce mi śmiać, ale właśnie tamtego dnia doszedłem do wniosku, że nasza Melodia to nie magnetofon, tylko kupa złomu dla osiłków. Choć często bawiłem się przy dźwiękach rock’n’rolla, płynących właśnie z Melodii, to jeszcze dziś, kiedy przypomnę sobie inne magnetofony osiągalne wówczas na naszym rynku, myślę tak samo.

W połowie lat 60 – tych instalowano w kawiarniach, restauracjach i klubach grające szafy, które przyciągały do lokali duże grupy złaknionej swojej muzyki młodzieży. Pierwsze takie szafy  w Warszawie powstały na Starówce, w kawiarni „Kamienne Schodki” i na Placu Konstytucji. Wrzucając w kieszeń szafy dwuzłotówkę, można było wysłuchać dowolny utwór, który znajdował się w wykazie nagrań, można też było zatańczyć; jeśli kierownik lokalu nie miał nic przeciwko temu. W Tomaszowie pierwszą grającą szafę zainstalowano w połowie lat 60-tych minionego wieku w restauracji „Tomaszowianka” przy Pl. Kościuszki. Jednak najlepiej wyposażona w płyty rock’n’rollowe pozostała szafa w warszawskiej kawiarni „Kamienne Schodki”.  O swojej miłości do tej właśnie szafy grającej, którą rozpaliła moje szaleństwo do rock’n’rolla, znajdująca]y się w niej singel z utworem Margie, w wykonaniu Fatsa Domino i o tamtych szalonych wyprawach do Warszawy, opisałem  w książce Moje miasto w rock’n’rollowym widzie, w rozdziale „Oszołomstwo czy miłość”. 

 

Jadąc pierwszą klasą pociągiem do Zakopanego,  żona moja wyglądając przez okno, powiedziała do mnie: „To chyba nie w porządku, że ci z drugiej klasy mają takie same widoki, jak my z pierwszej”.

redakcja_

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe