Requiem dla utraconego raju. Kiedy rozpacz odzyskuje gitarowy ciężar
John Milton, pisząc „Raj utracony”, stworzył jedną z najbardziej przejmujących opowieści o upadku, buncie i niemożności odzyskania dawnej niewinności. Gdyby jednak szukać współczesnej muzycznej ilustracji jego poematu, trudno byłoby znaleźć zespół bardziej odpowiedni niż Paradise Lost. Brytyjczycy przez lata wędrowali pomiędzy metalowym piekłem, gotycką melancholią i elektronicznym czyśćcem, aby w 2007 roku powrócić z albumem „In Requiem”. Płytą, która brzmi jak msza żałobna odprawiana w ruinach katedry, gdzie zamiast organów rozbrzmiewają ciężkie gitary, a modlitwę zastępuje chropowaty głos Nicka Holmesa. Nie ma tutaj nadziei na łatwe zbawienie. Są popioły dawnych marzeń, poczucie nieuchronności i melodie, które potrafią poruszyć mocniej niż najbardziej dramatyczny krzyk. Gregor Mackintosh gra na gitarze tak, jakby próbował odnaleźć coś bezpowrotnie utraconego, Aaron Aedy buduje potężne ściany dźwięku, a Holmes śpiewa głosem człowieka, który dawno przestał wierzyć w szczęśliwe zakończenia. „In Requiem” nie jest powrotem do młodości. To spotkanie z własną przeszłością po latach rozczarowań, błędów i doświadczeń. Najtrudniejsza podróż nie prowadzi bowiem przez ocean, lecz w głąb samego siebie.
Wczoraj, 21:29