Wszyscy patrzą dziś na wojnę o władzę w SM „Przodownik”. Na nazwiska, głosy, kandydatów i przyszłego prezesa. Być może patrzymy w niewłaściwą stronę. Bo w spółdzielni mieszkaniowej istnieje coś znacznie cenniejszego niż gabinet, sekretariat i służbowy fotel. To wiedza. Wiedza o tym, kto płaci, kto przestał płacić, kto tonie w długach i kto za kilka miesięcy może znaleźć się o krok od utraty mieszkania. I właśnie dlatego warto zadać pytanie, którego dotychczas w tomaszowskiej dyskusji prawie nie było: jak szczelna jest granica między taką wiedzą, egzekucją komorniczą, prywatnym rynkiem nieruchomości i lokalną polityką mieszkaniową?
Podział Spółdzielni Mieszkaniowej „Przodownik” w Tomaszowie Mazowieckim na dwie lub więcej mniejszych spółdzielni brzmi dla części mieszkańców jak kusząca obietnica większego wpływu na własne osiedle. Z drugiej strony prezentowana jest jako totalne zagrożenie. Problem w tym, że między hasłem rzuconym przed wyborami a realną procedurą prawną leży cała góra dokumentów, uchwał, rozliczeń, zobowiązań i decyzji samych spółdzielców.
Plotki żyją tam, gdzie kończy się wiedza. W sprawie rzekomego połączenia Spółdzielni Mieszkaniowej „Przodownik” z Tomaszowskim Towarzystwem Budownictwa Społecznego mamy właśnie taki przypadek. Hasło brzmi groźnie, ale po zadaniu pierwszego prostego pytania — „w jaki sposób miałoby do tego dojść?” — cała konstrukcja zaczyna się sypać jak scenografia z taniego serialu.
W SM „Przodownik” zrobiło się gorąco. I nie chodzi tylko o temperaturę za oknem. Walne Zgromadzenie Członków, które miało odbyć się 27 czerwca 2026 roku, zostało odwołane przez nadal urzędujący Zarząd i Radę Nadzorczą. Oficjalnie: z troski o bezpieczeństwo, z powodu problemów organizacyjnych, prognozowanej wysokiej temperatury i ryzyka zakłócenia porządku obrad. Nieoficjalnie — według części członków spółdzielni — mamy do czynienia z czymś znacznie poważniejszym: próbą zatrzymania demokratycznej zmiany władz.
W Spółdzielni Mieszkaniowej „Przodownik” w Tomaszowie Mazowieckim atmosfera przed Walnym Zgromadzeniem gęstnieje jak w filmie, w którym pozornie niewielki rekwizyt nagle okazuje się kluczem do całej intrygi. Tym rekwizytem nie jest tajna teczka ani koperta z milionami, lecz zwykłe pełnomocnictwo. Kartka papieru, podpis, termin z ogłoszenia i pytanie, które dziś zadają mieszkańcy: czy członkowie spółdzielni mogli skorzystać ze swojego prawa do udziału w głosowaniu przez pełnomocnika?