Afera Kołodziejczaka przypomina tę, która 20 lat temu miała miejsce w Samoobronie. Różni się przede wszystkim rozmiarem. Obecna, jak na razie, dotyczy jednego prymitywnego posła, poprzednia obejmowała wielu działaczy partii. Dochodziło nie tylko do oferowania pracy za seks, ale także do często bardzo brutalnych gwałtów, prób spędzania płodu za pomocą oksytocyny, pobić, a przy okazji malwersacji finansowych. Właśnie z tego szydził niedawno w programie lokalnej telewizji kablowej, Piotr Kucharski, twierdząc, że zarzuty wobec działaczy partii Leppera okazały się pomówieniami. To kłamstwo. Wiele osób zostało skazanych i siedziało w więzieniach.
Kiedy słuchałem relacji kobiet, krzywdzonych przez Kołodziejczaka, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że już to przecież kiedyś słyszałem. Tak rzeczywiście było, kiedy w środku nocy z drugiego końca Polski dzwoniła do mnie płacząca młoda kobieta po wizycie obleśnego pana posła, słyszałem niemalże te same słowa. Przerażające, ale dla radnego Kucharskiego zapewne te dziewczyny same sobie były winne. Takie właśnie opinie wysłuchiwałem od kobiet z PO, walczących o… prawa kobiet, kiedy jeszcze kandydowałem z list tej partii. „Jak s… nie da, to pies nie weźmie” – poważnie? To ja mogę na to opowiedzieć historię studentki zgwałconej przez dwóch posłów w Piotrkowie Trybunalskim (z najdrobniejszymi szczegółami), albo kelnerki w ośrodku wypoczynkowym niedaleko Częstochowy.
Dlaczego się takie sporawy relatywizuje? Gdzie są walczące feministki? Czemu nie ma ich z transparentami pod biurami poselskimi Kołodziejczaka?
Na koniec przywołam jeszcze jeden przypadek z Tomaszowa. W ubiegłym roku odbyła się komisja Zdrowia Rodziny i Spraw Społecznych Rady Powiatu Tomaszowskiego, prowadzona przez Alicję Zwolak Plichtę. W czasie jej trwania dyrektorka tomaszowskiego domu dziecka opowiadała o tym, że jej podopieczne sprzedawały swoje roznegliżowane zdjęcia w internecie. Co ciekawe informacji takiej nie znajdziemy w protokole, a dyrektorka wypiera się, by cokolwiek takiego mówiła.
No ale istnieją nagrania, które zresztą posiadam mimo ich utajnienia.
I teraz uwaga! Powstaje pytanie: dlaczego tak ważna kwestia, jak potencjalne przestępstwo związane z seksualnym wykorzystywaniem osób małoletnich, zniknęło z protokołu? Pracownicy biura rady twierdzą, że takie polecenie wydała im przewodnicząca komisji. Kto i kogo chciał chronić? Urzędników? Radnych? Czy może pedofili? Bo trudno mówić tu o ochronie małoletnich.
Zainteresowałem się ta sprawą i złożyłem wniosek o oficjalne udostępnienie nagrania z komisji. Odmówiono mi, powołując się na zapisy w Statucie Powiatu, a najbardziej na sesji Rady protestowała przeciwko temu pani… Zwolak Plichta.
Złożyłem więc zawiadomienie w Prokuraturze. Co się wydarzyło? Prokurator umorzył śledztwo. Umorzył, nie robiąc nic. Nie wystąpił nawet do Starostwa o przekazanie nagrań z komisji. Nie poproszono też o nagrania mnie. Nie dostałem nawet informacji o tym, że postępowanie umorzono i z jakich powodów. W odpowiedzi na kolejne zapytanie, dowiedziałem się, że mogę się odwołać „na Berdyczów”, bo przecież nie jestem stroną postępowania, a więc nie ma możliwości udzielić mi informacji.
Napisałem skargę do organu nadzoru na tomaszowską prokuraturą i… nadal nagrań nikt nie zabezpieczył.



Napisz komentarz
Komentarze