Spółdzielnia Mieszkaniowa „Przodownik” od tygodni znajduje się w centrum lokalnych emocji. Najpierw odwołane Walne Zgromadzenie Członków, później narastające pytania mieszkańców o sposób zarządzania, atmosfera podejrzliwości, napięcie i komunikaty, które coraz bardziej przypominają nie rozmowę z mieszkańcami, lecz jednostronne nadawanie z oblężonej twierdzy.
Teraz pojawił się kolejny komunikat. Duży czerwony nagłówek: „UWAGA MIESZKAŃCY!”. Wykrzyknik, piktogramy, ostrzeżenia, przekreślone listy, zakaz podpisywania. Grafika rodem z kampanii przeciw oszustom albo z instrukcji ewakuacyjnej na wypadek katastrofy. Tyle że w tle nie ma informacji o złodziejach metodą „na wnuczka”, ale o osobach, które — według komunikatu — zbierają podpisy pod pretekstem organizacji imprezy dla dzieci.
Komunikat, który miał ostrzegać, a rozpalił osiedle
W opublikowanej grafice czytamy, że po osiedlach mają chodzić osoby, które „pod pretekstem organizacji imprezy dla dzieci zbierają imię, nazwisko i podpisy mieszkańców”. Dalej spółdzielnia informuje, że nie wyraziła zgody na takie działania i nikogo do nich nie upoważniła. Mieszkańców prosi, aby nie przekazywali swoich danych i nie podpisywali żadnych list, a podobne sytuacje zgłaszali do administracji spółdzielni.
Na pierwszy rzut oka: ostrożność. Dane osobowe, podpisy, listy — wiadomo, temat delikatny. Żyjemy w czasach, w których człowiek dwa razy zastanawia się, zanim poda numer telefonu, a co dopiero imię, nazwisko i podpis. Tyle że diabeł, jak zwykle, siedzi w szczegółach. A w tej sprawie szczegół jest bardzo ważny.
Komunikat spółdzielni nie wymienia z nazwy tomaszowskiego Fan Clubu Widzewa. Nie pada nazwa projektu, nie pada „Piknik z Widzewskim Charakterem”, nie pada Budżet Obywatelski Województwa Łódzkiego. Ale jego treść została odczytana przez środowisko Widzewa właśnie jako ostrzeżenie przed ich akcją. Akcją, która — jak twierdzą kibice — jest prowadzona co roku i dotyczy zbierania głosów pod projektem organizacji rodzinnego wydarzenia na osiedlu Niebrów.
I tu zaczyna się problem. Bo jeśli komunikat miał dotyczyć konkretnego zagrożenia, należało je konkretnie nazwać. Jeśli chodziło o nieuprawnione osoby podszywające się pod organizatorów, trzeba było to jasno wyjaśnić. Jeśli natomiast w praktyce komunikat może zadziałać mrożąco na legalną inicjatywę obywatelską, to sprawa wymaga wyjaśnienia. Pilnego i publicznego.
Widzew odpowiada: „To uderzenie w tomaszowskie rodziny”
Fan Club Widzewa Tomaszów Mazowiecki zareagował ostro. W swoim stanowisku napisał:
„W całym województwie trwa właśnie zbieranie głosów w ramach Budżetu Obywatelskiego Województwa Łódzkiego. Jak co roku zbieramy głosy na projekt związany z organizacją Pikniku z Widzewskim Charakterem, który zostanie zorganizowany na boisku Szkoły Podstawowej nr 10, na osiedlu Niebrów. Właśnie Spółdzielnia Mieszkaniowa »Przodownik« wydała oświadczenie, żeby nie podpisywać się na kartach do głosowania, co skutkowałoby brakiem organizacji tego świetnego wydarzenia, dedykowanego głównie dzieciakom”.
To mocne słowa. Jeszcze mocniejsze padają dalej. Według FC TM takie działanie spółdzielni to „uderzenie w tomaszowskie rodziny, a szczególnie w najmłodszych”. Kibice piszą również: „Swoje brudne gierki róbcie między sobą, a dzieci i rodziny zostawcie w spokoju”.
Trzeba jasno zaznaczyć: to są cytaty ze stanowiska środowiska kibicowskiego, a nie ustalenia redakcji. To emocjonalna ocena sytuacji przez organizatorów akcji. Ale trudno nie zauważyć, że komunikat spółdzielni zamiast uspokoić mieszkańców, wywołał polityczno-społeczną burzę. I znów, zamiast rozmowy — mamy lokalny pożar.
Niebrów, boisko przy SP nr 10 i podpis jak dowód rzeczowy
Cała historia ma bardzo tomaszowski wymiar. Nie dzieje się w abstrakcyjnej przestrzeni administracyjnej. Dzieje się między blokami Niebrowa, przy klatkach schodowych, na chodnikach, w rozmowach sąsiadów, rodziców i mieszkańców. W tle jest boisko Szkoły Podstawowej nr 10, dzieciaki, piknik, sportowa atmosfera i lokalna inicjatywa, która — według organizatorów — od lat buduje wspólnotę wokół wydarzenia rodzinnego.
A po drugiej stronie pojawia się komunikat, który ostrzega: nie podpisujcie, nie przekazujcie danych, zgłaszajcie do administracji. W efekcie zwykły podpis mieszkańca zaczyna wyglądać jak podejrzany przedmiot znaleziony na klatce schodowej. Lista poparcia staje się niemal rekwizytem z filmu sensacyjnego. Brakuje tylko żółtej taśmy i funkcjonariusza w lateksowych rękawiczkach.
Tylko że lokalna demokracja właśnie na podpisach, głosach i obywatelskiej aktywności się opiera. Budżet obywatelski nie działa dzięki milczeniu mieszkańców, lecz dzięki ich zaangażowaniu. Jeśli ktoś zbiera głosy pod projektem zgodnie z regulaminem, informując ludzi, czego dotyczy inicjatywa, kto ją prowadzi i po co zbierane są dane, to nie mamy do czynienia z zagrożeniem, ale z normalnym mechanizmem obywatelskim.
Oczywiście, ostrożność jest potrzebna. Nikt rozsądny nie powie mieszkańcom: podpisujcie wszystko, co ktoś podsunie wam pod drzwi. Ale między rozsądną ostrożnością a komunikatem, który może wystraszyć ludzi przed udziałem w legalnej akcji społecznej, jest różnica. I to różnica zasadnicza.
RODO nie jest pałką na społeczną aktywność
Warto uporządkować sprawę także od strony prawnej. Przy zbieraniu głosów w ramach Budżetu Obywatelskiego Województwa Łódzkiego mogą być wymagane dane osobowe, takie jak imię, nazwisko, adres, podpis albo inne dane wskazane w regulaminie danej edycji. Sam fakt zbierania danych nie oznacza automatycznie niczego podejrzanego. Kluczowe jest to, czy dane są zbierane w konkretnym, jasno określonym celu, przez właściwe osoby i zgodnie z obowiązującymi zasadami.
RODO nie zabrania zbierania danych. RODO wymaga, by robić to uczciwie, przejrzyście i w konkretnym celu. Osoba przekazująca dane powinna wiedzieć, komu je przekazuje, po co, na jakiej podstawie i w jaki sposób będą wykorzystane. To jest elementarna zasada, a nie tajemna wiedza z kancelarii prawnej.
Dlatego spółdzielnia miała prawo ostrzegać mieszkańców przed nieuprawnionym zbieraniem danych. Miała prawo przypominać, że nie każdą listę należy podpisywać. Miała nawet prawo podkreślić, że sama nikogo nie upoważniała do działania w jej imieniu. Ale jeśli komunikat dotyczył sytuacji, która mogła być związana z obywatelskim projektem i zbieraniem głosów w budżecie obywatelskim, należało zrobić to precyzyjnie. Bez sugestii, bez atmosfery alarmu, bez wrzucania społecznej inicjatywy do jednego worka z potencjalnym nadużyciem. A w tym przypadku tak właśnie się stało
Jeżeli spółdzielnia wiedziała, że chodzi o konkretną akcję, powinna była sprawdzić jej charakter i skontaktować się z organizatorami. Jeżeli miała sygnały o nadużyciach, powinna je jasno opisać albo zgłosić właściwym organom. A jeśli nie miała twardych informacji, to tym bardziej powinna ważyć słowa, bo komunikat publiczny nie jest kartką przyklejoną na lodówce. Ma skutki. Wpływa na zachowania mieszkańców.
Pytania do władz „Przodownika”
Ta sprawa rodzi pytania, których nie da się zbyć wzruszeniem ramion.
Czy władze Spółdzielni Mieszkaniowej „Przodownik” sprawdziły, kto faktycznie zbiera podpisy i w jakim celu? Czy skontaktowano się z organizatorami „Pikniku z Widzewskim Charakterem”? Czy spółdzielnia miała konkretne sygnały o nadużyciach, czy jedynie zareagowała strachem i podejrzliwością? Czy komunikat nie zniechęci mieszkańców do udziału w Budżecie Obywatelskim Województwa Łódzkiego? Czy ostrzeżenie przed przekazywaniem danych nie zostało napisane w taki sposób, że uderza rykoszetem w obywatelską aktywność i lokalną imprezę dla dzieci?
I wreszcie pytanie najprostsze, a może najważniejsze: czy mieszkańcy Niebrowa mają dziś wspierać inicjatywy społeczne, czy bać się własnego podpisu?
Bo w tym wszystkim ginie człowiek. Zwykły mieszkaniec, który nie śledzi wszystkich lokalnych konfliktów, nie analizuje komunikatów spółdzielni jak stenogramów z komisji śledczej i nie chce być uczestnikiem wojny nerwów. Chce wiedzieć jedno: czy może poprzeć wydarzenie dla dzieci, czy za chwilę ktoś uzna go za naiwnego, zmanipulowanego albo nieostrożnego.
Spółdzielnia jako oblężona twierdza?
Największym problemem tej historii nie jest nawet sam komunikat. Największym problemem jest styl zarządzania emocjami mieszkańców. Władze spółdzielni, zamiast budować zaufanie, coraz częściej wyglądają tak, jakby komunikowały się z mieszkańcami zza barykady. Każdy ruch społeczny może być odczytywany jako zagrożenie. Każda inicjatywa jako podejrzana. Każdy podpis jako ryzyko.
To niebezpieczna logika. Bo spółdzielnia mieszkaniowa nie jest prywatnym księstwem, w którym władza wydaje dekrety, a mieszkańcy mają jedynie przyjmować je do wiadomości. Spółdzielnia istnieje dzięki ludziom i dla ludzi. Jej członkowie nie są petentami. Są współwłaścicielami wspólnoty, przynajmniej w sensie społecznym i organizacyjnym. Mają prawo pytać, organizować się, podpisywać, popierać inicjatywy i rozmawiać z sąsiadami.
Jeżeli ktoś łamie prawo — należy reagować. Jeżeli ktoś podszywa się pod organizatorów — należy ostrzegać. Jeżeli ktoś nieuczciwie zbiera dane — należy to zgłaszać. Ale jeżeli mieszkańcy angażują się w projekt pikniku dla dzieci, to straszenie ich listami i podpisami może być odebrane jako działanie przeciwko lokalnej aktywności.
A lokalna aktywność to nie wróg. To tlen miasta.
Między troską a sianiem lęku
W demokracji lokalnej podpis mieszkańca nie powinien być traktowany jak podejrzany przedmiot znaleziony na klatce schodowej. Jest narzędziem wpływu. Oczywiście — dane trzeba chronić. Oczywiście — mieszkańców trzeba ostrzegać przed nadużyciami. Oczywiście — każdy ma prawo zapytać, kto zbiera podpisy, po co i na jakiej podstawie.
Ale między troską o bezpieczeństwo a sianiem lęku przed każdą społeczną inicjatywą przebiega cienka granica. I wygląda na to, że w tej sprawie ta granica mogła zostać niebezpiecznie naruszona.
Jeżeli ktoś zbiera podpisy nielegalnie — trzeba to jasno powiedzieć i zgłosić właściwym służbom. Jeżeli jednak mieszkańcy zbierają głosy pod projektem pikniku dla dzieci, to warto zapytać, czy naprawdę największym problemem Niebrowa są dziś ludzie z listą podpisów.
Bo może problemem jest coś zupełnie innego: władza, która zamiast rozmawiać z mieszkańcami, coraz częściej mówi do nich językiem alarmu. A od alarmu do paniki droga jest krótka. Zwłaszcza wtedy, gdy w tle są dzieci, rodziny i zwykła potrzeba zrobienia czegoś dobrego na własnym osiedlu.



Napisz komentarz
Komentarze