Nasz artykuł w skrócie
- Burzliwy przebieg Walnego Zgromadzenia SM „Przodownik” – na sali pojawiły się gwizdy, krzyki, konieczna była interwencja ochrony oraz wezwanie policji.
- Spór o wybór Jarosława Batorskiego na przewodniczącego – minimalna przewaga głosów wywołała protesty części uczestników i dyskusję nad sposobem ich liczenia.
- Konflikt o statut i wybór Rady Nadzorczej – na zebraniu doszło do głębokich podziałów, a spory kontynuowano nawet po opuszczeniu sali przez część członków.
- Brak absolutorium dla Jana Nowakowskiego i Dariusza Kacprzyka – decyzja ta nie oznacza jednak automatycznego odwołania ze stanowisk bez dodatkowych uchwał.
- Koniec ery spokojnych zebrań w spółdzielni – wydarzenia te pokazują, że o kluczowych sprawach nie będzie już decydować wyłącznie wąska grupa osób.
Faktyczne walne zgromadzenie miało odbyć się pod koniec czerwca. To termin ustawowy. Członkowie mieli przyjąć sprawozdanie finansowe, udzielić absolutorium oraz wybrać nową radę nadzorczą, której kadencja się skończyła.
Wydawać by się mogło, że będziemy mieć do czynienia z czystą rutyną. Jak zwykle miało przyjść kilkadziesiąt osób, głównie pracowników spółdzielni, którzy głosowania przeprowadzali pod dyktando Prezesa Zarządu.
Jednak kilka tygodni przed terminem wybuchła prawdziwa informacyjna bomba. Usłyszano wtedy po raz pierwszy, że o funkcję prezesa starać się będzie aktywny społecznie radny miejski Jarosław Batorski.
Wśród Zarządu i pracowników wybuchła panika. Rozpoczęto gigantyczną kampanię dezinformacyjną. Pojawiały się informacje o planowanym podziale spółdzielni, przejmowaniu jej przez TTBS, setkach członków dokooptowywanych do listy osób uprawnionych do głosowania na podstawie posiadania ułamkowych części nieruchomości.
Co ciekawe, w tej nagonce wzięły udział lokalne media. Ziarno nienawiści zostało skutecznie przez Zarząd Spółdzielni zasiane. Emocje już wówczas narastały. Głos zabierać zaczęli ludzie, którzy ze spółdzielnią nie mają nic wspólnego, a znani są z internetowego — i nie tylko — obrzucania błotem innych ludzi. Najbardziej drastyczne przykłady to Kazimierz Mordaka i Piotr Kucharski, którzy opowiadali o próbach wrogiego przejęcia spółdzielni przez Marcina Witko.
Do zebrania ostatecznie nie doszło. Zostało odwołane, jak twierdził Zarząd, ze względu na bezpieczeństwo i upał. Pomógł tu komunikat RCB, z którym trudno byłoby polemizować w sądzie. Zgłoszeni kandydaci na członków Rady Nadzorczej wpadli do wyborczej próżni.
Ponad dwa miesiące później postanowiono zwołać kolejne walne zebranie. Co ciekawe jednak, bez wymaganych ustawą punktów sprawozdawczo-wyborczych, za to z punktami dotyczącymi zmiany statutu. Kiedy zadałem pytanie o te zmiany, usłyszałem, że obejmują sposób głosowania.
Poważnie? A co z ograniczeniem biernego prawa wyborczego dla 99,9 proc. mieszkańców Tomaszowa Mazowieckiego? Prezes Nowakowski, kiedy zwróciłem mu na to uwagę, bardzo się oburzył.
– Jak to, chciałby pan, aby facet od betoniarki zarządzał spółdzielnią, bo przyprowadzi na zebranie kilkaset osób?
Dosyć pogardliwe było to stwierdzenie. Tymczasem nie chodzi o ludzi, którzy nawet nie pomyśleliby, aby sprawować podobną funkcję. Nie chodzi też o J. Batorskiego, ale o setki świetnie wykształconych i zawodowo doświadczonych menedżerów spółek, którzy mogliby spółdzielnią zarządzać, a nie mogliby, bo wymyślono, że warunkiem jest posiadanie uprawnień zarządcy nieruchomości. Coś dla mnie?
W Tomaszowie nie ma ich zbyt wielu. A takich z prawdziwą, starą licencją, a nie dorabianym kwitem na podyplomowym kursie, jest jeszcze mniej. Hm, znowu się kwalifikuję.
Usłyszałem coś o profesjonalizacji. Świetnie, tyle że do kierowania spółdzielnią uprawnienia zarządcy nieruchomości wcale nie są potrzebne. Szczególnie odkąd zdewaluował je Jarosław Gowin, bezmyślnie deregulując rynek tego rodzaju usług.
Wróćmy jednak do wczorajszego zebrania…
Gorąca atmosfera wyczuwalna była już przed wejściem. Długa kolejka oczekujących kończyła się za bramą przy ulicy św. Antoniego. Tylu ludzi na walnym w spółdzielni jeszcze nie było.
Nic dziwnego, że obrady wystartowały z blisko godzinnym opóźnieniem.
Zgodnie ze statutem kluczowe było wybranie przewodniczącego obrad, który powinien skutecznie przeprowadzić je do końca.
Pierwszy przypadek agresywnych i mało kulturalnych zachowań pojawił się już wtedy, kiedy Batorski zgłosił swoją kandydaturę. Zwolennicy Jana Nowakowskiego zaczęli buczeć, gwizdać i tupać. Ciśnienie i temperatura podskoczyły.
Dwie kandydujące osoby. Dziesięciu pracowników spółdzielni liczących głosy. Na koniec szok i niedowierzanie. Wygrywa Batorski… mając sześć głosów więcej. Niemal natychmiast zaczyna się zamieszanie i pojawiają się żądania powtórzenia głosowania. Są nawet tacy, którzy twierdzą, że dochodziło do oszustw. Mówili o zdjęciach, o podwójnym głosowaniu.
Rzecz w tym, że takie głosowania faktycznie były. Tyle że niektóre osoby trzymały dwie kartki, ponieważ posiadały pełnomocnictwa od innych osób.
Do liczenia głosów nie dopuszczono nikogo innego. Robili to wyłącznie pracownicy Prezesa. Czy zrobili to rzetelnie? Można w to wątpić, bo już w kolejnym głosowaniu, w którym wyłaniano sekretarza obrad, różnica sięgała kilkudziesięciu głosów. Ta dysproporcja może sugerować, że głosy zwolennikom Zarządu ktoś mógł doliczać.
Jan Nowakowski, mimo dokonanego wyboru, postanowił jednak nie oddawać głosu Batorskiemu, by ten mógł spokojnie poprowadzić dalszą część obrad.
Rozpoczęła się dyskusja, która z dyskutowaniem niewiele miała wspólnego. Była agresywna i mocno prymitywna. Krzyczano, gwizdano i ubliżano.
Mieliśmy więc zachowania typowe dla środowisk kibolskich. Tyle że to nie zwolennicy Batorskiego zachowywali się w taki sposób. Byli nawet tacy, którzy próbowali go szarpać i musiała interweniować ochrona.
Batorski próbował zmienić porządek obrad, wykreślając punkty dotyczące zmian w statucie, a dodając wymagane ustawowo sprawozdanie oraz wybory członków Rady Nadzorczej, bo — jak sam słusznie zauważył — Spółdzielnia działa obecnie bez ważnego organu kontrolnego.
Pojawił się kolejny problem, ponieważ Zarząd nie zgłosił tym razem własnych kandydatów do Rady Nadzorczej.
Pojawiła się panika, a Jan Nowakowski postanowił, że pod pozorem zagrożenia bezpieczeństwa zakończy obrady, co też niezwłocznie ogłosił, zachęcając ludzi do opuszczenia sali. Faktycznie, jego zwolennicy podnieśli się i z sali wyszli. Grzegorz Zań wezwał policję.
Funkcjonariusze, którzy przyjechali na miejsce, nie stwierdzili żadnych aktów przemocy ani agresji. Trudno się dziwić, bo większość agresywnych osób opuściła już salę. Ci, którzy pozostali, mocno stracili na animuszu.
Zaczęto więc mówić o pijanych osiłkach, kibolach, chuliganach, których miał sprowadzić Batorski, a którzy… rozdawali ludziom bułki, bo spotkanie trwało już kilka godzin.
Co ciekawe, kiedy później, w gabinecie dyrektora szkoły, pytałem, czy Zarząd oraz prawnik z tytułem profesora w ogóle wiedzą, co zrobili i jaki był ich cel, stwierdzili, że będą to dopiero… analizować.
Próbowano nie dopuścić do tego, by przewodniczący walnego Jarosław Batorski dokończył obrady. Powodem miało być to, że to aktualny Zarząd zawarł umowę najmu ze szkołą, i to na pięć dni na wyłączność. Tyle że zrobił to nie we własnym imieniu, ale w imieniu spółdzielców, a to oni przecież byli na sali.
Ostatecznie wszystkie głosowania przeprowadzono. Janowi Nowakowskiemu oraz Dariuszowi Kacprzykowi nie udzielono absolutorium, w związku z czym zostali odwołani ze swoich posad.



Napisz komentarz
Komentarze