Paradise Lost. Od narodzin gothic metalu do elektronicznego czyśćca
Historia Paradise Lost należy do najbardziej fascynujących opowieści o artystycznych przemianach w europejskim metalu. Grupa powstała w 1988 roku w Halifax w hrabstwie West Yorkshire, a jej pierwsze albumy – „Lost Paradise” (1990) i „Gothic” (1991) – odegrały fundamentalną rolę w rozwoju death-doom metalu i gothic metalu. Wraz z My Dying Bride i Anathemą Brytyjczycy stworzyli muzyczny krajobraz, w którym ciężar gitar spotykał się z melancholią, a agresja ustępowała miejsca refleksji nad śmiercią, samotnością i przemijaniem. Kolejne wydawnictwa, „Shades of God” (1992), „Icon” (1993) i „Draconian Times” (1995), przyniosły stopniowe odejście od deathmetalowej surowości ku bardziej melodyjnemu, monumentalnemu brzmieniu. Właśnie wtedy zespół osiągnął równowagę pomiędzy ciężarem a przystępnością. Nick Holmes ograniczał ekstremalne partie wokalne, Gregor Mackintosh tworzył charakterystyczne melodie gitarowe, a cała grupa wypracowała styl rozpoznawalny już po kilku taktach. Można odnaleźć w nim Black Sabbath, ale również The Sisters of Mercy, Fields of the Nephilim i Joy Division. Była to muzyka ludzi, którzy kochali metal, lecz równie silnie fascynowała ich mroczna estetyka brytyjskiego rocka alternatywnego.
Później rozpoczęła się jedna z najbardziej kontrowersyjnych przemian w historii zespołu. „One Second” (1997) wprowadził elektronikę i gotycki rock, „Host” (1999) niemal całkowicie porzucił metalowe instrumentarium na rzecz brzmienia kojarzącego się z Depeche Mode, a kolejne albumy próbowały odnaleźć kompromis pomiędzy nowoczesnością a dawną tożsamością. Wielu fanów uznało ten okres za zdradę metalowych korzeni. Inni dostrzegali w nim artystyczną odwagę. „In Requiem”, jedenasty album studyjny Paradise Lost, ukazał się 21 maja 2007 roku nakładem Century Media Records. Producentem został Rhys Fulber, znany ze współpracy z Front Line Assembly i Fear Factory, a miks przygotował Mike Fraser. Zespół nagrał materiał w składzie: Nick Holmes – wokal, Gregor Mackintosh i Aaron Aedy – gitary, Steve Edmondson – bas oraz Jeff Singer – perkusja. Jedenaście kompozycji tworzy około 45-minutową całość, znacznie bardziej gitarową i bezpośrednią niż wcześniejsze eksperymentalne wydawnictwa. Okładka autorstwa Setha Siro Antona, greckiego artysty związanego z Septicflesh, przedstawia bladą, skrzydlatą postać przypominającą upadłego anioła. To niemal gotycki obraz żałoby – jakby Caravaggio postanowił namalować bohatera filmu Davida Lyncha, pozbawiając przedstawienie ostatnich promieni światła.
„Never for the Damned”, „Ash & Debris” i „The Enemy”. Gitary wracają do piekła
Już otwierający album „Never for the Damned” rozwiewa wątpliwości dotyczące muzycznego kierunku. Gitary brzmią ciężko, rytm posiada niemal doommetalową stanowczość, a charakterystyczne melodie Gregora Mackintosha przywołują najlepsze fragmenty „Icon”. Utwór rozpoczyna się niczym powolny marsz skazańców, aby następnie przejść w bardziej dynamiczne partie. Nick Holmes śpiewa z chropowatą ekspresją, która momentami przybliża go do Jamesa Hetfielda z okresu „Load”, ale zachowuje właściwy Paradise Lost melancholijny dystans. Jest w tym coś z człowieka, który nie próbuje już przekonywać świata o własnej niewinności, ponieważ dawno zrozumiał, że żaden sąd nie będzie sprawiedliwy. Tytuł można odczytywać jako deklarację przeznaczenia potępionych. W „Boskiej komedii” Dantego nad bramą piekła widnieje wezwanie do porzucenia nadziei. Paradise Lost nie tworzą ilustracji włoskiego poematu, lecz emocjonalna atmosfera kompozycji przywołuje podobną nieuchronność. Ciężkie riffy stają się muzycznym odpowiednikiem wyroku, którego nie sposób odwołać.
„Ash & Debris” wprowadza więcej dynamiki i jeden z najbardziej chwytliwych refrenów albumu. Gitara Aarona Aedy’ego nadaje kompozycji zdecydowany rytm, podczas gdy Mackintosh prowadzi charakterystyczną melodyjną linię. To właśnie taki dialog instrumentów uczynił Paradise Lost jednym z najważniejszych zespołów gothic metalu. Jedna gitara buduje ciężar, druga opowiada historię. Popiół i szczątki z tytułu stają się metaforą rozpadu, ale również pamięci o tym, co kiedyś istniało. W „Ziemi jałowej” T.S. Eliot przedstawiał świat rozbity na fragmenty, w którym dawne znaczenia utraciły stabilność. „Ash & Debris” przywołuje podobny nastrój, choć przemawia językiem metalowego riffu. „The Enemy”, jeden z singli promujących płytę, jest utworem bardziej zwartym i bezpośrednim, z wyraźnym refrenem oraz chóralnymi elementami w tle. Tytułowy wróg nie musi być konkretną osobą. Może symbolizować lęk, nienawiść albo destrukcyjną część osobowości. W „Doktorze Jekyllu i panu Hyde” Roberta Louisa Stevensona zło nie przychodzi z zewnątrz. Jest częścią człowieka, który próbuje ukrywać je pod maską moralnej nieskazitelności. Podobną niejednoznaczność odnajduję w „The Enemy”. Jackie Smit z „Chronicles of Chaos”, mimo bardzo dobrej oceny całego albumu, uznał tę kompozycję za najsłabszy jego fragment, zarzucając jej przewidywalność. Trudno całkowicie odrzucić ten argument, choć siłą utworu pozostaje właśnie prostota.
„Praise Lamented Shade” i „Requiem”. Msza żałobna w ruinach katedry
„Praise Lamented Shade” przynosi wyraźne uspokojenie. Pojawia się więcej przestrzeni, delikatniejsze aranżacje i melancholia przypominająca elektroniczne eksperymenty zespołu. Utwór pokazuje, że powrót do gitarowego ciężaru nie oznaczał całkowitego odrzucenia doświadczeń z okresu „Host”. Paradise Lost wykorzystali je do budowania kontrastów. Muzyczna cisza, subtelna elektronika i spokojniejsze melodie pozwalają cięższym fragmentom zabrzmieć jeszcze mocniej. To ważna umiejętność, o której część metalowych zespołów zapomina. Nieustanna agresja może ostatecznie przestać robić wrażenie. Dopiero zestawienie jej z ciszą przywraca muzyce dramatyczną siłę. Podobnie działa światło w malarstwie Rembrandta – znaczenie jasnych fragmentów wynika z otaczającej je ciemności.
Tytułowy „Requiem” stanowi emocjonalne centrum albumu. Kompozycja łączy monumentalny gitarowy ciężar z melancholijną melodyką Gregora Mackintosha. Już sam tytuł przywołuje tradycję mszy żałobnej, choć Brytyjczycy nie tworzą muzyki liturgicznej. Interesuje ich raczej symbolika requiem: pamięć, żal, przemijanie i próba pogodzenia się z nieuchronnością końca. Gitary brzmią jak dzwony nad opuszczonym miastem, rytm jest ciężki, lecz nie monotonny, a partie prowadzące Mackintosha posiadają niemal śpiewny charakter. Można odnaleźć tutaj coś z „A Dying Wish” i bardziej melancholijnych fragmentów „Icon”, choć produkcja jest zdecydowanie nowocześniejsza. Holmes momentami wykorzystuje ostrzejszą ekspresję, przypominającą najwcześniejsze lata zespołu. Właśnie tutaj najlepiej ujawnia się paradoks twórczości Paradise Lost: muzyka poświęcona rozpaczy potrafi być niezwykle piękna. Melodia, zamiast pogłębiać poczucie beznadziei, przynosi rodzaj oczyszczenia. Podobnie działa „Requiem” Mozarta, choć porównanie dotyczy emocjonalnego mechanizmu, a nie formy muzycznej. Można również przywołać „Tren VIII” Jana Kochanowskiego, w którym pustka po utracie bliskiej osoby staje się niemal fizyczną obecnością. Paradise Lost udowadniają, że najbardziej bolesne bywa nie to, co pozostaje, lecz właśnie to, czego już nie ma.
„Unreachable”, „Prelude to Descent” i „Fallen Children”. Własne demony i utracona niewinność
„Unreachable” jest jednym z najciekawszych dowodów, że Paradise Lost nie zamierzali wymazać swojej elektronicznej przeszłości. Syntezatorowe tło i bardziej oszczędne aranżacje przywołują klimat „One Second” i „Host”, ale cięższe gitary nadają kompozycji odmienną strukturę. To muzyka pełna dystansu, chłodu i emocjonalnej niedostępności. Tytuł można interpretować jako symbol relacji, której nie da się już odbudować, albo człowieka zamykającego się przed światem. W „Obcym” Alberta Camusa główny bohater doświadcza rzeczywistości w sposób emocjonalnie odległy, jakby nie potrafił uczestniczyć w niej na takich samych zasadach jak inni. „Unreachable” wywołuje podobne skojarzenia. Holmes śpiewa bardziej powściągliwie, niemal obojętnie, a muzyka buduje atmosferę wyobcowania. To jeden z momentów, w których wyraźnie słychać, że inspiracje Depeche Mode nadal pozostają częścią artystycznej osobowości Paradise Lost.
„Prelude to Descent” przywraca zdecydowany gitarowy ciężar, ale zachowuje melodyjną elegancję. Tytułowe preludium do upadku może przywoływać „Fausta” Goethego, gdzie pragnienie przekroczenia ludzkich ograniczeń prowadzi do moralnie dwuznacznego układu. Muzyka rozwija się jak marsz ku katastrofie, której nie sposób zatrzymać. To jeden z powodów, dla których „In Requiem” nie jest prostym powrotem do „Draconian Times”. Zespół odzyskał ciężkie riffy, ale wykorzystał także doświadczenia zdobyte podczas eksperymentalnego okresu. Elektronika, oszczędniejsze melodie i bardziej przejrzysta struktura piosenek nie zniknęły. Zostały podporządkowane gitarowej całości. „Fallen Children” przynosi natomiast więcej metalowej stanowczości. W ciężkich riffach można odnaleźć gniew, ale nie jest to bunt młodego człowieka przekonanego, że wystarczy zburzyć istniejący porządek, aby zbudować lepszy świat. Brzmi raczej jak rozczarowanie kogoś, kto widział już zbyt wiele nieudanych rewolucji. Tytułowe upadłe dzieci przywołują „Władcę much” Williama Goldinga, w którym cywilizacyjne zasady rozpadają się pod wpływem strachu, przemocy i pragnienia dominacji. Melodyjne partie gitar Paradise Lost nie przynoszą ukojenia. Przypominają raczej o niewinności, której nie można odzyskać.
„Beneath Black Skies”, „Sedative God” i „Your Own Reality”. Pod czarnym niebem
„Beneath Black Skies” należy do najbardziej charakterystycznych kompozycji wydawnictwa. Potężne riffy, melodyjne linie gitarowe i mroczny wokal przywołują klasyczny okres działalności zespołu. To muzyka mogąca stanowić pomost pomiędzy „Icon” a „Draconian Times”, choć jej brzmienie pozostaje zdecydowanie współczesne. Czarne niebo z tytułu można potraktować jako metaforę egzystencjalnego niepokoju. W „Procesie” Franza Kafki Józef K. zostaje uwikłany w rzeczywistość, której zasad nie rozumie, a każda próba odzyskania kontroli prowadzi do kolejnych rozczarowań. Paradise Lost budują podobne poczucie bezradności za pomocą gitarowego ciężaru i posępnej melodii. Szczególnie imponuje tutaj Gregor Mackintosh, którego wielkość nie wynika z technicznej ekwilibrystyki, lecz umiejętności komponowania motywów rozpoznawalnych po kilku dźwiękach. W świecie pełnym instrumentalnych wirtuozów to talent równie cenny, a może nawet rzadszy.
„Sedative God” jest jedną z bardziej intrygujących kompozycji albumu. Sam tytuł – „Uspokajający Bóg” – prowokuje do refleksji nad rolą wiary, autorytetu i ludzkiej potrzeby bezpieczeństwa. Czy człowiek poszukuje duchowej prawdy, czy czasami jedynie sposobu na uśmierzenie lęku? Czy przekonania mogą stać się rodzajem emocjonalnego znieczulenia? Podobne pytania odnajdujemy w filozofii Nietzschego, choć Paradise Lost nie tworzą przecież traktatu filozoficznego. Wykorzystują charakterystyczne dla siebie symbole do budowania atmosfery nieufności wobec prostych odpowiedzi. Album zamyka „Your Own Reality”, utwór bardziej melodyjny i refleksyjny. Po wcześniejszych ciężkich kompozycjach otrzymujemy zakończenie, które nie próbuje narzucić słuchaczowi jednoznacznej odpowiedzi. Tytułowa własna rzeczywistość może być schronieniem przed światem, ale również więzieniem zbudowanym z przekonań i rozczarowań. W „Wilku stepowym” Hermanna Hessego główny bohater doświadcza rozdarcia pomiędzy różnymi częściami własnej osobowości. „Your Own Reality” przywołuje podobny nastrój samotności. Zakończenie „In Requiem” nie przynosi wielkiego triumfu ani obietnicy odkupienia. Pozostawia świadomość, że człowiek musi nauczyć się żyć we własnym świecie, nawet jeśli nie jest on taki, o jakim kiedyś marzył.
Krytycy o „In Requiem”. Wielki powrót czy spotkanie z własnym cieniem?
Recenzje „In Requiem” były zróżnicowane, co doskonale pokazuje, jak trudno oceniać zespół posiadający tak bogatą i zmienną historię. Eduardo Rivadavia z AllMusic potraktował album jako podróż ku okresowi „Shades of God”, „Icon” i „Draconian Times”. Docenił powrót ciężkich gitar, tradycyjnej sekcji rytmicznej i ograniczenie elektroniki, ale zaznaczył, że do odzyskania dawnej pozycji Brytyjczykom wciąż nieco brakuje. Jego zdaniem „In Requiem” stanowi solidny fundament dalszej odbudowy artystycznej tożsamości. Znacznie bardziej entuzjastyczny był Jackie Smit z „Chronicles of Chaos”, który wystawił albumowi 8,5/10. Napisał: „As solid and assured a record as any the band have put their talents to”, co można przetłumaczyć jako pochwałę płyty równie solidnej i pewnej artystycznie jak inne ważne dokonania zespołu. Krytyk szczególnie docenił „Never for the Damned” i „Ash & Debris”, choć zarzucał singlowemu „The Enemy” zbytnią przewidywalność.
Martin Iordanidis z niemieckiego „Visions” ocenił wydawnictwo na 8/12, dostrzegając wyraźniejszy powrót do metalowego brzmienia oraz podobieństwa pomiędzy bardziej stanowczym wokalem Nicka Holmesa a śpiewem Jamesa Hetfielda. Podkreślił jednak, że elektroniczne doświadczenia nadal pozostają słyszalne. Odmienny pogląd przedstawił Grzegorz Dusza w polskim magazynie „Audio”, uznając, że przywrócenie cięższych gitar nie oznacza automatycznie odzyskania dawnej świeżości. Jeszcze bardziej krytyczny był Jakub Gańko z Rockmetal.pl, który przyznał płycie 4/10, zarzucając zespołowi powtarzanie własnych pomysłów i niedostateczną siłę kompozycji. Kto miał rację? Moim zdaniem obie strony dostrzegły fragment tej samej prawdy. „In Requiem” nie jest rewolucją porównywalną z „Gothic” ani arcydziełem na miarę „Draconian Times”, ale nie jest również bezwartościową próbą odtwarzania przeszłości. To muzyka zespołu, który po latach eksperymentów odzyskał własny język, nie odrzucając zdobytych doświadczeń.
Gregor Mackintosh i Nick Holmes. Dwaj architekci melancholii
Gregor Mackintosh należy do gitarzystów, których znaczenie trudno opisać technicznymi parametrami. Jego wielkość wynika z umiejętności tworzenia melodii posiadających natychmiast rozpoznawalny emocjonalny charakter. Kilka dźwięków wystarcza, aby pojawiła się atmosfera tęsknoty, rozczarowania i utraconej nadziei. Można porównać go do Davida Gilmoura, szczególnie pod względem nadawania prostym frazom głębokiego znaczenia. Mackintosh jest jednak znacznie bardziej posępny. Tam, gdzie Gilmour potrafi otwierać przestrzeń i prowadzić ku światłu, gitarzysta Paradise Lost częściej zamyka słuchacza w świecie, z którego nie ma łatwego wyjścia. Nick Holmes stanowi doskonałe dopełnienie tej estetyki. Jego głos nie posiada operowej skali Bruce’a Dickinsona ani dramatycznej ekspresji Roba Halforda. Łączy szorstkość metalowego śpiewu z emocjonalną powściągliwością rocka alternatywnego. Słychać w nim zmęczenie, ironię i melancholię, których nie da się podrobić. Na „In Requiem” obaj muzycy ponownie odnajdują wspólny język. Mackintosh tworzy melodie przypominające utracone wspomnienia, a Holmes nadaje im głos człowieka, który nie jest już pewien, czy pragnie te wspomnienia odzyskać.
Zamiast zakończenia. Nie można wrócić do raju, z którego kiedyś się wyszło
W „Raju utraconym” Miltona upadek nie oznacza wyłącznie utraty miejsca. Jest także utratą stanu niewinności, którego nie można odzyskać poprzez zwyczajne cofnięcie czasu. Podobnie wygląda historia Paradise Lost. Muzycy nie mogli po prostu ponownie nagrać „Icon” czy „Draconian Times”, ponieważ sami nie byli już ludźmi, którzy stworzyli tamte albumy. Minęły lata, zmieniły się doświadczenia, muzyczne fascynacje i sposób postrzegania świata. „In Requiem” opowiada właśnie o niemożliwości prostego powrotu. To płyta zespołu, który odzyskuje własny język, ale nie udaje, że nic się wcześniej nie wydarzyło. Elektroniczne eksperymenty stały się częścią doświadczenia, pozwalającego wzbogacić dawną stylistykę. Gitarowe riffy powróciły, lecz nabrały innego znaczenia. Nie są już manifestacją młodzieńczej agresji. Stały się narzędziem dojrzałej refleksji.
Album nie jest doskonały. Niektóre kompozycje pozostają przewidywalne, kilka refrenów nie osiąga siły najlepszych nagrań Paradise Lost, a produkcja chwilami wygładza brzmienie, które mogłoby być bardziej surowe. Brakuje również utworu o sile „As I Die”, „True Belief” czy „Forever Failure”. Ale „In Requiem” posiada coś, czego nie można zastąpić techniczną perfekcją: autentyczną atmosferę i wyraźną artystyczną tożsamość. Brytyjczycy przypominają bohatera, który po długiej podróży wraca do rodzinnego domu i odkrywa, że wszystko wygląda znajomo, ale nic nie jest już takie samo. Ściany stoją na swoich miejscach, meble pozostają niezmienione, a jednak w powietrzu unosi się obecność czasu, którego nie da się odzyskać.
Paradise Lost nie odzyskali na „In Requiem” utraconego raju. Odkryli jednak, że w jego ruinach nadal można tworzyć piękną muzykę. Nie ma tutaj zwycięstwa nad przeszłością ani obietnicy odkupienia. Jest świadomość, że nawet po latach błądzenia człowiek może ponownie odnaleźć własny głos. A czasami właśnie taka muzyka – pozbawiona łatwego pocieszenia, lecz pełna prawdziwych emocji – pozostaje z nami najdłużej.
Ocena końcowa: 8,5/10
„In Requiem” Paradise Lost (2007) to jeden z najważniejszych albumów późniejszego etapu kariery brytyjskich pionierów gothic metalu. Jedenaście kompozycji łączy gothic metal, doom metal, ciężkie gitarowe riffy i melancholijną melodykę, a największymi atutami pozostają „Never for the Damned”, „Ash & Debris”, „Requiem”, „Beneath Black Skies”, „Unreachable” i „Your Own Reality”. Charakterystyczne partie Gregora Mackintosha, chropowaty wokal Nicka Holmesa oraz odzyskana gitarowa siła tworzą album spójny i emocjonalnie przekonujący. Najpoważniejsze słabości to pewna przewidywalność kompozycji, niedostatek zaskakujących rozwiązań i brak utworu dorównującego największym klasykom zespołu.
Werdykt: „In Requiem” nie jest tak przełomowy jak „Gothic”, „Icon” czy „Draconian Times”, ale stanowi udane połączenie doświadczeń z elektronicznego okresu działalności Paradise Lost z tradycyjnym gitarowym brzmieniem. To płyta szczególnie wartościowa dla miłośników My Dying Bride, Anathemy, Katatonii, Type O Negative i klasycznego brytyjskiego gothic metalu.
Paradise Lost – „In Requiem” (Century Media Records, 2007). Produkcja: Rhys Fulber, miks: Mike Fraser. Jedenaście utworów, około 45 minut. Okładka: Seth Siro Anton. Przywołane opinie krytyczne pochodzą z AllMusic, „Chronicles of Chaos”, „Visions”, „Audio” i Rockmetal.pl. Cytaty pozostawiono w oryginale wraz z polskim objaśnieniem. Odniesienia literackie, interpretacje oraz ocena końcowa stanowią autorski komentarz redakcyjny.



Napisz komentarz
Komentarze