Gdyby tę historię nakręcił Smarzowski, pewnie nie potrzebowałby wielu dekoracji. Wystarczyłaby sala szkolna, kilka segregatorów, nerwowe telefony, kartki z podpisami, ludzie czekający na głosowanie i władza, która nagle odkrywa, że demokracja jest niebezpieczna, gdy na zebranie przychodzą nie ci, których zwykle się spodziewano.
Bo przez lata w takich miejscach jak spółdzielnie mieszkaniowe działał mechanizm prosty jak konstrukcja cepa. Członków są tysiące, ale na Walne przychodzi kilkadziesiąt osób. Zorganizowanych, zdyscyplinowanych, często doskonale znających układ sali, układ dokumentów i układ zależności. Reszta płaci czynsz, narzeka na klatce schodowej, czasem podpisze pismo, czasem machnie ręką. I tak spółdzielnia, która formalnie należy do członków, w praktyce zaczyna przypominać małe księstwo między blokami.
Aż tu nagle ktoś postanowił przyjść liczniej.
I wtedy, jak w „Ojcu chrzestnym”, kiedy ktoś siada przy stole i mówi: „porozmawiajmy o interesach”, w powietrzu robi się gęsto.
Walne, którego przestraszono się bardziej niż lipcowej burzy
Oficjalny komunikat w sprawie odwołania Walnego Zgromadzenia SM „Przodownik” brzmi jak dokument pisany w stanie oblężenia. Rada Nadzorcza i Zarząd informują, że Walne wyznaczone na 27 czerwca zostaje odwołane. W uzasadnieniu pojawia się szkoła, w której miało odbyć się zebranie, wynajęcie części obiektu innemu podmiotowi, brak możliwości zakłócenia przebiegu Walnego, stołówka, punkt medyczny, wysoka temperatura, prognozowane 35 stopni Celsjusza, ryzyko dezorganizacji, konflikty organizacyjne, bezpieczeństwo uczestników.
Na papierze: troska. W odbiorze części członków: panika. Bo trudno nie zauważyć, że argumenty organizacyjne pojawiły się w momencie szczególnym. Walne miało odbyć się tuż przed końcem czerwca. Według informacji spółdzielni właśnie do końca czerwca powinno dojść do corocznego Walnego Zgromadzenia. W porządku takich zebrań zwykle pojawiają się sprawy fundamentalne: sprawozdania, absolutoria, ocena władz, wybory, kontrola, pytania.
I właśnie tego — jak twierdzą przeciwnicy obecnych władz — ktoś miał się przestraszyć najbardziej. Nie upału. Nie stołówki. Nie szkolnego korytarza. Nie ludzi z wodą mineralną w ręku. Tylko kart do głosowania.
Termometr jako ostatnia deska ratunku władzy
Oczywiście, bezpieczeństwo uczestników jest ważne. Nikt rozsądny nie będzie twierdził, że w upale należy zamykać ludzi w dusznej sali bez przygotowania, bez wody, bez opieki i bez elementarnej organizacji. Ale od tego są procedury, klimatyzowane pomieszczenia, zmiana ustawienia sali, dodatkowe zabezpieczenie, przerwy, woda, służby porządkowe, punkt medyczny, a nie odwoływanie najwyższego organu spółdzielni w sytuacji, gdy na szali leży rozliczenie władz.
W opinii prawnej, do której dotarła redakcja, pojawia się niezwykle istotny wątek. Sama obawa przed aktywnością członków zmierzających do zmiany składu organów spółdzielni, krytykujących Zarząd albo Radę Nadzorczą, zgłaszających projekty uchwał czy chcących uczestniczyć w procesie decyzyjnym, nie może stanowić prawnie dopuszczalnej podstawy odwołania Walnego Zgromadzenia.
Mówiąc prościej: członek spółdzielni ma prawo przyjść. Ma prawo pytać. Ma prawo krytykować. Ma prawo głosować. Ma prawo chcieć zmiany władz. To nie jest „wrogie przejęcie”. To nie jest zamach na Belweder. To nie jest nocna akcja komandosów. To jest istota spółdzielczości.
Według tej samej opinii działania takie mieszczą się w samej istocie członkostwa w spółdzielni i podlegają ochronie jako element samorządności spółdzielczej. Pojawia się tam również ocena, że odwołanie Walnego w przedstawionych okolicznościach może być kwestionowane jako czynność dotknięta kwalifikowaną wadliwością, ingerująca w podstawowe prawa członkowskie oraz ustawowy i statutowy mechanizm kontroli nad działalnością spółdzielni.
To brzmi poważnie. I takie właśnie jest.
Członkowie to nie petenci pod drzwiami zarządu
Warto przypomnieć rzecz elementarną, choć najwyraźniej w wielu spółdzielniach przez lata starannie zamiataną pod wycieraczkę: spółdzielnia mieszkaniowa nie jest prywatnym folwarkiem zarządu. Nie jest dziedziczną domeną kilku nazwisk. Nie jest też urzędem, do którego mieszkaniec przychodzi jak petent z czapką w ręku.
Zgodnie z Prawem spółdzielczym Walne Zgromadzenie jest najwyższym organem spółdzielni. Najwyższym, czyli nie ozdobnym. Nie symbolicznym. Nie rytualnym. To nie jest akademia ku czci, podczas której prezydium odczytuje sprawozdanie, sala bije brawo, a potem wszyscy wracają do domów.
Walne jest miejscem kontroli.
Tam członkowie mają prawo zapytać, jak wydawane są pieniądze. Kto odpowiada za decyzje. Dlaczego czynsze wyglądają tak, a nie inaczej. Jak pracuje zarząd. Jak pracuje rada nadzorcza. Kto bierze odpowiedzialność. Kto powinien odejść. Kto powinien zostać.
To jest demokracja w wersji lokalnej, osiedlowej, często mniej efektownej niż wybory parlamentarne, ale dla mieszkańców bloków znacznie bardziej namacalnej. Bo tu nie chodzi o abstrakcyjne ustawy z Warszawy. Tu chodzi o dach, windę, piwnicę, parking, rachunek, domofon, remont, wodę, ciepło i pieniądze, które co miesiąc wypływają z portfeli mieszkańców.
„Wrogie przejęcie”, czyli straszak na mieszkańców
W całej tej historii szczególnie ciekawie brzmi określenie „wrogie przejęcie”. Nośne, efektowne, medialne. Nadaje się na trailer politycznego serialu. Ciemne korytarze, złowroga muzyka, ktoś niesie teczkę z dokumentami, ktoś inny wchodzi bocznym wejściem, a w tle narrator mówi: „Przodownik. Ostatnia bitwa o władzę”.
Tyle że w realiach spółdzielni mieszkaniowej takie hasło może być po prostu zasłoną dymną. Bo jeżeli członkowie spółdzielni chcą przyjść na Walne, zgłosić kandydatów, zadać pytania, głosować i rozliczyć dotychczasowe władze, to nie jest żadne wrogie przejęcie. To jest normalne wykonywanie praw członkowskich.
Wrogie wobec spółdzielni byłoby raczej coś odwrotnego: sytuacja, w której członkowie zaczynają być traktowani jak zagrożenie dla porządku, a nie jak gospodarze.
Według części członków SM „Przodownik” właśnie z tym mamy dziś do czynienia. Padają słowa o „okupacji”, o niedopuszczaniu do demokratycznych wyborów, o próbie przedłużenia wpływów mimo wygasającego mandatu. To są zarzuty poważne i wymagające oceny prawnej. Nie wolno ich lekceważyć, ale też nie wolno ich z góry uznawać za fakt bez rozstrzygnięcia właściwych organów.
Jedno jest jednak pewne: sprawa nie pachnie zwykłym problemem technicznym. Pachnie polityką, strachem i końcem pewnej epoki.
Politycy przy spółdzielczym stole
Dodatkowego smaku całej historii dodaje fakt, że w sprawie SM „Przodownik” zaczęli wypowiadać się lokalni politycy, między innymi Kazimierz Modraka i Piotr Kucharski. Według dostępnych informacji i relacji członków spółdzielni najprawdopodobniej sami nie są członkami tej spółdzielni.
I tu pojawia się pytanie, którego nie da się zamieść pod dywan: dlaczego osoby spoza spółdzielni tak nerwowo komentują jej wewnętrzne wybory?
Czy chodzi o dobro mieszkańców? O troskę o majątek spółdzielni? O stabilność organizacji? A może o ochronę lokalnego układu wpływów, który przez lata miał się świetnie właśnie dlatego, że większość członków nie uczestniczyła aktywnie w życiu spółdzielni?
Nie przesądzam intencji. Ale gdy politycy zaczynają tłumaczyć członkom spółdzielni, przed kim mają bronić własnej spółdzielni, warto zapalić czerwoną lampkę. Szczególnie jeśli obecnie urzędujące osoby — jak twierdzą krytycy — wywodzą się z tego samego kręgu towarzysko-politycznego, związanego bezpośrednio lub pośrednio z Koalicją Obywatelską.
To oczywiście nie dowodzi niczego samo w sobie. Ludzie mają znajomości, sympatie, środowiska, kontakty. Ale polityczna nerwowość wokół wyborów w spółdzielni mieszkaniowej każe zapytać, czy naprawdę mówimy tylko o sali, pogodzie i stołówce.
Bo jeśli politycy niebędący członkami spółdzielni alarmują o „wrogim przejęciu”, gdy członkowie chcą skorzystać z prawa głosu, to mamy do czynienia z jakimś lokalnym teatrem absurdu. Trochę Mrożek, trochę Bareja, trochę „House of Cards” przeniesione na osiedlowy parking.
Władza zawsze ma problem z odejściem
Najciekawsze w tej historii jest to, że mechanizm nie jest nowy. Widzimy go w kraju, w samorządach, w spółkach, w instytucjach, w radach, w komisjach, a teraz również w spółdzielni mieszkaniowej.
Ci, którzy przez lata siedzieli przy stole, nagle uznają, że kiedy przychodzą nowi ludzie i chcą policzyć głosy, sprawdzić dokumenty, zadać pytania i zmienić skład organów, to mamy do czynienia z „destabilizacją”, „chaosem”, „zagrożeniem”, „wrogim przejęciem”.
Znamy tę melodię. Gra ją każda władza, która zbyt długo słyszała własne oklaski.
Podobne sceny oglądamy dziś w powiecie tomaszowskim, gdzie politycy PiS odsunięci od władzy, z Mariuszem Węgrzynowskim na czele, z trudem przyjmują do wiadomości, że gabinet, pieczątka i telefon służbowy nie są własnością prywatną. Wcześniej przez lata wielu z nich mówiło o demokracji, kontroli, jawności i rozliczaniu. Gdy jednak sami musieli zejść ze sceny, nagle okazało się, że kurtyna jest ciężka, a zejście po schodach bardzo niewygodne.
W SM „Przodownik” możemy obserwować podobny odruch. Odruch instytucji, która przyzwyczaiła się, że większość śpi. Gdy większość zaczyna się budzić, ktoś próbuje zgasić światło.
Gdy przychodzą „nie nasi”, robi się za gorąco
Nie oszukujmy się. W wielu spółdzielniach przez lata frekwencja na Walnych była mizerna. Na kilka tysięcy członków przychodziło kilkadziesiąt osób. W praktyce wybory i decyzje podejmowała wąska grupa — najbardziej zdyscyplinowana, najlepiej poinformowana, najczęściej jakoś powiązana z codziennym funkcjonowaniem spółdzielni.
To nie musiało być formalnie nielegalne. Ale było wygodne.
Wygodne dla tych, którzy rządzili. Wygodne dla tych, którzy wiedzieli, kiedy przyjść, gdzie usiąść, jak głosować i kogo poprzeć. Wygodne dla tych, którzy z niskiej frekwencji zrobili polityczną technologię przetrwania.
I nagle pojawia się większa grupa członków. Zorganizowana. Zdeterminowana. Chcąca zmian. Mająca kandydatów. Mająca pytania. Mająca świadomość, że spółdzielnia to nie biuro obsługi lokatora, ale wspólnota praw i obowiązków.
I wtedy okazuje się, że demokracja bywa wygodna tylko wtedy, gdy głosują „nasi”. Gdy przychodzą „nie nasi”, nagle robi się za gorąco. Dosłownie i politycznie.
Jarosław Batorski i pytanie o legalność działań
Wśród osób krytycznych wobec dotychczasowego układu pojawia się nazwisko Jarosława Batorskiego, wskazywanego jako jednego z kandydatów na nowego prezesa. Jak twierdzi Batorski, działania Zarządu mogą być sprzeczne z prawem, ponieważ kadencja i mandat obecnych władz miały wygasnąć, a do końca czerwca istnieje obowiązek przyjęcia sprawozdania finansowego.
To jest sedno sprawy. Nie emocje, nie plotki, nie osiedlowe opowieści przy śmietniku, ale konkretne pytanie: kto i na jakiej podstawie odwołał Walne w momencie, gdy od jego odbycia zależy rozliczenie i dalsze funkcjonowanie władz spółdzielni?
Jeżeli odwołanie Walnego było rzeczywiście konieczne z powodu obiektywnych, nieusuwalnych przeszkód — należy to jasno wykazać, udokumentować i wyjaśnić członkom. Jeżeli jednak powodem była obawa przed wynikiem głosowania, aktywnością krytyków i utratą wpływów, sprawa może budzić poważne wątpliwości prawne oraz moralne.
Bo władza, która boi się własnych członków, sama wystawia sobie świadectwo.
Spółdzielnia nie jest twierdzą
Największym zagrożeniem dla SM „Przodownik” nie są członkowie, którzy chcą głosować. Nie są nim ludzie przychodzący na Walne. Nie są nim pytania zadawane z pierwszego rzędu. Nie są nim kandydaci spoza dotychczasowego układu. Największym zagrożeniem jest sytuacja, w której ktoś zaczyna traktować spółdzielnię jak twierdzę do obrony przed własnymi mieszkańcami.
Bo spółdzielnia mieszkaniowa nie powinna przypominać oblężonego zamku, gdzie z wieży wypatruje się „wrogich wojsk”, a w rzeczywistości pod bramą stoją ludzie z czynszowymi książeczkami, dowodami osobistymi i prawem do głosu. To nie jest wróg. To właściciele wspólnego mechanizmu.
Jeśli obecne władze SM „Przodownik” są pewne swoich racji, nie powinny bać się sali pełnej ludzi. Nie powinny bać się kart do głosowania. Nie powinny bać się pytań. Nie powinny bać się tego, że ktoś zajrzy do dokumentów i powie: sprawdzam. Bo prawdziwa władza, która ma mandat, nie odwołuje demokracji z powodu upału. Ona otwiera drzwi, stawia wodę na stole i pozwala ludziom głosować.




Napisz komentarz
Komentarze