Wpis natychmiast wywołał falę krytycznych komentarzy. Internauci pytali, czy poseł rozumie różnicę pomiędzy ustrojem Polski i Węgier. Znaleźli się jednak także zwolennicy. Pojawiły się kciuki uniesione w górę, serduszka i słowa poparcia. Polityczny chór ruszył za solistą, choć ten pomylił nuty, tekst i cały utwór. W mediach społecznościowych partyjna sympatia coraz częściej działa szybciej niż rozum. Najpierw klikamy „lubię to”, a dopiero później – niekiedy nigdy – sprawdzamy, czy autor przypadkiem nie opowiada konstytucyjnych niedorzeczności.
Prezydent Polski nie jest pracownikiem Sejmu
W Polsce prezydenta nie wybiera parlament. Nie wskazuje go przewodniczący partii, koalicja rządząca ani grono sejmowych strategów zamkniętych w gabinecie z ekspresem do kawy. Zgodnie z art. 127 Konstytucji RP Prezydent Rzeczypospolitej jest wybierany przez Naród w wyborach powszechnych, równych, bezpośrednich i przeprowadzanych w głosowaniu tajnym. Otrzymuje więc własny mandat demokratyczny, niezależny od mandatu Sejmu i Senatu.
Można prezydenta popierać albo go krytykować. Można uważać jego decyzje za trafne, błędne, odważne, małostkowe albo politycznie szkodliwe. Można protestować przeciwko wetom, nominacjom czy wystąpieniom. Nie można jednak udawać, że głowa państwa jest urzędnikiem zatrudnionym przez większość sejmową, którego da się zwolnić przy okazji popołudniowego głosowania.
Polski parlament nie dysponuje przyciskiem z napisem „odwołaj prezydenta”. I całe szczęście. Gdyby taki przycisk istniał, każda zmiana większości parlamentarnej mogłaby rozpoczynać się od czystki w Pałacu Prezydenckim. Demokracja zamieniłaby się w biuro kadrowe zwycięskiej partii, a trójpodział władzy w żart równie niewyszukany jak wpis posła Witczaka.
Trybunał Stanu to nie polityczny pilot do zmiany kanału
Konstytucja przewiduje oczywiście możliwość pociągnięcia prezydenta do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu. Zgodnie z art. 145 może to nastąpić za naruszenie Konstytucji lub ustawy albo za popełnienie przestępstwa. Potrzebna jest jednak uchwała Zgromadzenia Narodowego podjęta większością co najmniej dwóch trzecich ustawowej liczby jego członków, na wniosek co najmniej 140 parlamentarzystów.
To mechanizm odpowiedzialności konstytucyjnej, a nie politycznego odwołania prezydenta dlatego, że nie podoba się posłowi, ministrowi albo większości rządowej. Trybunał Stanu nie jest pilotem do telewizora, którym zmienia się głowę państwa, gdy aktualny program zaczyna irytować widza.
Poseł Witczak nie musi być profesorem prawa konstytucyjnego. Nie musi pisać komentarzy do ustawy zasadniczej ani prowadzić seminariów dla studentów. Powinien jednak znać ustrojowy elementarz. Powinien wiedzieć, kto wybiera prezydenta, skąd pochodzi jego mandat i jakie są granice władzy Sejmu. To nie jest wiedza tajemna przechowywana w watykańskich archiwach. To materiał, którego wymaga się od uczniów przygotowujących się do sprawdzianu z wiedzy o społeczeństwie.
Budapeszt to nie Warszawa
Na Węgrzech konstrukcja urzędu prezydenta wygląda inaczej. Głowa państwa nie jest wybierana w głosowaniu powszechnym, lecz przez parlament. Jej pozycja ustrojowa jest słabsza, a funkcje w dużej mierze reprezentacyjne. Już ten fakt powinien powstrzymać polskiego parlamentarzystę przed mechanicznym przenoszeniem wydarzeń znad Dunaju nad Wisłę.
Co więcej, wydarzenie, którym zachwycił się Adrian Witczak, nie było zwyczajną procedurą odwołania prezydenta. Węgierski parlament przyjął kontrowersyjną zmianę ustawy zasadniczej, która bezpośrednio zakończyła mandat prezydenta Tamása Sulyoka. Reformę przeprowadzono dzięki większości konstytucyjnej, a jej przeciwnicy ostrzegali, że zmiana reguł pod konkretną osobę podważa stabilność instytucji państwa.
A zatem poseł z Tomaszowa nie zachwycił się jakimś eleganckim, standardowym rozwiązaniem europejskiej demokracji. Wyraził zazdrość wobec operacji ustrojowej, w której parlamentarna większość zmieniła konstytucję w taki sposób, aby natychmiast zakończyć kadencję urzędującej głowy państwa. To zasadnicza różnica. Taka drobnostka, mniej więcej jak różnica pomiędzy remontem mieszkania a wysadzeniem całej ściany nośnej.
Czego właściwie zazdrości poseł Witczak?
W tym miejscu robi się naprawdę ciekawie. Czego Adrian Witczak właściwie zazdrości?
Odmiennego węgierskiego modelu wyboru prezydenta? Możliwości zmiany konstytucji pod konkretnego urzędnika? Czy może sytuacji, w której większość parlamentarna może pozbyć się człowieka reprezentującego poprzedni obóz władzy?
Każda odpowiedź jest dla posła kłopotliwa. Pierwsza wskazuje, że nie rozumie różnicy między systemami. Druga – że nie widzi problemu w instrumentalnym traktowaniu konstytucji. Trzecia – że marzy mu się demokracja, w której zwycięzca bierze nie tylko rząd i parlament, lecz również wszystkie pozostałe instytucje państwa.
A może wpis miał być tylko politycznym dowcipem? W takim razie był to dowcip z gatunku tych, po których nikt się nie śmieje, a autor zaczyna tłumaczyć, że wszyscy pozostali nie zrozumieli jego subtelności. Poseł nie publikuje jednak swoich słów w próżni. Jego profil nie jest prywatnym stolikiem w pubie, a niebieski znaczek weryfikacyjny nie zastępuje wiedzy o państwie.
Tomaszów zasługuje na reprezentację znającą elementarz
Adrian Witczak jest posłem związanym z Tomaszowem Mazowieckim. Reprezentuje mieszkańców naszego regionu w Sejmie. Każda jego publiczna wypowiedź buduje więc również obraz poziomu lokalnej reprezentacji parlamentarnej. Nie jest to wyłącznie osobista wpadka polityka. To także pytanie o to, jak Tomaszów jest reprezentowany w krajowej polityce.
Mandat poselski nie jest abonamentem zwalniającym z czytania Konstytucji. Przeciwnie – powinien zobowiązywać do jej znajomości. Poseł składa ślubowanie, w którym zobowiązuje się przestrzegać Konstytucji i innych praw Rzeczypospolitej. Trudno przestrzegać dokumentu, którego podstawowych zasad najwyraźniej nie chce się dostrzec.
Konstytucyjny podział władz nie powstał po to, żeby uprzykrzać życie politykom. Artykuł 10 ustawy zasadniczej stanowi, że ustrój Rzeczypospolitej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, wykonawczej oraz sądowniczej. Władzę wykonawczą sprawują zarówno Prezydent RP, jak i Rada Ministrów. Nie jest więc tak, że rządząca większość posiada państwo na własność, a prezydent ma wykonywać jej polecenia niczym kierownik wydziału oczekujący na podpis przełożonego.
Polityka na poziomie kciuka
Jeszcze smutniejszy od samego wpisu jest mechanizm jego bezrefleksyjnego popierania. Oto polityk rzuca w internet hasło, a zwolennicy natychmiast ustawiają się w szeregu. Nie pytają, czy rozwiązanie jest zgodne z polskim ustrojem. Nie sprawdzają, jak wybiera się prezydenta na Węgrzech. Nie zastanawiają się, czy zmiana konstytucji służąca skróceniu kadencji konkretnej osoby rzeczywiście zasługuje na zazdrość.
Kciuk wędruje do góry szybciej, niż myśl dociera do głowy.
Tak właśnie umiera poważna debata publiczna. Nie w huku zamachu stanu, lecz w szmerze kolejnych polubień. Politycy przestają tłumaczyć świat, bo łatwiej wzbudzać emocje. Zwolennicy przestają wymagać od polityków wiedzy, bo ważniejsze staje się to, czy uderzyli we „właściwego” przeciwnika. A Konstytucja? Leży gdzieś na półce, między nieprzeczytanym programem wyborczym a podręcznikiem do WOS-u.
Zamiast „House of Cards” – szkolna kartkówka
Adrian Witczak chciał zapewne efektownie uderzyć w urzędującego polskiego prezydenta. Chciał napisać coś ostrego, zwięzłego i nośnego. Coś, co rozejdzie się po Facebooku jak polityczna petarda. Petarda jednak nie wybuchła tam, gdzie planował autor. Eksplodowała mu w dłoni.
Bo zamiast pokazać słabość prezydenta, poseł pokazał własną słabość. Zamiast obnażyć wadę polskiego ustroju, obnażył problem ze znajomością jego podstaw. Zamiast politycznego szachu otrzymaliśmy ruch pionkiem wykonany niezgodnie z zasadami gry.
Poseł Witczak chciał przez chwilę wyglądać jak bohater „House of Cards”. Wyszedł jak uczeń, który przyszedł na kartkówkę z Konstytucji, nie przeczytawszy nawet pierwszego rozdziału. A najgorsze jest to, że część klasy jeszcze zaczęła bić mu brawo.



Napisz komentarz
Komentarze