To jeden z najprostszych, a zarazem najbardziej bezlitosnych błędów poznawczych. Polega na tym, że osoby o niskich kompetencjach w danej dziedzinie często przeceniają swoją wiedzę i umiejętności. Nie dlatego, że mają wyjątkowo złą wolę. Często dlatego, że nie wiedzą nawet, czego nie wiedzą.
David Dunning i Justin Kruger opisali mechanizm, w którym osoby słabo przygotowane do danego zadania nie tylko wyciągają błędne wnioski i podejmują nietrafione decyzje, ale także nie potrafią rozpoznać własnych braków. I tu zaczyna się prawdziwy teatr.
Bo czasem człowiek publicznie tłumaczy, że „nie wie zbyt wiele”, ale już chwilę później w kolejnych wpisach występuje w roli eksperta od wszystkiego: samorządu, prawa, finansów, polityki, spółdzielni, szpitali, uchwał, regulaminów i lokalnych układów. Taki jednoosobowy kombajn analityczny. Tyle że często bardziej przypomina Trabanta z doklejonym znaczkiem Mercedesa.
Popularnie mówi się o tym jako o wejściu na „Górę Głupców”. Człowiek zdobywa odrobinę wiedzy, ledwie muskając temat, i nagle wydaje mu się, że stanął na szczycie Himalajów. Patrzy z góry na innych, poucza, wymachuje pięścią, podnosi głos, rozdaje diagnozy i wyroki. Problem w tym, że nie stoi na Evereście. Stoi co najwyżej na krawężniku, tylko mgła samozachwytu zasłoniła mu perspektywę.
Dopiero później, jeśli ktoś rzeczywiście zaczyna się uczyć, przychodzi „dolina rozpaczy”. To moment, w którym człowiek rozumie, jak skomplikowany jest temat i jak płytkie były jego wcześniejsze sądy. Potem może przyjść „zbocze oświecenia” — spokojne, systematyczne zdobywanie wiedzy. A na końcu „płaskowyż stabilizacji”, gdzie prawdziwa kompetencja spotyka się z pokorą.
I tu dochodzimy do sedna.
Osoby niekompetentne bardzo często wypowiadają się najbardziej autorytarnie. Krzyk, pewność siebie, machanie pięścią, insynuacje i pouczający ton mogą robić wrażenie profesjonalizmu. Ale czasem to tylko dekoracja. Jak kartonowa fasada miasteczka z westernu — z przodu saloon, z tyłu podpórki z desek.
Jeszcze gorzej, gdy taka pewność siebie zaczyna służyć deprecjonowaniu ludzi, którzy naprawdę mają doświadczenie, wiedzę albo przynajmniej elementarną ostrożność w wypowiadaniu się publicznie. Wtedy krytyka specjalistów, urzędników, radnych, dziennikarzy czy samorządowców nie jest już debatą. Staje się manipulacją przykrywającą brak podstawowej wiedzy.
Bo pokora, krytyczne myślenie, szukanie informacji zwrotnej, sprawdzanie źródeł i otwartość na odmienne zdanie nie są słabością. Są dowodem dojrzałości.
A brak wiedzy połączony z ogromną pewnością siebie?
To już nie jest debata publiczna.
To jest psychologiczny kabaret, w którym konferansjer sam sobie bije brawo.




Napisz komentarz
Komentarze