Bo fakty są twarde. Śledztwo trwa. Jest prowadzone „w sprawie”, czyli in rem. Obejmuje wiele wątków dotyczących funkcjonowania samorządu Miasta Tomaszowa Mazowieckiego. Ale jednocześnie — i to jest w tej sprawie najważniejsze — nikomu nie przedstawiono zarzutów. Prokuratura jednoznacznie odpowiedziała też, że nie jest prawdą, jakoby zarzuty przedstawiono prezydentowi Marcinowi Witko.
A więc gdzie kończy się kontrola władzy, a zaczyna polityczna błotna kąpiel?
Teczka, kamera, ministerstwo
Sprawa zaczęła się od zawiadomienia złożonego przez grupę tomaszowskich radnych. Jak informowaliśmy na naszym portalu, zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez prezydenta Tomaszowa Mazowieckiego Marcina Witko miało trafić „na ręce ministra sprawiedliwości” Adama Bodnara. Informowaliśmy także o późniejszym wszczęciu śledztwa w tej sprawie.
Samo zawiadomienie do organów ścigania nie jest niczym nagannym. Radny ma prawo pytać, kontrolować, zawiadamiać, domagać się wyjaśnień. Państwo prawa nie polega przecież na zamiataniu spraw pod dywan. Problem zaczyna się wtedy, gdy zawiadomienie staje się nie tyle narzędziem wyjaśnienia sprawy, ile elementem politycznego przedstawienia. A wydaje się, że dokładnie z tym mamy teraz do czynienia.
Bo jeśli lokalny konflikt wynosi się do gabinetów ministerialnych, jeśli potem publicznie buduje się wokół niego atmosferę wielkiej afery, jeśli w przestrzeni publicznej pojawiają się sugestie o rzekomych przestępstwach, korupcji i zarzutach, to mieszkańcy mają prawo zapytać: czy chodzi o prawdę, czy o spektakl?
W polityce lokalnej takie gesty działają jak reflektor. Nagle zwykłe zawiadomienie zaczyna wyglądać jak akt oskarżenia. Wizyta w Ministerstwie Sprawiedliwości brzmi poważniej niż pismo wysłane do prokuratury. Kamera robi swoje. Teczka robi swoje. A potem zostaje cień. Rzecz w tym, że ten cień pada także na Prokuraturę, bo wizytę partyjnych działaczy w ministerstwie, trudno określić inaczej niż jako próbę wciskania politycznych guzików.
Prokuratura odpowiada: zarzutów nie ma
Redakcja NaszTomaszow.pl postanowiła sprawdzić u źródła, co w tej sprawie jest faktem, a co polityczną mgłą. Do Prokuratury Okręgowej w Siedlcach skierowaliśmy obszerne pytania dotyczące postępowania zainicjowanego zawiadomieniem złożonym przez Piotra Kucharskiego, Kazimierza Mordakę, Michała Kucharskiego i Pawła Jabłońskiego.
Odpowiedź rzecznika prasowego Prokuratury Okręgowej w Siedlcach, prokuratora Bartłomieja Świderskiego, jest jednoznaczna.
Pod nadzorem siedleckiej prokuratury prowadzone jest śledztwo dotyczące m.in. działań organów Miasta Tomaszowa Mazowieckiego, w tym prezydenta Marcina Witko. Prowadzenie śledztwa powierzono w całości Komendzie Powiatowej Policji w Rawie Mazowieckiej. Sprawa ma sygnaturę 3024-1.Ds.47.2025.
Ale najważniejsze brzmi inaczej: śledztwo jest prowadzone w sprawie, a więc nie przeciwko konkretnej osobie. Do tej pory nikomu nie przedstawiono zarzutów. Nie przedstawiono ich również prezydentowi Tomaszowa Mazowieckiego Marcinowi Witko. Prokuratura napisała to wprost i bez zbędnych ozdobników. I tu kończy się polityczny teatr, a zaczyna odpowiedzialność za słowo.
Proces bez aktu oskarżenia
W lokalnej debacie od miesięcy pojawia się sugestywna opowieść: akta mają rosnąć, sprawa ma być rozwojowa, kolejne „przestępstwa” mają wychodzić na światło dzienne. Brzmi jak zapowiedź serialu sensacyjnego La Piovra. Tylko że prokuratorska odpowiedź studzi ten scenariusz jak zimny prysznic.
Tak, śledztwo trwa. Tak, obejmuje wiele wątków. Tak, prowadzone jest m.in. pod kątem art. 231 Kodeksu karnego, czyli przekroczenia uprawnień lub niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariusza publicznego. Tak, pojawiają się także kwalifikacje dotyczące czynów korupcyjnych z art. 228 § 1 i art. 229 § 1 Kodeksu karnego. Przepisy te dotyczą odpowiednio sprzedajności osoby pełniącej funkcję publiczną oraz udzielenia albo obietnicy korzyści majątkowej lub osobistej.
Ale samo badanie takich wątków w stosunku do polityka, na wniosek innych polityków. nie oznacza winy kogokolwiek. Nie oznacza też, że ktokolwiek stał się podejrzanym. Budzi natomiast uzasadnione wątpliwości. W polskiej procedurze karnej przedstawienie zarzutów jest momentem przejścia z postępowania „w sprawie” do postępowania przeciwko konkretnej osobie. Tę różnicę opisuje się właśnie jako przejście z fazy in rem do fazy in personam.
Dlatego publiczne sugerowanie, że prezydent ma zarzuty, gdy prokuratura mówi, że ich nie ma, nie jest drobnym skrótem myślowym. To jest polityczne odwracanie znaczeń. W dodatku robione z premedytacją, co w przypadku Piotra Kucharskiego stało się obyczajem i patologiczną normą
Co właściwie rośnie w tych aktach?
Ciekawy jest jeszcze jeden element. Prokuratura wskazała, że analizuje nie tylko pierwotne tezy zawiadamiających, ale również kolejne materiały załączane do akt sprawy. I tu pojawia się pytanie zasadnicze: co właściwie rośnie?
Czy rośnie materiał dowodowy wynikający z pracy organów ścigania? Czy raczej rośnie segregator kolejnych dokumentów dosyłanych przez zawiadamiających — często informacji publicznie dostępnych, pochodzących z interpelacji, miejskich dokumentów, odpowiedzi urzędowych i bieżącej aktywności samorządowej?
Nie przesądzamy. Nie znamy akt. Nie znamy pełnego zakresu materiału. Ale mechanizm, który widać z zewnątrz, może sprawiać wrażenie politycznej maszyny dosypującej papieru do pieca, a potem ogłaszającej, że płomień robi się coraz większy. Tyle, że papier pali się szybko, więc trzeba dorzucać kolejne arkusze do pieca.
To bardzo wygodna metoda. Najpierw składa się wielowątkowe zawiadomienie. Potem dosyła kolejne dokumenty. Potem mówi się publicznie, że sprawa puchnie. A ponieważ prokuratura musi każdy wątek zweryfikować, śledztwo trwa. I trwa. I trwa.
W ten sposób sama długość postępowania zaczyna być używana jako polityczny argument. Nie ma zarzutów? Ale przecież sprawa trwa. Nie ma aktu oskarżenia? Ale przecież akta rosną. Nie ma procesowego finału? Tym lepiej — można nadal opowiadać, że „coś jest na rzeczy”.
To przypomina kafkowski „Proces” w wersji samorządowej. Człowiek nie musi zostać skazany. Czasem wystarczy, że przez wiele miesięcy chodzi za nim cień teczki.
Tomaszów już zna ten scenariusz
Tomaszów Mazowiecki zna już mechanizm, w którym śledztwo, zarzuty, medialne sugestie i przeciągające się postępowanie stają się ciężarem nie tylko prawnym, ale przede wszystkim publicznym. Przykładem była sprawa byłego wiceprezydenta Grzegorza Haraśnego.
Nie chodzi o prostą analogię procesową. Każda sprawa jest inna. Chodzi o mechanizm społeczny: najpierw pojawia się zarzut, potem nazwisko zaczyna funkcjonować w lokalnym obiegu jako problem, potem sprawa ciągnie się miesiącami, a cień zostaje nawet wtedy, gdy opinia publiczna nie zna jeszcze finału.
To jest bardzo niebezpieczna broń. Bo w polityce lokalnej nie trzeba nikogo formalnie skazać, żeby go osłabić. Wystarczy utrzymywać wokół niego atmosferę podejrzeń. Wystarczy regularnie dorzucać nowe sugestie. Wystarczy mówić półsłówkami, że „akta rosną”, „sprawa jest poważna”, „będą kolejne wątki”.
Tak właśnie działa polityczne zaszczuwanie. Nie zawsze krzyczy. Czasem tylko sączy.
Radny śledczy i teatr sensacji
W tej sprawie szczególnie istotna jest publiczna aktywność radnego Piotra Kucharskiego. Nie jest tajemnicą, że radny od dawna buduje swój wizerunek samorządowego śledczego. Portal NaszTomaszow.pl pisał już o jego aktywności w Komisji Rewizyjnej i o napięciach wokół tej komisji. W jednym z artykułów pisaliśmy, że radny „dał się poznać jako główny samorządowy śledczy”, który szukał nieprawidłowości w różnych miejskich obszarach. Czy aby na pewno?
Sam śledczy temperament nie jest wadą. Samorząd potrzebuje kontroli. Potrzebuje pytań. Potrzebuje radnych, którzy patrzą w dokumenty, a nie tylko w telefon podczas sesji. Ale kontrola ma sens wtedy, gdy służy wyjaśnianiu faktów. Gdy zaczyna przypominać polityczną produkcję sensacji, mamy problem.
Przykład? Niedawna sprawa ZGWIK i tezy o „siedmiu prokurentach”. Brzmiało efektownie. Nadawało się na przekaz medialny. Tyle że według wyjaśnień spółki nigdy nie miała ona jednocześnie siedmiu prokurentów, lecz miała ich historycznie, kolejno, od 2000 roku do dziś.
I właśnie tu jest sedno. Lokalna polityka coraz częściej działa jak montaż zwiastuna filmowego. Z faktów wycina się najostrzejsze kadry, dokłada dramatyczną muzykę, a potem widz ma uwierzyć, że ogląda aferę dekady.
Prawo do kontroli nie jest prawem do insynuacji
Trzeba powiedzieć jasno: nikt rozsądny nie odbiera radnym prawa do składania zawiadomień. Jeśli mają wiedzę o możliwym przestępstwie, mogą, a czasem wręcz powinni zawiadomić organy ścigania. To element odpowiedzialności publicznej.
Ale to prawo nie daje immunitetu na każde słowo wypowiedziane później. Zawiadomienie do prokuratury nie jest wyrokiem. Śledztwo w sprawie nie jest zarzutem. Analiza dokumentów nie jest aktem oskarżenia. A polityczna konferencja albo wywiad w upolitycznionych mediach nie zastępuje sądu.
Dlatego mieszkańcy mają prawo zapytać: czy radny, który publicznie sugeruje kolejne „przestępstwa”, ma obowiązek równie publicznie powiedzieć, że prokuratura nikomu nie postawiła zarzutów? Czy zawiadomienie ma służyć szybkiemu wyjaśnieniu sprawy, czy raczej utrzymywaniu jej w stanie politycznego zawieszenia? Czy aktami sprawy można przykryć brak politycznych argumentów?
I wreszcie: czy w Tomaszowie Mazowieckim nie powstał nowy model walki politycznej — najpierw teczka, potem kamera, potem ministerstwo, potem prokuratura, a potem przez miesiące powtarzanie, że „coś jest na rzeczy”?
Między państwem prawa a polityką błota
Najgroźniejsze w takich sprawach jest to, że wszystko odbywa się pod szlachetnymi hasłami. Transparentność. Kontrola. Walka z patologiami. Oczyszczanie samorządu. Brzmi pięknie. Prawie jak ścieżka dźwiękowa z filmu o samotnych sprawiedliwych. To już nie zwykły Mordaka Patrol, to prawdziwy John Rambo, walczący samotnie (czteroosobowo) z systemem.
Ale państwo prawa nie polega na tym, że polityk lokalny bierze do ręki teczkę i przez dwa lata buduje atmosferę winy. Państwo prawa polega na faktach, dowodach, procedurach i odpowiedzialności za słowo.
Prokuratura Okręgowa w Siedlcach jasno napisała, że jej zadaniem jest zebranie materiału dowodowego i wszechstronne wyjaśnienie sprawy, a nie wchodzenie w debatę publiczną, szczególnie polityczną. To zdanie warto zapamiętać. Bo ono oddziela prokuraturę od lokalnego teatru. Prokuratura ma badać. Politycy chcą opowiadać. A mieszkańcy powinni dostać prawdę, nie widowisko.
Co wiemy z odpowiedzi prokuratury?
Z odpowiedzi rzecznika Prokuratury Okręgowej w Siedlcach wynika, że śledztwo zostało wszczęte 27 czerwca 2025 roku i zostało przedłużone do 27 grudnia 2026 roku. Jest prowadzone w sprawie, nie przeciwko konkretnej osobie. Dotyczy wielu wątków funkcjonowania samorządu Miasta Tomaszowa Mazowieckiego. Prowadzi je Komenda Powiatowa Policji w Rawie Mazowieckiej pod nadzorem siedleckiej prokuratury. Sygnatura sprawy to 3024-1.Ds.47.2025.
Najważniejsze jednak brzmi: nikomu nie przedstawiono zarzutów. Prezydent Marcin Witko nie ma w tej sprawie zarzutów. Prokuratura wprost wskazała, że publiczne sugestie, jakoby takie zarzuty przedstawiono, są nieprawdziwe.



Napisz komentarz
Komentarze