Tomaszowskie Centrum Zdrowia od miesięcy potrzebuje stabilnego zarządzania. Nie dekoracji. Nie kolejnego nazwiska wyciągniętego z partyjnego notesu. Nie człowieka, który na pytanie o plan naprawczy odpowie uśmiechem do kamery i telefonem do politycznego patrona.
Szpital potrzebuje prezesa. Prawdziwego. Kompetentnego. Takiego, który zna ochronę zdrowia, rozumie finanse, potrafi rozmawiać z personelem, lekarzami, Narodowym Funduszem Zdrowia i samorządem. Człowieka, który nie przychodzi po stanowisko, tylko po zadanie.
I przez chwilę wydawało się, że właśnie taki człowiek może się pojawić.
Fachowiec był. Klimatu zabrakło
Udało się znaleźć osobę z doświadczeniem, dobrą opinią i znajomościami w środowisku medycznym. Osobę spoza lokalnego układu, bez partyjnego garba i bez politycznego rachunku do spłacenia. Dzięki rozmowom i namowom Piotra Kagankiewicza kandydat był gotów rozważyć podjęcie pracy w Tomaszowie Mazowieckim.
I nie, nie chodziło o żadne kosmiczne pieniądze. Nie było tu złotych klamek, dywanów z ministerialnego salonu ani wynagrodzenia z kategorii „prezes na bogato”. Była trudna robota, trudny szpital i szansa, że wreszcie ktoś spojrzy na TCZ nie jak na łup, ale jak na instytucję publiczną wymagającą ratunku, wiedzy i konsekwencji.
Tyle że kandydat się wycofał.
Jednym z powodów miała być nie tyle sama sytuacja finansowa szpitala — bo z tą, choć trudną, można się mierzyć — ile atmosfera wokół powiatu. Kłótnie. Brak stabilizacji. Polityczna awantura. Nieustanne wrażenie, że każda decyzja może zostać wciągnięta w lokalną wojnę, a każdy fachowiec prędzej czy później stanie się statystą w cudzym teatrze.
Czy można się dziwić, że rozsądny człowiek nie chce wkładać głowy do takiego politycznego ula? Nie. Dziwić można się tym, którzy ten ul codziennie potrząsają, a potem ze zdumieniem pytają, dlaczego nikt poważny nie chce do niego wejść.
Absolutorium jako cep polityczny
Symbolem tej atmosfery stało się nieudzielenie absolutorium zarządowi powiatu. W normalnym samorządzie absolutorium powinno być oceną wykonania budżetu. Narzędziem kontroli. Mechanizmem odpowiedzialności.
W powiecie tomaszowskim zaczęło wyglądać jak cep polityczny. Jak rekwizyt z przedstawienia pod tytułem: „pokażmy, że możemy”. Tyle że publiczne instytucje to nie remiza na próbę kabaretu, a budżet powiatu to nie scenariusz do lokalnej zemsty.
Jeżeli radni niefrasobliwie nie udzielają absolutorium zarządowi, który nie odpowiadał realnie za wykonanie ocenianego budżetu, to wysyłają w świat prosty komunikat: u nas stabilność jest towarem deficytowym. U nas fachowiec może przyjść z planem, ale trafi na polityczną mgłę. U nas najpierw trzeba przeżyć sesję, a dopiero potem ratować szpital.
I właśnie to odstrasza ludzi kompetentnych.
Nie długi. Nie trudności. Nie konieczność ciężkiej pracy. Fachowcy wiedzą, że szpitale nie są krainą mlekiem i miodem płynącą. Odstrasza ich chaos. Odstrasza brak powagi. Odstrasza świadomość, że zamiast budować zespół, będą musieli gasić polityczne pożary rozpalane przez ludzi, którzy z odpowiedzialnością mają relację czysto deklaratywną.
A w tle konsolidacja. Na siłę, na skróty, po politycznemu?
Jakby tego było mało, w tle pojawia się jeszcze jeden wątek: konsolidacja ochrony zdrowia, forsowana — jak wskazują lokalne sygnały i polityczne wypowiedzi — przez posła Adriana Witczaka.
Sama rozmowa o współpracy szpitali, racjonalizacji kosztów czy szukaniu większej efektywności nie jest niczym złym. Przeciwnie, o systemie ochrony zdrowia trzeba rozmawiać poważnie. Problem zaczyna się wtedy, gdy zamiast poważnej debaty pojawia się wrażenie politycznego docisku. Gdy konsolidacja zaczyna wyglądać nie jak plan naprawczy, lecz jak projekt przepychany z góry. Na siłę. Bez zaufania. Bez przekonania lokalnej wspólnoty. Bez jasnej odpowiedzi, co zyska pacjent w Tomaszowie Mazowieckim.
Bo mieszkańcy mają prawo pytać: czy chodzi o realne wzmocnienie TCZ, czy o wciągnięcie szpitala w większą układankę polityczno-instytucjonalną? Czy Tomaszów ma być partnerem, czy tylko elementem cudzej tabelki? Czy lokalny szpital zostanie uratowany, czy rozpuszczony w projekcie, który dobrze wygląda w prezentacji, ale gorzej w codziennym życiu pacjenta?
To są pytania, których nie wolno zbywać wzruszeniem ramion. Zwłaszcza teraz, gdy szpital nie ma stabilnego prezesa, a powiat sam funduje sobie atmosferę oblężonej twierdzy.
Jeśli równocześnie mamy polityczną niestabilność w radzie, trudną sytuację TCZ, wycofującego się kandydata i pomysły konsolidacyjne forsowane z zewnątrz, to obraz robi się niepokojący. Za dużo tu przypadków. Za dużo nerwowych ruchów. Za dużo polityki tam, gdzie powinien być plan.
Szpital nie jest łupem
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że koszty tej zabawy nie zostaną na sali obrad. Nie zapłacą za nie wyłącznie radni, którzy lubią dramatyczne miny i wielkie słowa. Zapłacą pacjenci. Zapłaci personel. Zapłaci powiat, który zamiast przyciągać fachowców, zaczyna ich odstraszać jak tabliczka ostrzegawcza przy wejściu do ruin.
Szpital nie jest łupem. Nie jest dekoracją do politycznej kariery. Nie jest kartą przetargową w rozmowach o układach, konsolidacjach i wpływach. To miejsce, w którym ludzie walczą o zdrowie, czasem o życie, a często po prostu o elementarne poczucie bezpieczeństwa.
Dlatego pytanie brzmi brutalnie: czy w powiecie tomaszowskim są jeszcze ludzie gotowi postawić szpital ponad polityczną grą?
Bo na razie wygląda to tak, jakby jedni tańczyli chocholi taniec wokół absolutorium, drudzy marzyli o kolejnych układankach instytucjonalnych, a szpital stał pośrodku jak pacjent na korytarzu — czekający, aż ktoś wreszcie przestanie przemawiać i zacznie działać.
Hamlet pytał, kto tu jest winny. My pytamy: kto wreszcie przestanie szkodzić?
W „Hamlecie” wszyscy grali swoje role tak długo, aż finał przyniósł ciszę, trupy i spóźnioną refleksję. W powiecie tomaszowskim nie musi dojść do katastrofy. Ale trzeba wreszcie zejść ze sceny, zgasić reflektory politycznej próżności i zobaczyć, że za kulisami tej farsy stoi realny szpital.
Realni pacjenci. Realni pracownicy. Realny problem.
Można przegłosować uchwałę. Można nie udzielić absolutorium. Można wygrać lokalną potyczkę. Można nawet przez pięć minut czuć się zwycięzcą.
Ale nie da się przegłosować zaufania fachowców.
Nie da się nakazać poważnym ludziom, żeby pracowali w atmosferze chaosu. Nie da się przykryć politycznego bałaganu pięknymi hasłami o odpowiedzialności. I nie da się ratować szpitala, jeśli jedną ręką zaprasza się kompetentnych ludzi, a drugą podpala się most, po którym mieliby przyjść.
Źle się dzieje w powiecie tomaszowskim.
A najgorsze jest to, że wielu aktorów tego dramatu wciąż udaje, że to tylko przedstawienie.




Napisz komentarz
Komentarze