Wojna rosyjsko-ukraińska od dawna nie toczy się wyłącznie na froncie. Toczy się w telefonach, komunikatorach, mediach społecznościowych i aplikacjach, które miały służyć poznawaniu ludzi. Tam, gdzie użytkownik sam otwiera drzwi do swojego życia: pokazuje twarz, miejsce pobytu, styl życia, emocje, poglądy, słabości i potrzeby.
W maju portal EUvsDisinfo opisał przypadki wykorzystywania aplikacji randkowych przez rosyjskie operacje wpływu. Według tego serwisu platformy takie jak Tinder i ich lokalne odpowiedniki miały być używane od początku pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę do zbierania informacji, manipulowania użytkownikami i typowania osób podatnych na nacisk. EUvsDisinfo przywołał m.in. sprawę 22-letniego mężczyzny zatrzymanego w styczniu 2026 roku po próbie podpalenia urzędu pocztowego; miał zostać zmanipulowany przez osobę poznaną przez platformę randkową i zmuszony do transmitowania działania na żywo.
Fałszywy flirt, prawdziwy szantaż
Ukraińskie służby ostrzegały, że rosyjscy operatorzy zakładali fałszywe profile kobiet albo podszywali się pod funkcjonariuszy organów ścigania. Najpierw zbierali dane osobowe i kompromitujące informacje. Potem pojawiał się szantaż: groźba ujawnienia rozmów, zdjęć, lokalizacji lub rzekomej współpracy z Rosją. W zamian za „załatwienie sprawy” ofiara miała wykonać proste zadanie: obserwować wskazaną osobę, zrobić zdjęcie obiektu, podłożyć ogień, przekazać informację. Ukraińska Służba Bezpieczeństwa informowała, że Rosjanie wykorzystywali fałszywe konta kobiet na portalach randkowych oraz osoby podszywające się pod funkcjonariuszy do werbowania ludzi do podpaleń, sabotażu i innych przestępstw.
To klasyczna technika „honey trap” — pułapka oparta na emocjach, relacji romantycznej lub seksualnej. Stara metoda w nowym opakowaniu. Kiedyś hotelowy bar, papieros, koniak i tajemnicza rozmowa przy półmroku. Dziś: zdjęcie profilowe, kilka wiadomości, emotikony, prywatny czat i pytanie: „A gdzie teraz jesteś?”.
Dr Łukasz Olejnik, niezależny konsultant i badacz z Department of War Studies w King’s College London, w rozmowie z PAP ocenił, że portale randkowe są atrakcyjnym narzędziem dla służb i operatorów wpływu. Użytkownik sam udostępnia informacje: zdjęcia, miejsce pobytu, styl życia, potrzeby emocjonalne, poglądy. Intymny charakter rozmowy obniża czujność. A zebrane dane mogą pozwolić na ustalenie miejsca pracy, domu, jednostki wojskowej, instytucji publicznej albo codziennej trasy.
Najmocniejsze zdanie eksperta brzmi jak ostrzeżenie, którego nie warto zamiatać pod dywan: prawdopodobieństwo takich działań w Polsce ocenia on na 100 procent. Nie dlatego, że każdy profil jest agentem. Nie dlatego, że każda rozmowa to operacja. Ale dlatego, że Polska jest państwem frontowym NATO, krajem wspierającym Ukrainę, z infrastrukturą krytyczną, wojskiem, administracją i lokalnymi strukturami, które dla obcych służb mogą być interesujące.
To nie dotyczy tylko generałów
Najłatwiej wzruszyć ramionami: „mnie to nie dotyczy”. I właśnie na tym polega słabość. Bo w operacjach hybrydowych nie zawsze szuka się Jamesa Bonda w mundurze. Czasem wystarczy pracownik samorządu, informatyk, kierowca, ochroniarz, urzędnik, dziennikarz, pracownik spółki komunalnej, osoba z dostępem do budynku, grafiku dyżurów, zdjęć, planów, kontaktów albo zwyczajnie — ktoś podatny na presję.
Niemiecka Służba Kontrwywiadu Wojskowego MAD już w 2023 roku potwierdzała, że rosyjscy agenci wykorzystywali media społecznościowe i aplikacje randkowe, w tym Tindera, do nawiązywania kontaktu z żołnierzami Bundeswehry i prób pozyskiwania informacji.
To ważny kontekst także dla Polski. W naszym kraju mamy jednostki wojskowe, zaplecze logistyczne, transporty, infrastrukturę energetyczną, wodociągową, kolejową, administrację publiczną, lokalne instytucje, media i ludzi, którzy często nawet nie wiedzą, że ich drobna informacja może być dla kogoś użyteczna. W czasach wojny hybrydowej zdjęcie parkingu, opowieść o grafiku pracy, informacja o awarii, remontach, dyżurach albo zabezpieczeniach potrafi być puzzlem w większej układance.
Randka z algorytmem, rozmowa ze służbą
Mechanizm jest prosty. Najpierw miły kontakt. Potem szybkie budowanie zaufania. Następnie pytania, które z pozoru brzmią niewinnie: „gdzie pracujesz?”, „masz dziś dyżur?”, „co widać z okna?”, „wyślij zdjęcie”, „a co to za budynek?”, „kiedy kończysz zmianę?”, „jesteś sam?”. Jeśli rozmówca zaczyna naciskać, ponaglać, prosić o zdjęcia dokumentów, lokalizację, informacje o pracy albo próbuje przenosić kontakt na inne komunikatory — powinna zapalić się czerwona lampka.
Łukasz Olejnik radzi, by w podejrzanych sytuacjach odpowiadać krótko, nie udostępniać nadmiaru informacji i traktować presję jako sygnał ostrzegawczy. Szczególnie ostrożne powinny być osoby związane z wojskiem, administracją publiczną, infrastrukturą krytyczną, dziennikarstwem, środowiskami eksperckimi oraz lokalnymi instytucjami.
Ale zwykli użytkownicy też nie są poza zasięgiem. W operacjach wpływu liczy się skala. Jedna osoba może zostać wykorzystana tylko raz. Do jednego zdjęcia. Jednego podpalenia. Jednego przekazania danych. Jednego „niewinnego” zadania.
Nie tylko Rosja
Takie metody nie są wyłącznie rosyjskie. W 2024 roku media opisywały przypadek Ukrainki, która miała zakładać profile na Tinderze w pobliżu granicy ukraińsko-rosyjskiej i dzięki analizie odległości z aplikacji szacować pozycje rosyjskich sił. Według relacji zgłosiła władzom ponad 70 takich lokalizacji.
Podobne mechanizmy wpływu przypisywane są również Chinom. NewsGuard opisał sieć 294 fałszywych kont na platformie Threads, stylizowanych na atrakcyjne Azjatki i kierowanych do mężczyzn z Tajwanu. Konta miały publikować w skoordynowany sposób i nosić znamiona operacji politycznej.
To pokazuje, że współczesna wojna informacyjna coraz rzadziej przypomina wielki plakat propagandowy, a coraz częściej prywatną wiadomość wysłaną późnym wieczorem. Nie krzyczy. Szepcze. Nie puka do drzwi. Wpada przez ekran.
Lokalny wymiar sprawy
Tomaszów Mazowiecki i okolice nie są samotną wyspą poza mapą świata. Mamy w regionie instytucje publiczne, szkoły, jednostki, zakłady, infrastrukturę, lokalne media, ludzi pracujących w administracji, służbach, ochronie zdrowia, transporcie i spółkach. Każdy z nich funkcjonuje także w świecie cyfrowym. I każdy może zostać zagadnięty przez kogoś, kto nie jest tym, za kogo się podaje.
Nie chodzi o to, by demonizować portale randkowe. Ludzie poznają się przez internet, zakochują, zakładają rodziny. To normalna część współczesności. Problem zaczyna się wtedy, gdy intymność staje się narzędziem. Gdy samotność jest wykorzystywana jak luka w systemie. Gdy prywatna rozmowa zamienia się w przesłuchanie prowadzone miękkim głosem.
W czasach, gdy telefon jest jednocześnie pamiętnikiem, portfelem, mapą, aparatem, archiwum zdjęć i przepustką do prywatnego życia, ostrożność nie jest paranoją. Jest higieną cyfrową.
Czerwone flagi
Warto zapamiętać kilka prostych zasad. Nie udostępniajmy w aplikacjach randkowych informacji o pracy, dyżurach, służbie, zabezpieczeniach, dokumentach, trasach przejazdu, miejscach pobytu innych osób czy obiektach publicznych. Nie wysyłajmy zdjęć dokumentów, identyfikatorów, wejściówek, wnętrz instytucji i miejsc, które mogą mieć znaczenie dla bezpieczeństwa. Nie dajmy się wciągać w rozmowy, w których ktoś bardzo szybko przechodzi do intymności, a potem zaczyna wymagać przysług.
Sygnałem alarmowym powinny być naciski, pośpiech, groźby, szantaż, prośby o „drobne zadanie”, dziwne zainteresowanie wojskiem, urzędem, zakładem pracy, transportem, monitoringiem, ochroną albo lokalizacją. W takiej sytuacji najlepiej przerwać kontakt, zachować zrzuty ekranu i — jeśli pojawia się groźba, szantaż lub podejrzenie przestępstwa — zgłosić sprawę odpowiednim służbom.
Bo w tej historii najgroźniejsze jest właśnie to, że wygląda banalnie. Zaczyna się jak flirt. Kończy jak meldunek operacyjny.
Aplikacja randkowa nie musi być polem bitwy. Ale w świecie wojny hybrydowej może stać się narzędziem rozpoznania. I warto o tym pamiętać, zanim komuś obcemu opowiemy za dużo — o sobie, swojej pracy, swoim mieście i swoim życiu.




Napisz komentarz
Komentarze