nie pamiętasz hasła?
Dziś są imieniny: Erwina, Kamila, Wespazjana
×

Uwaga! Nasze strony wykorzystują pliki cookies

Pliki cookies ułatwiają korzystanie z naszych serwisów. Używamy ich w celach reklamowych i statystycznych a także po to, by dostosować nasze witryny dla indywidualnych potrzeb naszych czytelników i użytkowników. Plików cookie mogą też używać nasi partnerzy, reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy multimediów. Może zmienić ustawiania dotyczące plików cookies na Twojej przeglądarce. Korzystanie z serwisów bez dokonania zmiany oznacza, że pliki COOKIES będą zapisywane w pamięci twojego komputera lub innego urządzenie, z którego korzystasz do przeglądania witryn internetowych. Więcej informacji na temat cookies znajdziesz w naszej polityce prywatności.

Zawód: miecznik

dodano: 2018-06-26 23:00:00, ostatnia aktualizacja: 2018-06-26 23:30:34
autor: Karolina Ososińska

Kacper Wojtysiak wraz z ojcem Jackiem od kilku lat parają się wytwarzaniem broni białej. O swojej nietypowej pasji i pracy w kuźni opowiedział w rozmowie.

Wytwarzaniem broni białej zajmujesz się razem z tatą. Czyj to był pomysł?

Inicjatywa była wspólna, z tego względu, że należałem do bractwa rycerskiego i potrzebowałem miecza do walki na turniejach. Tata również interesował się bronią, aczkolwiek jego domeną jest XVII wiek, czasy husarii i szlachty. Wszystko zaczęło się od tego, że zrobiliśmy razem pierwszy miecz długi, wyszło dość fajnie, jak na pierwszy raz. Potem zaczęliśmy robić broń hobbistycznie. Tata zawsze chciał mieć szablę, więc zrobił sobie szablę. Ja uznałem, że fajnie byłoby mieć puginał, więc zrobiłem  puginał. Z biegiem czasu w domu uzbierała się masa rzeczy, założyłem profil na Facebooku i zaczęliśmy pokazywać nasze wyroby. Kiedy jechaliśmy na turniej rycerski, zabieraliśmy ze sobą cały sprzęt, czasem udało się coś sprzedać. Aż w końcu doszło do tego, że ludzie sami się do nas odzywali i zaczęły spływać zamówienia, w końcu założyliśmy też firmę. No i działamy dalej, już od czterech lat.

 

 

Jaki jest zakres waszej działalności? Co można u was nabyć?

Praktycznie wszystko, jeżeli chodzi o broń białą. Jedynym ograniczeniem są nasze umiejętności, jeśli chodzi o zdobienia, dopiero się uczymy i rozwijamy w tym zakresie. Jeżeli trafi nam się broń pozłacana czy inkrustowana srebrem, zdobienia wykonują koledzy po fachu, którzy zajmują się tym od wielu lat. Tata przede wszystkim wykonuje szable, to go najbardziej interesuje. Teraz panuje na nie moda, więc ma masę roboty. Ja robię szable i wszystko inne, choć najbardziej lubię miecze z okresu grunwaldzkiego. Większość twórców robi albo miecze z jednego okresu historii, albo np. tylko szable. Mnie interesuje praktycznie każdy okres i każda broń, cieszę się kiedy mogę wykonać coś niestandardowego i chętnie przyjmuje zamówienia na najdziwniejsze rzeczy.

 

Jakie były najdziwniejsze zamówienia?

Zdarzają nam się japońskie katany, starożytne gladiusy, każda bron z każdego zakątka świata, np. z Kaukazu czy z Ameryki Południowej. Ciekawy był szkocki pałasz, z wielką, rozbudowaną gardą. Z rzeczy niespotykanych, zrobiliśmy kopię buzdyganu, który w rękojeści miał dodatkowo ukryty sztylet. Wykonaliśmy też replikę włóczni św. Maurycego, która znajduje się obecnie w kościele na Glinniku, można ją obejrzeć w sali tradycji.

 

 

Czy jest jakaś broń, z której jesteś szczególnie zadowolony?

Najciekawszy był miecz no-dachi, który zamówił ode mnie pewien Chińczyk z Kanady. To rodzaj wielkiej katany, mierzył aż 1,80 m. To było wyzwanie, ze względu na jego wielkość. Nie mieścił się w aparaturze do hartowania, stworzyłem wiele narzędzi specjalnie do produkcji tego miecza. To było moje największe wyzwanie. Jestem też zadowolony z moich XV-wiecznych mieczy. Jeżeli chodzi o tatę, to na pewno jest dumny z ostatniej batorówki, tak samo jak z wcześniejszych szabli husarskich. Z każdą wykonaną rzeczą nabieramy coraz większej wprawy i jesteśmy coraz bardziej dumni z naszych wyrobów.

 

A jak to było na początku? Szło mozolnie, broń nie wyglądała tak jak powinna?

Początki zawsze są trudne, chociaż bardzo się staraliśmy. Pierwszy miecz, który zrobiliśmy to był miecz długi, miał ok. 1,3 mdługości. Był poprawny historycznie, chociaż np. jego waga była zbyt duża. Ciężko jest zachować odpowiednie proporcje, to jest najtrudniejsza rzecz, a wtedy jeszcze nie potrafiliśmy uzyskać odpowiedniej wagi. Ale byliśmy z tego pierwszego miecza zadowoleni i przez parę lat jeździł ze mną na różne turnieje. Od początku kładliśmy też nacisk na historyczność. Staraliśmy się odwzorowywać egzemplarze z muzeów, zachować prawdziwe parametry broni. Szukaliśmy informacji w Internecie albo sami jeździliśmy do muzeów. Wykonywaliśmy zdjęcia, pomiary i dopiero wtedy robiliśmy broń.

 

 

Wasza broń to dokładne repliki czy też własne projekty inspirowane bronią historyczną?

Są to repliki, choć nie zawsze identyczne w porównaniu z muzealnymi eksponatami, jednak wciąż poprawne historycznie. Klienci zamawiają różne rzeczy, np. ktoś chce szablę trochę lżejszą niż egzemplarz muzealny. W takim przypadku zmieniamy niektóre parametry broni tak, żeby dopasować ją do potrzeb klienta, jednocześnie zachowując historyczny wygląd broni.

 

Czy broń, którą robicie jest użyteczna? Czy jest ostra?

To zależy od zamówienia. Niektórzy klienci potrzebują tępej broni do treningu fechtunku, inni chcą ostrej broni do treningu cięć. Każdą naszą broń można powiesić na ścianie, ale przede wszystkim służy do tego, by z niej korzystać. Nasze szable i miecze naprawdę działają i są używane przez naszych klientów.

 

 

Skąd w ogóle czerpać wiedzę na temat wytwarzania broni?

Jest to trudne, ponieważ zawód miecznika dawno wyginął. Można policzyć na palcach rąk ludzi w Polsce, którzy zajmują się tym zawodowo. Na początku korzystaliśmy przede wszystkim z Internetu, później czerpaliśmy wiedzę od znajomych, którzy też się tym zajmowali. Jeździliśmy na zloty kowalskie, imprezy historyczne, zawieraliśmy przyjaźnie i wymienialiśmy się informacjami. Największym problemem była nauka obróbki stali, ludzie przecież kończą z tego studia. My się uczyliśmy sami, wyszukując informacje w Sieci lub w naprawdę starych książkach.

 

Zaczynając zajmowanie się tym rzemiosłem trzeba zgromadzić narzędzia, zorganizować warsztat pracy. Co się składa na warsztat kowalski?

Przede wszystkim kowadło. Niezbędny jest piec albo kotlina węglowa do kucia. My posiadamy zarówno piec gazowy jak i kotlinę kowalską. Mamy też gazową hartownię. To są maszyny, które trzeba samemu zbudować. Potrzebne są też palniki i maszyny do obróbki szlifierskiej, no i oczywiście bardzo dużo młotków.

 

 

Czy praca w kuźni jest tak ciężka,jak mogłoby się wydawać?

W naszym przypadku jest to nadal męczące, ponieważ nie posiadamy jeszcze mechanicznego pomocnika. Większość kowali ma młoty pneumatyczne, resorowe lub prasy hydrauliczne. My jesteśmy dopiero w trakcie budowy naszej prasy, więc na razie wszystko robimy ręcznie. Ale nie jest to ciężka fizycznie praca, choć może ja już jestem przyzwyczajony. Jest za to gorąco. Jeżeli na dworze jest 25 stopni i więcej, a jeszcze rozpali się w kuźni, to temperatura dochodzi nawet do 40 stopni.

 

Ile czasu zajmuje wykonanie jednego, dość prostego miecza?

Około siedmiu dni roboczych. Proces pracy nad bronią trwa, ponieważ trzeba czekać. Głownię obrabia się cieplnie jednego dnia, trzeba poczekać i dopiero następnego dnia można ją hartować. Po hartowaniu też trzeba czekać, zanim przejdzie się do szlifowania i polerowania, itd. Najdłużej, bo ponad miesiąc, pracowałem nad wspomnianym wcześniej no-dachi. Pierwszy raz coś takiego robiłem, musiałem szukać informacji i domyślać się jak sobie z pewnymi rzeczami poradzić. Miecz nie mieścił się do pieca gazowego, a musiałem go zahartować i znaleźć technikę, jak sobie z tym radzono dawniej. Znalazłem sposób japoński, w którym hartowano miecz przeciągając go w węglu drzewnym przy nadmuchu powietrza. Trochę tę technikę zmodyfikowałem, zrobiłem rowek na kształt miecza zasypany węglem (tą techniką hartowano też szable husarskie) i przy pomocy wachlowania udało mi się osiągnąć temperaturę ok. 800 stopni. Pomogłem sobie trochę kompresorem, aczkolwiek była to technika z naprawdę starych czasów. Hartowanie wyszło równie dobrze, co w piecu gazowym, tylko miałem więcej stresu.

 

 

A więc korzystacie zarówno z rozwiązań współczesnych jak i starodawnych.

Jeżeli chodzi o technologię wyrobu, to praktycznie wszystko dalej jest starodawne, ponieważ nie przeskoczy się tego, nie mając ogromnych maszyn. W naszym przypadku całą obróbkę cieplną i kucie trzeba wykonywać ręcznie. Oczywiście szlifowania nie robimy papierem ściernym w ręce, tylko szlifierką czy polerką, jednak wciąż jest to praca ręczna.

 

Czyli można powiedzieć, że jest to przeniesienie się kilka wieków wstecz, ale z małymi ułatwieniami.

Tak, aczkolwiek nie jest tak, że parę wieków wstecz nie było tych ułatwień. Ludziom wydaje się, że w dawnych wiekach kowale nie mieli np. mechanicznych młotów, tymczasem były młoty wodne. Działały tak jak młyn, napędzany kołem wodnym i uderzały w stal tak, jak dzisiejsze młoty resorowe. Były też szlifierki napędzane siłą rzeki, z wielkimi kamiennymi kołami. Kowale mieli swoje maszyny, oczywiście bardziej prymitywne, ale ostatecznie aż tak bardzo się nie różniły – nasze po prostu są na prąd.

 

 

Jak wyglądał zawód kowala w przeszłości?

Było kilka odmian kowali. Był kowal wiejski, który zajmował się przede wszystkim rzeczami codziennego użytku i sprzętami rolniczymi. Był również kowal kling, który wykuwał wyłącznie głownie mieczowe, a w późniejszych wiekach również szablowe. Gotowa klinga szła do kolejnego człowieka, miecznika, który zajmował się całą oprawą: głowicą, jelcem i rękojeścią miecza. Następnie broń trafiała do złotnika, który wykonywał zdobienia. W dawnych wiekach trzy osoby robiły jedną rzecz, teraz wszystko robi jedna osoba.

 

Posiadacie więc jeszcze kilka dodatkowych specjalizacji.

Oprócz obróbki metalu dochodzi jeszcze obróbka drewna, bo rękojeści i pochwy trzeba zrobić samodzielnie. Do tego trzeba je obłożyć skórą, zszyć, wykonać ozdoby, a więc dochodzi jeszcze kaletnictwo. Wykonanie ozdobnej pochwy także jest wyzwaniem i zajmuje dużo czasu. Początki były trudne, tego wszystkiego też trzeba było się nauczyć. Problemem jest brak informacji, bo nie ma gotowych poradników. Trzeba przyjrzeć się oryginalnemu egzemplarzowi i domyślić się, jak mógł zostać wykonany.

 

 

Jakie umiejętności trzeba posiadać, żeby zajmować się rękodziełem?

Przede wszystkim manualne, ale także pewien zmysł wizualny. Talent na pewno pomaga, ale najważniejsze jest samozaparcie, chęć do pracy i szukania potrzebnych informacji. Trzeba posiadać również cierpliwość. Czasami się zdarza, że jeden błąd sprawia, że tydzień pracy idzie na marne i trzeba zaczynać od nowa tę samą rzecz.

 

Ile sztuk broni liczy twoja prywatna kolekcja? Co się na nią składa?

Przez długi czas było tak, że szewc chodził bez butów. W natłoku zamówień nie miałem czasu robić broni dla siebie. Obecnie w mojej kolekcji znajduje się XV-wieczny miecz turniejowy, którego używam do walk i rekonstrukcji bitew. Mam też ostry miecz dwuręczny, który służy mi jako zabawka i dekoracja. Miecz ma 1,65 m długości i wzbudza duże zainteresowanie, gdy go gdzieś zabieram. Ludzie chcą zobaczyć jak wygląda, jak się go trzyma w ręku. Mam jeszcze włoską stortę, czyli krótką, szeroką szablę.

 

 

Czy masz emocjonalny stosunek do swoich mieczy, np. nadajesz im imiona? Czy dobry miecz powinien mieć swoje imię?

Słyszałem o czymś takim, ale ja imion nie nadaję. Chociaż mam emocjonalny stosunek do swoich mieczy, szczególnie gdy zrobię coś, z czego jestem bardzo zadowolony i muszę to wysłać klientowi. Wtedy ciężko jest mi się z mieczem rozstać, zazwyczaj muszę nim dużo pomachać, pobawić się, zanim go wyślę.

 

Jakie jest twoje marzenie, ambicja, jeżeli chodzi o wytwarzanie broni?

Cały czas robić coraz lepszą broń i rozwijać się manualnie. Jest jeszcze wiele rodzajów broni, które chętnie bym zrobił, ale zdaje sobie sprawę z tego, że teraz już nie byłyby one dla mnie aż tak dużym wyzwaniem. Ale na pewno w przyszłości chętnie je wykonam. Chciałbym np. zrobić egipski khopesh, czyli miecz przypominający odwrotnie zaostrzony sierp.

 

Czy prawdą jest to, że jeżeli praca jest twoją pasją, to tak jakbyś w ogóle nie pracował?

Zazwyczaj idę do pracy z przyjemnością, szczególnie kiedy robię ciekawą rzecz. Oczywiście czasami jestem zmęczony, bardzo często się wkurzam, ale nawet jeśli cos mi nie wyjdzie, to nie tracę zapału. Mimo wszystko nadal traktuję swoją pracę jako dobrą zabawę, rozwijam się, lubię poeksperymentować ze stalą. Jesteśmy z tatą pracoholikami i codziennie siedzimy w warsztacie. To daje dużo satysfakcji, bo mamy świadomość, że wkładamy w to serce i budujemy własną markę. Satysfakcję mamy również z tego, że dbamy o historię. Oryginalne egzemplarze broni są pochowane w muzeach i nie można ich dotknąć. Chcemy zrobić jak najwięcej dobrych, poprawnych historycznie egzemplarzy broni, które będzie można wziąć do ręki ze świadomością, że są one zrobione tak, jak zabytkowe egzemplarze.

 

***

 

Więcej informacji i kontakt:

www.facebook.com/wojtysiakweapon/

 

Kacper Wojtysiak będzie jednym z rzemieślników i rekonstruktorów biorących udział w Jarmarku Średniowiecznym. Impreza odbędzie się w najbliższą sobotę, 23 czerwca na zamku w Inowłodzu.


Komentarze do tego artykułu są moderowane. Oznacza to, że Twoja opinia pojawi się na stronie po zaakceptowaniu jej przez moderatora. Nie zostanie zaakceptowana żadna wypowiedź zawierająca wulgaryzmy wypowiedziane wprost, skrótami lub wygwiazdkowane. Prosimy używać języka polskiego z zachowaniem zasad pisowni. Nie tolerujemy TaKiEgO StYlU PiSaNiA. Zamieszczanie kilku kolejnych wypowiedzi pod jednym tematem uważamy za „zaśmiecanie” strony. Redakcja nie bierze odpowiedzialności za opinie wyrażane przez internautów.

dodaj artykuł dodaj fotoreportaż
^ do góry