W Tomaszowie zrobiło się ostatnio głośno wokół Spółdzielni Mieszkaniowej „Przodownik”. Walne Zgromadzenie zaplanowane na 27 czerwca zostało odwołane. Zarząd i Rada Nadzorcza tłumaczyły decyzję względami organizacyjnymi, bezpieczeństwem, wysoką temperaturą oraz obawą przed zakłóceniem przebiegu obrad. W tle pozostawała jednak bardzo wyraźna walka o przyszły kształt władz jednej z największych lokalnych instytucji mieszkaniowych.
A jest o co walczyć. „Przodownik” podaje, że zrzesza 9242 członków i eksploatuje 9382 mieszkania, nie licząc setek garaży i lokali użytkowych. To nie jest osiedlowe kółko zainteresowań ani stowarzyszenie miłośników pelargonii balkonowych. To potężny organizm zarządzający majątkiem, pieniędzmi i — co dla tego tekstu najważniejsze — ogromną ilością informacji dotyczących tysięcy tomaszowskich rodzin.
Wszyscy patrzą na fotel
Jednym z najbardziej widocznych bohaterów obecnego sporu jest radny miejski Jarosław Batorski. Grupa kandydatów związana z nurtem zmian w spółdzielni oficjalnie zapowiadała, że to właśnie on będzie ich kandydatem na przewodniczącego obrad Walnego Zgromadzenia. Format3A opublikował tę deklarację wprost. TIT poszedł dalej: w artykule oznaczonym jako sponsorowany twierdził, że z innych materiałów zwolenników Batorskiego wynika również zamiar wystawienia go jako przyszłego kandydata na prezesa. Pierwsze jest publiczną deklaracją grupy kandydatów. Drugie pozostaje medialnym opisem i polityczną interpretacją — i nie należy tych dwóch rzeczy ze sobą mieszać.
Sam Batorski jest radnym Rady Miejskiej Tomaszowa Mazowieckiego i zasiada m.in. w stałej Komisji Gospodarki Mieszkaniowej, Komunalnej i Ochrony Środowiska. Nie jest natomiast członkiem doraźnej Komisji Mieszkaniowej decydującej o kwalifikowaniu mieszkańców do najmu lokali komunalnych. To rozróżnienie jest ważne.
Ale mnie w całej tej historii interesuje coś innego.
Fotel prezesa jest widoczny. Baza danych o zadłużeniach — nie.
Fotel można sfotografować. Można na nim usiąść, można się o niego pokłócić, można zwołać konferencję prasową i tłumaczyć, kto powinien go zająć. Informacja natomiast nie robi hałasu. Nie ma koloru partyjnego. Nie maszeruje z transparentem.
A potrafi być warta bardzo dużo.
Kto wie, kto tonie?
Wyobraźmy sobie człowieka, który od pół roku nie płaci czynszu. Najpierw zabrakło mu kilkuset złotych. Potem przyszedł kolejny miesiąc. Później odsetki, wezwanie do zapłaty, następne pismo. Być może stracił pracę. Być może umarł współmałżonek, z którym dzielił koszty. Być może choruje ktoś z rodziny. Być może zwyczajnie rozsypało mu się życie.
Dla niego to dramat.
Dla księgowości — saldo.
Dla wierzyciela — należność.
Dla komornika — w odpowiednim momencie postępowanie egzekucyjne.
A dla kogoś zajmującego się nieruchomościami taka informacja może mieć jeszcze inne znaczenie: może mówić, który lokal w przyszłości znajdzie się pod ekonomiczną presją, a być może ostatecznie trafi na rynek lub do egzekucji.
I właśnie tutaj kończy się plotkarska zabawa w to, kto kogo lubi w „Przodowniku”, a zaczyna problem poważny.
Bo polskie prawo samo ustanawia legalny kanał przepływu informacji pomiędzy spółdzielnią mieszkaniową a organem egzekucyjnym.
Art. 761 § 1¹ Kodeksu postępowania cywilnego wymienia wśród podmiotów zobowiązanych do udzielania organowi egzekucyjnemu informacji między innymi spółdzielnie mieszkaniowe. Chodzi o informacje dotyczące stanu majątkowego dłużnika, umożliwiające identyfikację składników jego majątku oraz dane adresowe. Jednocześnie ustawodawca stawia wyraźną granicę: mogą być żądane jedynie w zakresie niezbędnym do zapewnienia prawidłowego toku postępowania. Tak samo interpretuje ten mechanizm Prezes UODO.
To normalne. Bez takich informacji egzekucja byłaby często teatrem bez aktorów.
Ale skoro istnieje most, trzeba pytać o barierki.
RODO nie jest magicznym zaklęciem
„Przodownik” posiada Inspektora Ochrony Danych. Z oficjalnej strony spółdzielni wynika, że funkcję tę pełni Dominika Zając. Spółdzielnia deklaruje również, że podmioty, którym powierza przetwarzanie danych, działają na podstawie umów i wyłącznie zgodnie z jej poleceniami. To dobrze. Tak właśnie powinno być.
Tyle że RODO nie działa jak czosnek na wampiry. Samo powieszenie klauzuli informacyjnej na stronie internetowej nie odpowiada na pytania praktyczne.
Kto w „Przodowniku” ma dostęp do pełnych informacji o zadłużeniu poszczególnych mieszkańców? Czy system informatyczny zapisuje każde wejście do danych konkretnego lokatora? Czy można wyeksportować listę zadłużonych do Excela? Czy można ją wydrukować? Kto zatwierdza takie operacje? Czy pracownik może sprawdzić saldo członka spółdzielni, którego sprawa nie należy do jego obowiązków? Kto kieruje sprawę do kancelarii komorniczej i według jakich zasad wybierana jest kancelaria? Czy po odejściu pracownika jego dostęp blokowany jest natychmiast?
Nie twierdzę, że w „Przodowniku” w którymkolwiek z tych punktów dzieje się coś niewłaściwego.
Pytam o coś znacznie prostszego: czy system pozwala to sprawdzić?
Bo dobre zabezpieczenie nie polega na zapewnieniu: „proszę się nie martwić, mamy uczciwych ludzi”. Dobre zabezpieczenie polega na tym, że nawet człowiek nieuczciwy nie może zrobić wiele, a jeśli spróbuje — zostawi ślad.
Na tym w istocie polega bezpieczeństwo informacji. Nie na wierze w charaktery, tylko na procedurach.
Zasady RODO opierają się między innymi na ograniczeniu celu, minimalizacji danych oraz zapewnieniu ich integralności i poufności. Dane zebrane po to, aby zarządzać rozliczeniami mieszkańca lub prowadzić egzekucję, nie stają się przecież towarem tylko dlatego, że ktoś potrafiłby z nich zrobić ekonomiczny użytek.
I dlatego należy postawić pytanie najmocniejsze:
CZY SYSTEM JEST TAK ZBUDOWANY, ABY NIKT NIE MÓGŁ WYKORZYSTAĆ WIEDZY O CUDZYM ZADŁUŻENIU DO PRYWATNEGO INTERESU?
Nie: czy wierzymy, że nikt tego nie zrobi.
Czy nie może tego zrobić.
Różnica jest fundamentalna.
Do tego obrazu dochodzi miasto
W Tomaszowie istnieje jeszcze jeden element tej układanki: doraźna Komisja Mieszkaniowa Rady Miejskiej.
I warto tu od razu odrzucić pewne uproszczenie. Komisja sama nie wręcza rodzinie kluczy do mieszkania. Oficjalna strona miasta mówi jednak jasno: komisja analizuje i weryfikuje wnioski o najem lokalu mieszkalnego lub socjalnego i rozstrzyga o zakwalifikowaniu do najmu lokalu komunalnego. Dopiero ostateczne wykazy zatwierdza prezydent miasta. Jest to zatem realny, formalny etap drogi do otrzymania komunalnego dachu nad głową.
W skład tej komisji wchodzą obecnie Beata Szczukocka, Marta Lublin, Leszek Ogórek oraz radny Piotr Kucharski.
I samo nazwisko Kucharskiego w składzie komisji nie jest absolutnie żadnym zarzutem.
Przeciwnie — radny ma prawo zajmować się mieszkalnictwem. Od tego są radni.
Warto jednak spojrzeć na oficjalny wykaz jego interpelacji, bo pokazuje, jak głęboko jego publiczna aktywność wchodzi właśnie w tę dziedzinę. Pytał o przyspieszenie wykonywania wyroków eksmisyjnych z prawem do lokalu socjalnego i skrócenie kolejki oczekujących na mieszkania komunalne. Później interesował się rozwojem lokali socjalnych i komunalnych, inwestycjami TTBS, przejrzystością finansowania i możliwością wykupu mieszkań.
28 maja 2026 roku wystąpił natomiast o informacje dotyczące decyzji o przydziale i zamianach lokali komunalnych i socjalnych dokonywanych — jak sformułował przedmiot interpelacji — z pominięciem procedury opiniowania przez doraźną Komisję Mieszkaniową w latach 2018–2026. A 2 lipca złożył interpelację dotyczącą weryfikacji zatrudnienia, umów cywilnoprawnych i finansowania ze środków miasta osób kandydujących do organów spółdzielni mieszkaniowej.
Jeszcze raz: to nie jest dowód konfliktu interesów.
To jest dowód czegoś innego — że publiczna aktywność tego radnego realnie przecina się z mieszkalnictwem komunalnym, eksmisjami, TTBS, nieruchomościami i wydarzeniami wokół spółdzielni mieszkaniowej.
A jeśli tak, to pytanie o jasne reguły konfliktu interesów nie jest zamachem na czyjekolwiek dobre imię. Jest elementarną higieną demokracji lokalnej.
Zwłaszcza że sam Kucharski chętnie żąda od innych transparentności. W lipcu pytał między innymi o procedury dzierżaw i bezprzetargowej sprzedaży miejskich nieruchomości, a także o procedury zbywania lokali mieszkalnych na rzecz najemców.
Bardzo dobrze.
Transparentność jest świetnym wynalazkiem.
Najlepiej działa wtedy, gdy jest symetryczna.
Trop to jeszcze nie fakt
W tym miejscu muszę zrobić coś, co w publicystyce bywa mniej efektowne od postawienia wykrzyknika, ale znacznie ważniejsze.
Do redakcyjnego researchu trafiła informacja dotycząca udziału osoby publicznej oraz członka jej rodziny w licytacjach nieruchomości, a następnie późniejszego zbycia jednej z takich nieruchomości osobie wykonującej zawód komornika.
To informacja niezwykle poważna.
I właśnie dlatego na obecnym etapie nie wolno jej opisać jako faktu.
W publicznie dostępnych źródłach nie udało mi się odnaleźć kompletu dokumentów pozwalających potwierdzić datę i sygnaturę postępowania, tożsamość nabywców, postanowienie o przysądzeniu własności, późniejszą umowę sprzedaży, cenę ani — rzecz absolutnie kluczową — odpowiedzieć na pytanie, czy komornik, który miał później nabyć nieruchomość, miał wcześniej jakikolwiek związek zawodowy z konkretną egzekucją.
Dlatego nazwiska w tym miejscu nie będzie.
Nie dlatego, że pytanie jest niewygodne.
Dlatego, że Prawo prasowe nakazuje dziennikarzowi szczególną staranność i rzetelność, w tym sprawdzenie zgodności informacji z prawdą albo wskazanie ich źródła. Kodeks cywilny chroni natomiast cześć i nazwisko człowieka. Prawo nie wymaga więc od dziennikarza tchórzostwa. Wymaga czegoś trudniejszego: umiejętności odróżnienia tego, co się wie, od tego, czego się dopiero podejrzewa.
Jeżeli dokumenty kiedyś potwierdzą opisaną sekwencję, wówczas pojawią się zupełnie uzasadnione pytania o chronologię, ceny, charakter relacji i ewentualny związek komornika z wcześniejszą egzekucją.
Dzisiaj tych pytań nie wolno zamieniać w odpowiedzi.
Komornik nie jest zwykłym uczestnikiem rynku
Prawo stawia komornika w szczególnej sytuacji.
Art. 976 § 1 k.p.c. zabrania udziału w przetargu między innymi samemu dłużnikowi, komornikowi, ich małżonkom, dzieciom, rodzicom i rodzeństwu, jak również osobom obecnym na licytacji urzędowo.
Ale trzeba być tutaj precyzyjnym: ten przepis mówi o udziale w licytacji. Z jego samego brzmienia nie wynika automatycznie zakaz każdej późniejszej transakcji cywilnoprawnej dotyczącej nieruchomości, która kiedyś została nabyta w egzekucji. Dlatego gdyby doszło do sytuacji, w której zwycięzca licytacji po pewnym czasie sprzedał nieruchomość komornikowi, nie wolno z samego tego faktu wyprowadzić wniosku: „przestępstwo”.
Prawo pyta jednak, czy wolno.
Etyka ma prawo zapytać również: jak to wygląda i czy zaufanie do urzędu to wytrzyma?
Kodeks Etyki Zawodowej Komornika Sądowego jest pod tym względem zaskakująco jednoznaczny. Komornik został w nim określony jako funkcjonariusz publiczny wykonujący zawód zaufania publicznego. Ma obowiązek zachowywać tajemnice prawnie chronione, działać uczciwie i bezstronnie. Co więcej, reguły etyczne odnoszą się także do życia prywatnego, a kodeks wprost wspomina o doborze otoczenia i stosunkach towarzyskich. Bezstronność została zaś powiązana z podejmowaniem decyzji według obiektywnych kryteriów, bez wpływu osobistych preferencji czy innych osób.
Nie oznacza to, że komornik nie może mieć kolegów.
Nie oznacza, że nie może znać przedsiębiorców, prawników czy radnych.
Nie oznacza nawet, że każda prywatna transakcja z człowiekiem znanym zawodowo musi być niedopuszczalna.
Ale jeżeli kiedykolwiek transakcja nieruchomością, wcześniejsza egzekucja i relacja towarzyska spotkają się w jednym punkcie, obywatel ma pełne prawo oczekiwać dokumentów, chronologii i wyjaśnienia.
Zawód zaufania publicznego ma bowiem pewną niewygodną cechę: trzeba nie tylko być bezstronnym. Czasem trzeba jeszcze zadbać, aby rozsądny obserwator miał podstawy wierzyć, że ta bezstronność jest rzeczywista.
A teraz przeprowadźmy eksperyment
Nie opisuję teraz wydarzenia, o którym wiem, że miało miejsce.
Opisuję ryzyko systemowe.
Wyobraźmy sobie człowieka, który dzięki swojej pozycji lub relacjom wiedziałby, kto ma poważne zadłużenie. Wiedziałby, która nieruchomość może w przyszłości znaleźć się w egzekucji. Miałby doświadczenie w rynku nieruchomości lub licytacjach. Pozostawałby w dobrych relacjach z osobą zawodowo zajmującą się egzekucją. A jednocześnie — sam lub poprzez bliskie zaplecze polityczne — uczestniczyłby w systemie, w którym decyduje się, kto może zostać zakwalifikowany do uzyskania lokalu komunalnego.
Nie twierdzę, że taki mechanizm działa w Tomaszowie.
Powtórzę to jeszcze raz, ponieważ przy poważnych sprawach warto mówić jasno:
nie mam dowodów, że ktokolwiek w Tomaszowie wykorzystuje dane zadłużonych mieszkańców do przejmowania ich nieruchomości albo prywatnego zarobku.
Mam natomiast prawo zapytać, czy obecny system byłby zdolny wykryć taki mechanizm, gdyby ktoś kiedyś próbował go stworzyć.
To zasadnicza różnica.
Nie trzeba udowodnić pożaru, żeby zapytać, czy w budynku są hydranty.
Informacja może być warta więcej niż lokal
Na rynku nieruchomości czas ma wartość.
Jeżeli sto osób dowiaduje się jednocześnie z publicznego obwieszczenia, że określona nieruchomość jest przedmiotem licytacji, wszyscy zaczynają mniej więcej z tego samego miejsca.
Ale jeśli ktoś wiedziałby kilka miesięcy wcześniej, że konkretny właściciel nie daje sobie rady, zadłużenie rośnie, porozumienie z wierzycielem się sypie, a egzekucja zaczyna być prawdopodobna — jego sytuacja byłaby zupełnie inna.
Nie potrzebowałby nawet tajnego segregatora z napisem „DŁUŻNICY”.
Wystarczyłaby wiedza.
Kto ma problem.
Jak duży.
Jak długo.
Czy posiada nieruchomość.
Czy jest zdesperowany.
Czy szuka mieszkania zastępczego.
Czy właśnie znalazł się pod ścianą.
To jest właśnie asymetria informacji. Jedna strona wie coś wcześniej, dokładniej albo więcej niż druga i może dzięki temu podejmować korzystniejsze decyzje ekonomiczne.
Na wolnym rynku przewaga informacyjna bywa elementem gry.
Ale kiedy źródłem informacji może być instytucja zarządzająca cudzym mieszkaniem, organ egzekucyjny albo publiczny system pomocy mieszkaniowej, zaczyna się zupełnie inna rozmowa.
Dłużnik nie jest okazją inwestycyjną
I jest w tym wszystkim jeszcze człowiek.
Łatwo mówi się „dłużnik”.
Słowo jest wygodne. Chłodne. Księgowe.
Nie pachnie szpitalem, do którego codziennie jeździ się do chorego męża. Nie pokazuje pustej lodówki po utracie pracy. Nie pamięta pogrzebu współmałżonka. Nie opowiada o rozwodzie, samotności, niepełnosprawności, uzależnieniu, nieporadności ani o zwykłym życiowym przypadku, który w trzy miesiące potrafi zabrać komuś stabilność budowaną przez trzydzieści lat.
Dług może powstać z nieodpowiedzialności.
Ale może też powstać z nieszczęścia.
I dlatego zadłużony człowiek nie powinien nigdy stać się „lead'em inwestycyjnym” tylko dlatego, że ktoś posiada lepszy dostęp do informacji o jego słabości.
W „Procesie” Kafki Józef K. zostaje wciągnięty w machinę, której zasad nie rozumie i której uczestników właściwie nie zna. Sto lat później nie potrzebujemy kafkowskiego sądu na strychu. Wystarczy system, w którym obywatel nie wie, kto ogląda jego dane, komu je przekazano i czy wiedza o jego kłopotach pozostaje tam, gdzie zgodnie z prawem powinna pozostać.
Nowoczesne państwo nie może obiecać człowiekowi, że nigdy nie popadnie w długi.
Powinno jednak zagwarantować coś innego:
że instytucjonalna wiedza o jego upadku nie stanie się cudzym prywatnym kapitałem.
Zaufanie to za mało
Dlatego w sprawie „Przodownika” coraz mniej interesuje mnie pytanie, kto zostanie prezesem.
Bardziej interesuje mnie, czy kandydaci do władz spółdzielni podpisują deklaracje o konfliktach interesów. Czy muszą ujawniać działalność gospodarczą na rynku nieruchomości. Czy istnieje formalna procedura wyłączania z określonych spraw osoby, która sama lub poprzez najbliższych mogłaby posiadać interes ekonomiczny. Jak wybierane są kancelarie prowadzące egzekucje. Czy jedna z nich otrzymuje większość spraw. Kto widzi dane dłużników. Czy każde ich otwarcie pozostawia cyfrowy ślad. Czy kontrolował to kiedykolwiek Inspektor Ochrony Danych.
To nie są zarzuty.
To są pytania kontrolne do systemu.
I chciałbym poznać odpowiedzi niezależnie od tego, czy prezesem pozostanie dotychczasowy prezes, zostanie nim Jarosław Batorski, czy człowiek, którego nazwiska dzisiaj jeszcze nikt nie wymienia.
Bo nazwiska się zmieniają.
Procedury mają zostać.
Kto zabiera głos
To równie ważne, kto w sprawie zabiera glos. Dlaczego w dyskusji uczestniczą radni, nie będący członkami spółdzielni, ale utrzymujący bliskie, towarzyskie relacje np. z komornikami lub mający bezpośredni wpływ na przydział lokali komunalnych? Czy Rada Powiatu nie powinna bliżej przyjrzeć się członkom komisji i doprowadzić do zmian w jej składzie osobowym, tym bardziej, że jak nieoficjalnie wiadomo bywali już radni, którzy starali się "załatwiać" komunalne lokale zlicytowanym przez siebie lokatorom.
Najgorszy system to taki, który działa tylko dzięki uczciwości ludzi
W lokalnej polityce bardzo lubimy mówić o zaufaniu.
„Zaufajcie nam”.
„Przecież się znamy”.
„Przecież Tomaszów jest mały”.
Właśnie dlatego trzeba uważać.
W niewielkim mieście drogi radnego, urzędnika, przedsiębiorcy, prezesa spółdzielni, prawnika i komornika siłą rzeczy przecinają się częściej niż w wielomilionowej metropolii. Ludzie chodzą do tych samych restauracji, znają się ze szkół, klubów sportowych, kampanii wyborczych, stowarzyszeń i biznesu.
Sama znajomość nie jest korupcją.
Przyjaźń nie jest przestępstwem.
Wspólne zdjęcie nie jest dowodem zmowy.
Ale właśnie w małym mieście reguły konfliktu interesów powinny być wyjątkowo czytelne, bo świat relacji prywatnych i świat decyzji publicznych znajdują się wyjątkowo blisko siebie.
Zaufanie publiczne nie polega na tym, że obywatele mają wierzyć w doskonałość charakterów ludzi sprawujących funkcje.
Polega na tym, że system nie zmusza ich, aby musieli w nią wierzyć.
Dlatego zanim po raz kolejny zaczniemy emocjonować się tym, kto przejmie mikrofon na Walnym Zgromadzeniu „Przodownika”, kto obejmie Radę Nadzorczą i czyj kandydat usiądzie kiedyś w gabinecie prezesa, proponuję spojrzeć kilka pięter niżej.
Do księgowości.
Do systemu informatycznego.
Do wykazu zadłużeń.
Do procedury przekazywania spraw komornikom.
Do zasad dostępu do danych.
Do deklaracji konfliktów interesów.
Do miejskiej Komisji Mieszkaniowej.
Tam może znajdować się sprawa znacznie ważniejsza niż kolejna polityczna wojna o krzesła.
Bo w spółdzielni mieszkaniowej najcenniejszym aktywem wcale nie musi być gabinet prezesa. Czasami najcenniejsza jest wiedza o tym, kto właśnie znalazł się pod ścianą.
I dlatego pytanie, które powinno dzisiaj paść w Tomaszowie, brzmi:
Czy mamy procedury, które naprawdę oddzielają informację instytucjonalną od prywatnego interesu, czy tylko wierzymy, że ludzie posiadający jednocześnie wiedzę, kontakty i możliwości zawsze sami postawią pomiędzy nimi niewidzialny mur?
Bo jeśli odpowiedzią jest wyłącznie „proszę nam zaufać”, to znaczy, że czas zacząć pytać jeszcze głośniej.




Napisz komentarz
Komentarze