Zanim człowiek spadł na Ziemię. Londyński kabaret przyszłego geniusza
Zanim David Bowie został Ziggy’m Stardustem, zanim przybrał chłodną elegancję Thin White Duke’a i zanim wraz z Brianem Eno zaczął eksperymentować z dźwiękiem w Berlinie, był dwudziestoletnim londyńczykiem z głową pełną dziwacznych historii. Wyobraźmy sobie, że Charles Dickens spotyka Lewisa Carrolla w podrzędnym kabarecie, gdzie Anthony Newley śpiewa sentymentalną piosenkę, a Syd Barrett próbuje przekonać orkiestrę do zagrania czegoś zupełnie nieprzewidywalnego. Na zewnątrz trwa Swinging London. Młodzież odkrywa psychodelię, Beatlesi zmieniają historię muzyki, a pewien chłopak o charakterystycznym spojrzeniu opowiada o samotnych żołnierzach, niedojrzałych mężczyznach, dziwnych dziewczętach i cmentarnych tajemnicach. Jego debiutancki album „David Bowie” z 1967 roku jest dziełem nierównym, niekiedy naiwnym, chwilami wręcz irytującym, ale posiadającym urok osobliwości, której nie da się wyprodukować na zamówienie. Nie ma tutaj jeszcze wielkich rockowych hymnów ani muzycznej rewolucji. Jest za to świat widziany oczami człowieka, który bardziej niż sławą wydaje się zainteresowany wszystkim, co dziwne, smutne i nieprzystające do obowiązujących reguł.
Dzisiaj, 11:03