Są w samorządzie rzeczy potrzebne. Kontrola wydatków publicznych jest potrzebna. Jawność jest potrzebna. Pytania radnych są potrzebne. Patrzenie władzy na ręce jest nie tylko prawem, ale obowiązkiem. Tyle że między kontrolą a tropieniem ludzi istnieje granica. Cienka, ale bardzo wyraźna. Po jej jednej stronie jest demokratyczny nadzór. Po drugiej — kartoteka.
I właśnie przy tej granicy, a może już kawałek za nią, ląduje najnowsza interpelacja radnego Piotra Kucharskiego. Dokument skierowany do prezydenta Tomaszowa Mazowieckiego dotyczy — jak zapisano w tytule — „weryfikacji struktury i form zatrudnienia oraz współpracy cywilnoprawnej” w Urzędzie Miasta, jednostkach podległych i spółkach komunalnych z osobami figurującymi w publicznych rejestrach kandydatów w wyborach samorządowych. W dokumencie znalazł się też obszerny imienny wykaz osób określony jako „oficjalny rejestr osób podlegających weryfikacji kadrowo-finansowej”. Obejmuje on kandydatów do Rady Miejskiej Tomaszowa Mazowieckiego oraz kandydatów do Rady Powiatu Tomaszowskiego z terenu miasta i powiatu.
Brzmi urzędowo? Owszem. Ale czasem właśnie pod najbardziej urzędowym językiem czai się coś najbardziej niepokojącego.
Lista, pieczątka i człowiek do sprawdzenia
Radny Kucharski powołuje się na art. 24 ustawy o samorządzie gminnym, czyli przepis dotyczący m.in. interpelacji i zapytań radnych. Zgodnie z ustawą interpelacja dotyczy spraw o istotnym znaczeniu dla gminy, a wójt, burmistrz lub prezydent ma obowiązek udzielić odpowiedzi na piśmie. Tak działa samorządowa kontrola. Tak działa mechanizm jawności. I nikt rozsądny nie powinien tego podważać.
Ale tu zaczyna się kłopot. Bo sprawą o istotnym znaczeniu dla gminy może być pytanie o konkretną umowę, konkretną osobę pełniącą funkcję publiczną, konkretny konkurs, konkretną spółkę, konkretny konflikt interesów. Natomiast czym innym jest sporządzenie szerokiej listy osób, które po prostu kandydowały w wyborach, i zadanie pytania: sprawdźmy, czy gdzieś, kiedyś, jakoś nie pracowały albo nie współpracowały z miastem.
To już nie wygląda jak precyzyjna kontrola. To wygląda jak zarzucenie sieci.
A w tej sieci są nie tylko radni, byli radni, urzędnicy czy osoby pełniące funkcje publiczne. Są też mieszkańcy, społecznicy, kandydaci lokalnych komitetów, ludzie, którzy wystartowali, nie zdobyli mandatu i wrócili do swojego życia. Do pracy, rodziny, osiedla, sklepu, szkoły, firmy, stowarzyszenia. Czy naprawdę samo kandydowanie ma oznaczać, że człowiek trafia później na listę do kadrowo-finansowego prześwietlenia?
Jeśli tak, to mamy problem większy niż jedna interpelacja.
RODO nie jest ozdobą na stronie internetowej
W tej sprawie nie da się uciec od pytania o RODO. I nie chodzi o magiczne zaklęcie, którym urzędy czasem zasłaniają się przed wszystkim. Chodzi o fundamentalną zasadę: dane osobowe wolno przetwarzać w określonym celu, w określonym zakresie i w sposób proporcjonalny.
RODO w art. 5 wskazuje m.in. zasady zgodności z prawem, rzetelności i przejrzystości, ograniczenia celu oraz minimalizacji danych. Dane mają być adekwatne, stosowne i ograniczone do tego, co niezbędne dla celu przetwarzania.
I tu pojawia się pytanie, którego nie wolno zamieść pod dywan: czy fakt, że nazwisko kandydata pojawia się w publicznym rejestrze wyborczym, oznacza automatycznie, że można później tworzyć z tych nazwisk wielkie listy weryfikacyjne i sprawdzać, gdzie kto pracuje, z kim zawierał umowy, czy prowadzi działalność gospodarczą, czy wystawiał faktury, czy miał zlecenie, czy może kiedyś pojawił się w orbicie miejskiej jednostki?
Jawność rejestru wyborczego ma swój cel. Jest nim przejrzystość wyborów. Nie zamienia ona każdego kandydata w osobę publiczną dożywotnio wystawioną na kadrową wiwisekcję. Zwłaszcza jeśli mówimy o ludziach, którzy nie objęli mandatu, nie podejmują decyzji publicznych i nie zarządzają majątkiem gminy.
Dlatego sprawa powinna zostać bardzo poważnie oceniona przez administratora danych, inspektora ochrony danych i wszystkich tych, którzy w urzędzie odpowiadają nie tylko za termin odpowiedzi, ale też za legalność jej przygotowania. Nie przesądzamy, że doszło do naruszenia prawa. Ale skala żądania rodzi pytania, których nie wolno zbyć wzruszeniem ramion.
Bo metoda „najpierw zbierzmy nazwiska, potem się zobaczy, co się znajdzie” nie jest zasadą państwa prawa. To jest logika kartoteki.
Kafka przy biurku, Orwell w segregatorze, Bareja przy pieczątce
Ta historia ma w sobie coś z „Procesu” Franza Kafki. Człowiek budzi się pewnego dnia i dowiaduje, że figuruje w jakimś rejestrze. Nie wie jeszcze, o co chodzi. Nie wie, co zrobił. Nie wie, kto i po co go sprawdza. Wie tylko, że jego nazwisko jest w tabeli. A skoro jest w tabeli, to znaczy, że ktoś uznał, iż warto się nim zainteresować.
Ma też coś z „Roku 1984” Orwella — nie dlatego, że Tomaszów stał się nagle totalitarnym państwem, bo takie porównania byłyby zbyt łatwe i zbyt leniwe. Chodzi o inną pokusę: pokusę katalogowania ludzi. Układania ich według nazwisk, powiązań, miejsc pracy, faktur, kontaktów, komitetów, znajomości. Człowiek jako rekord w bazie. Obywatel jako pozycja do sprawdzenia.
A jednocześnie całość pachnie Bareją. Takim lokalnym bareizmem, w którym wielka misja naprawy świata zaczyna się od kartki, pieczątki, wykazu i urzędnika, który ma teraz rzucić bieżącą robotę, bo radny wymyślił operację kadrowo-finansową na setki nazwisk. „Alternatywy 4” przeniesione do samorządu: dużo powagi, dużo formularzy i coraz mniej zdrowego rozsądku.
Demokracja lokalna nie jest dla zawodowych podejrzanych
Najbardziej niebezpieczny w tej sprawie jest jednak nie sam dokument. Najbardziej niebezpieczny jest sygnał, który może pójść w miasto.
Chcesz wystartować w wyborach? Zastanów się dwa razy.
Jesteś nauczycielem, społecznikiem, przedsiębiorcą, członkiem stowarzyszenia, pracownikiem kultury, rodzicem z rady osiedla? Uważaj.
Może dziś tylko kandydujesz. Może nie wejdziesz do rady. Może zdobędziesz kilkadziesiąt głosów i wrócisz do normalnego życia. Ale za rok albo dwa ktoś może uznać, że warto sprawdzić twoje umowy, faktury, zatrudnienie, zlecenia i współpracę z miejskimi jednostkami.
To jest potężny efekt mrożący.
A lokalna demokracja nie żyje z zawodowych polityków. Żyje z odwagi zwykłych ludzi. Z tych, którzy mają czasem dość narzekania przy sklepowej ladzie i postanawiają wystartować. Z tych, którzy chcą zawalczyć o ulicę, szkołę, park, bibliotekę, klub sportowy, bezpieczeństwo na przejściu, normalność w spółdzielni, uczciwość w urzędzie. Jeśli takim ludziom pokażemy, że start w wyborach oznacza później możliwość publicznego prześwietlania, to w polityce lokalnej zostaną głównie trzy typy: najbardziej odporni, najbardziej partyjni i najbardziej cyniczni.
Reszta zamknie drzwi.
A potem będziemy udawać zdziwienie, że na listach wyborczych są ciągle te same nazwiska.
Ile kosztuje polityczna ciekawość?
Jest jeszcze jeden wymiar tej sprawy — bardzo praktyczny. Ktoś tę interpelację musi obsłużyć.
To nie jest jedno kliknięcie w komputerze. W dokumencie padają pytania o umowy o pracę, umowy cywilnoprawne, zlecenia, dzieła, współpracę B2B, jednoosobowe działalności gospodarcze, fundacje, stowarzyszenia, spółki osobowe, kontrakty menedżerskie, rady nadzorcze, procedury antykorupcyjne. Pytania obejmują Urząd Miasta, jednostki organizacyjne i spółki komunalne. To oznacza konieczność sprawdzania dokumentów, zestawień, systemów kadrowych, faktur, zakresów usług, dat, stanowisk, konkursów, umów i wypłat.
I teraz proste pytanie: kto za to zapłaci?
Bo za czas urzędników płacą mieszkańcy. Za godziny pracy kadrowych, księgowych, prawników, prezesów, dyrektorów i pracowników administracji płacą mieszkańcy. Za każdą godzinę poświęconą na masowe sprawdzanie dawnych kandydatów płaci Tomaszów.
Czy naprawdę największym problemem miasta jest dziś tropienie ludzi, którzy wystartowali w wyborach? Czy mieszkańcy czekają na wielomiesięczną operację kadrowo-finansową, czy raczej na naprawione drogi, sensowną komunikację, mieszkania, szkoły, porządek w usługach komunalnych, bezpieczeństwo i normalną pracę urzędu?
Kontrola wydatków publicznych? Tak.
Masowa polityczna ekspedycja po nazwiskach? To już zupełnie inna historia.
Materiał do kontroli czy do kolejnego spektaklu?
Nie przesądzamy intencji radnego. To ważne zdanie, bo w publicystyce łatwo czasem wejść w ton prokuratora, a od prokuratorów w tej lokalnej polityce i tak robi się już tłoczno.
Ale opinia publiczna ma prawo pytać: po co to wszystko? Czy chodzi o rzeczywistą kontrolę wydatków publicznych? Czy o sprawdzenie konkretnych, udokumentowanych podejrzeń? Czy może o przygotowanie kolejnego pakietu materiałów, które później będą żyły własnym życiem — w mediach społecznościowych, zawiadomieniach, insynuacjach, politycznych konferencjach i lokalnych spektaklach pod hasłem „my tylko pytamy”?
Bo jest różnica między pytaniem a budowaniem atmosfery podejrzenia. Jest różnica między kontrolą a politycznym polowaniem. Jest różnica między szukaniem nieprawidłowości a tworzeniem gigantycznej listy osób, wobec których najpierw pojawia się cień, a dopiero potem ewentualnie szuka się powodu.
Państwo prawa nie działa tak, że najpierw wskazujemy ludzi, a potem sprawdzamy, czy coś się znajdzie.
Tak działa raczej obsesja.
Kto świeci ludziom po oknach, niech powie, skąd sam ma prąd
Jest też kwestia symetrii. Skoro radny Kucharski tak szeroko pyta o zatrudnienie, umowy, źródła dochodów i formy współpracy innych osób, to naturalne stają się pytania o jego własne miejsce pracy i źródła utrzymania.
Nie chodzi o prywatną ciekawość. Nie chodzi o zaglądanie komuś do lodówki. Chodzi o standard, który sam próbuje narzucić innym. Jeśli radny uważa, że szerokie prześwietlanie kandydatów jest dopuszczalne, potrzebne i społecznie uzasadnione, to musi liczyć się z tym, że mieszkańcy zapytają także o niego.
Bo kto bierze do ręki latarkę i świeci ludziom po oknach, musi liczyć się z tym, że ktoś zapyta, skąd sam ma prąd.
To nie jest złośliwość. To elementarna konsekwencja.
Co dalej? Genealogia, ojcostwo i kształt nosa?
Każda metoda polityczna ma swoją logikę rozwoju. Jeśli dziś sprawdzamy zatrudnienie setek kandydatów, to co będzie jutro?
Ustalanie ojcostwa? Genealogia do czwartego pokolenia? Pochodzenie rodziców? Badanie kształtu nosa? Analiza, kto komu podał rękę pod lokalem wyborczym? Kto stał obok kogo na zdjęciu? Kto wypił kawę z kimś, kto kiedyś znał kogoś z urzędu? Kto grał w piłkę z kuzynem człowieka, którego brat widział kiedyś prezesa miejskiej spółki?
Brzmi absurdalnie? Oczywiście. Ale lokalny absurd rzadko zaczyna się od wielkiego krzyku. Zaczyna się niewinnie. Od „tylko jednego pytania”. Od „tylko jednej listy”. Od „tylko jednej weryfikacji”. Potem przychodzi kolejna, następna i jeszcze jedna. Aż w końcu samorząd przestaje rozmawiać o mieście, a zaczyna żyć tropieniem ludzi.
Tomaszów nie potrzebuje komisji do spraw wszystkiego i wszystkich. Potrzebuje radnych, którzy rozumieją różnicę między kontrolą władzy a katalogowaniem obywateli.
Kto tego człowieka wybierał?
Na końcu zostaje pytanie najprostsze i najtrudniejsze zarazem: kto tego człowieka wybierał?
I drugie, jeszcze bardziej niewygodne: czy wyborcom nie jest zwyczajnie wstyd, gdy mandat zaufania publicznego może być używany w sposób, który bardziej przypomina polowanie na ludzi niż troskę o miasto?
Oczywiście, w demokracji wyborca ma prawo wybrać, kogo chce. Ale odpowiedzialność nie kończy się w dniu głosowania. Wyborcy mają prawo, a nawet obowiązek, rozliczać radnych nie tylko z tego, co mówili w kampanii, ale również z tego, jak później korzystają z mandatu.
Mandat radnego to nie jest prywatny wykrywacz metalu do chodzenia po cudzych życiorysach. To narzędzie pracy dla dobra wspólnoty. Jeśli ktoś używa go jak reflektora wymierzonego w setki osób, to mieszkańcy mają prawo zapytać: dokąd my właściwie idziemy?
Puenta: jawność tak, strach nie
Tomaszów potrzebuje kontroli. Potrzebuje jawności. Potrzebuje radnych, którzy patrzą władzy na ręce. Potrzebuje pytań o umowy, wydatki, konkursy, spółki, stanowiska i publiczne pieniądze.
Ale Tomaszów nie potrzebuje atmosfery, w której każdy kandydat po wyborach może stać się pozycją w tabelce do prześwietlenia. Nie potrzebuje polityki, która pod hasłem transparentności zamienia obywatela w podejrzanego. Nie potrzebuje lokalnego „Życia na podsłuchu”, gdzie każdy kontakt, każda umowa, każde nazwisko i każda faktura mogą zostać wrzucone do jednego worka podejrzeń.
Bo jeśli udział w demokracji zaczyna pachnieć przesłuchaniem, to nie budujemy samorządu. Budujemy strach.
A strach, jak wiadomo, jest najtańszą metodą rządzenia — i najdroższą metodą niszczenia wspólnoty.



Napisz komentarz
Komentarze