Tomaszów Mazowiecki stoi przed jednym z najważniejszych wyzwań najbliższych lat. W całej Polsce miasta mierzą się z gwałtownym spadkiem liczby urodzeń. Eksperci ostrzegają, że najpierw zamykane będą żłobki i przedszkola, później szkoły. W Tomaszowie Mazowieckim problem żłobków nie wydaje się dziś najostrzejszy. Coraz poważniejsze pytania pojawiają się jednak przy sieci przedszkoli i szkół podstawowych. Jeśli obecne trendy demograficzne się utrzymają, miasto może w najbliższych latach stanąć przed koniecznością trudnej reorganizacji oświaty.
Demografia nie krzyczy. Nie wychodzi na ulicę z transparentem. Nie robi konferencji prasowej. Przychodzi po cichu — w statystykach urodzeń, w coraz mniejszych rocznikach, w tabelach arkuszy organizacyjnych, w klasach, w których z roku na rok robi się luźniej. I właśnie dlatego jest tak groźna. Bo kiedy widać ją już gołym okiem, często jest za późno na spokojne decyzje.
Związek Miast Polskich alarmuje, że sytuacja demograficzna polskich miast staje się jednym z najważniejszych wyzwań najbliższych dekad. W pierwszym półroczu 2025 roku w polskich miastach urodziło się 82 786 dzieci, czyli o ponad 7 procent mniej rok do roku. W ponad 90 miastach odnotowano mniej niż 10 urodzeń, w 15 miastach mniej niż pięć. To dane, które pokazują skalę problemu nie tylko w wielkich aglomeracjach, ale także w miastach średniej wielkości.
To nie jest abstrakcyjna statystyka z Warszawy, Poznania czy Gdańska. To jest także pytanie o przyszłość Tomaszowa Mazowieckiego.
Najpierw przedszkola, potem szkoły
Ryszard Grobelny, dyrektor Biura Związku Miast Polskich, ujął problem bez znieczulenia: jeżeli dzieci się nie rodzą, to za kilka lat nie pójdą do szkoły. To zdanie brzmi banalnie tylko do momentu, w którym zaczniemy liczyć oddziały, etaty, koszty ogrzewania, remonty, stołówki, świetlice, dowozy, pensje i subwencję.
GUS podaje, że w roku szkolnym 2024/2025 działało w Polsce 22,3 tysiąca placówek wychowania przedszkolnego, czyli o 200 mniej niż rok wcześniej. Uczęszczało do nich prawie 1,5 miliona dzieci — o 59,7 tysiąca mniej niż rok wcześniej.
To pierwszy etap. Najpierw mniej dzieci pojawia się w przedszkolach. Potem fala przechodzi do szkół podstawowych. Wtedy demografia w oświacie przestaje być hasłem z raportów, a staje się decyzją: utrzymywać placówki w dotychczasowym kształcie, łączyć oddziały, zmieniać obwody, ograniczać nabory, a w najbardziej radykalnym wariancie — zamykać szkoły.
W Tomaszowie Mazowieckim żłobki nie są dziś najważniejszym punktem zapalnym. Znacznie poważniej wygląda pytanie o sieć przedszkoli i szkół podstawowych. Jeżeli liczba dzieci w kolejnych rocznikach będzie spadać, miasto może stanąć przed koniecznością reorganizacji. Nie dziś, nie jutro, być może nie w tym roku szkolnym. Ale w perspektywie kilku lat taka rozmowa może okazać się nieunikniona.
Tomaszów się kurczy. A szkoły nie znikają z kosztów
Według danych demograficznych Tomaszów Mazowiecki od lat traci mieszkańców. To nie jest kosmetyczna zmiana. To miasto mniejsze o tysiące ludzi. Mniejsze o rodziny, podatników, pracowników, dzieci i przyszłych uczniów.
Przez lata lokalne samorządy planowały rozwój w logice wzrostu: nowe osiedla, nowe inwestycje, remonty, większe potrzeby. Dziś coraz częściej trzeba będzie nauczyć się innej sztuki — mądrego zarządzania kurczeniem się miasta. To brzmi niewygodnie, bo nikt nie lubi mówić mieszkańcom, że pewne struktury tworzone w innych realiach demograficznych mogą nie pasować do miasta, które ma mniej dzieci i coraz więcej seniorów.
Szkoła podstawowa w Tomaszowie Mazowieckim nie jest tylko budynkiem. To emocje, wspomnienia, nauczyciele, historia osiedla. Każda próba rozmowy o zmianie sieci szkolnej wywołuje naturalny opór. Rodzice boją się dalszej drogi dziecka do szkoły. Nauczyciele boją się o pracę. Mieszkańcy boją się utraty ważnego punktu lokalnej tożsamości. To wszystko są realne argumenty.
Ale realne są też liczby. Utrzymywanie zbyt rozbudowanej sieci placówek przy malejącej liczbie uczniów może oznaczać coraz większy koszt jednostkowy kształcenia. A pieniądze wydawane na puste metry, ogrzewanie i administrację nie trafiają wtedy na zajęcia dodatkowe, wsparcie psychologiczne, nowoczesne pomoce dydaktyczne, remonty czy lepsze warunki pracy nauczycieli.
Dlatego rozmowa o przyszłości tomaszowskich szkół nie może być sprowadzona do prostego hasła: zamykać albo nie zamykać. To musi być rozmowa o odpowiedzialnym zarządzaniu miastem.
Czy Tomaszów wie, co go czeka?
Najgorszym scenariuszem nie jest sama reorganizacja. Najgorszy scenariusz to reorganizacja przeprowadzana nagle, pod presją budżetu, po cichu i bez wcześniejszej rozmowy z mieszkańcami.
Dlatego dziś najważniejsze pytanie nie brzmi: którą szkołę zamknąć? Tak postawione pytanie byłoby przedwczesne i społecznie nieodpowiedzialne. Prawdziwe pytanie brzmi: czy Tomaszów Mazowiecki ma aktualny, publicznie znany plan dostosowania sieci przedszkoli i szkół do sytuacji demograficznej?
Miasto powinno pokazać mieszkańcom twarde dane. Ile dzieci mieszka w poszczególnych obwodach szkolnych? Jak wyglądają roczniki, które za dwa, trzy, pięć i siedem lat trafią do szkół? Ile oddziałów funkcjonuje dziś w każdej placówce? Jaki jest koszt utrzymania ucznia w poszczególnych szkołach? Jak wykorzystane są budynki? Jakie są prognozy naboru? Czy analizowana jest zmiana obwodów? Czy rozważane jest łączenie oddziałów? Czy w którymkolwiek scenariuszu pojawia się ryzyko zamknięcia jednej lub dwóch podstawówek?
To są pytania niewygodne, ale konieczne. Mieszkańcy mają prawo wiedzieć, czy temat jest analizowany, czy zamiatany pod dywan.
Demografia uderza nie tylko w szkoły
Zapaść demograficzna to nie jest wyłącznie problem oświaty. To układ naczyń połączonych. Mniej mieszkańców w wieku produkcyjnym oznacza mniejsze wpływy podatkowe. Więcej seniorów oznacza większe potrzeby w zakresie opieki zdrowotnej, transportu, pomocy społecznej, dostępności przestrzeni publicznej i usług opiekuńczych.
Samorząd będzie miał jednocześnie więcej zadań i mniej ludzi, którzy finansują je podatkami. Będzie musiał utrzymać szkoły, drogi, komunikację miejską, kulturę, sport, pomoc społeczną, gospodarkę komunalną i inwestycje. A przy tym rosnąć będą oczekiwania mieszkańców, zwłaszcza starszych, którzy będą potrzebowali coraz większego wsparcia.
W ponad 900 polskich miastach w 2024 roku odnotowano zmniejszenie liczby mieszkańców w wieku produkcyjnym, łącznie o 155 tysięcy. Według prognoz do 2035/2040 roku wiele miast będzie doświadczać pogłębiającej się depopulacji i starzenia mieszkańców. To znaczy, że temat nie dotyczy wyłącznie dzieci i szkół. Dotyczy całego modelu funkcjonowania samorządu.
Właśnie dlatego rozmowa o tomaszowskiej oświacie musi być rozmową o mieście jako całości. O tym, ilu będziemy mieli mieszkańców. Ile będzie dzieci. Ilu seniorów. Ilu podatników. Jaką sieć usług publicznych da się utrzymać. I co zrobić, żeby Tomaszów nie był tylko miastem, które dostosowuje się do spadku, ale miastem, które potrafi zawalczyć o przyszłość.
Miasto musi nie tylko liczyć dzieci, ale też walczyć o mieszkańców
Jest jeszcze jedna strona tej historii. Demografia nie może być wyłącznie opowieścią o zamykaniu, cięciu i dostosowywaniu się do spadku liczby mieszkańców. Miasto, które tylko biernie obserwuje kurczenie się populacji, prędzej czy później zaczyna przypominać dom, w którym gasi się kolejne światła. Tomaszów Mazowiecki powinien więc nie tylko analizować sieć szkół i przedszkoli, ale także konsekwentnie budować warunki, które zachęcą ludzi do zamieszkania właśnie tutaj.
To oznacza coś więcej niż hasła promocyjne. Młode rodziny nie wybierają miasta na podstawie folderu reklamowego. Wybierają miejsce, w którym da się normalnie żyć: znaleźć mieszkanie, pracę, przedszkole, dobrą szkołę, lekarza, bezpieczną drogę do domu, park na spacer, plac zabaw, ścieżkę rowerową, miejsce do odpoczynku nad wodą i przestrzeń, w której nie czuje się ciągłej prowizorki.
Tomaszów ma atuty, których wiele miast mogłoby mu zazdrościć. Pilica, Niebieskie Źródła, Błonia, bliskość Spały, Zalewu Sulejowskiego i terenów rekreacyjnych to nie są dodatki do miejskiej układanki. To może być jeden z fundamentów polityki przyciągania mieszkańców. W czasach, gdy coraz więcej osób szuka równowagi między pracą a życiem prywatnym, miasto średniej wielkości, zielone, położone blisko dużych aglomeracji, może stać się atrakcyjną alternatywą dla zatłoczonych metropolii.
Ale do tego potrzebna jest świadoma polityka. Parki w Tomaszowie Mazowieckim, skwery, miejsca rekreacji, infrastruktura sportowa, czyste i bezpieczne osiedla, estetyczna przestrzeń publiczna oraz oferta kulturalna nie są fanaberią. Są elementem konkurencji o mieszkańca. Tak samo jak dobra edukacja. Rodzic, który myśli o przeprowadzce, pyta nie tylko o cenę mieszkania. Pyta, do jakiej szkoły pójdzie dziecko, czy są zajęcia dodatkowe, czy placówki mają dobrą opinię, czy miasto inwestuje w edukację, czy tylko administruje problemami.
Ogromne znaczenie ma również skomunikowanie Tomaszowa Mazowieckiego z aglomeracjami. Dobre połączenia z Łodzią, Warszawą, Piotrkowem Trybunalskim czy aglomeracją śląską mogą sprawić, że Tomaszów będzie miejscem do życia dla osób pracujących częściowo zdalnie, dojeżdżających kilka razy w tygodniu albo szukających spokojniejszego miasta bez rezygnowania z dostępu do dużego rynku pracy. Współczesna konkurencja między miastami coraz częściej rozgrywa się właśnie na tym polu: kto potrafi połączyć jakość życia z dostępnością komunikacyjną, ten ma większe szanse zatrzymać i przyciągnąć ludzi.
Dlatego rozmowa o demografii nie może kończyć się na pytaniu, które szkoły utrzymać. Musi zaczynać się od pytania, jakim miastem Tomaszów chce być za 10, 15 i 20 lat. Czy ma być miejscem, z którego młodzi wyjeżdżają po maturze i wracają już tylko na święta? Czy miastem, do którego można wrócić z rodziną, kupić mieszkanie, posłać dziecko do dobrej szkoły i korzystać z terenów zielonych bez poczucia, że życie dzieje się gdzie indziej?
Jeśli Tomaszów Mazowiecki chce zatrzymać negatywne trendy, musi prowadzić politykę demograficzną szerzej rozumianą niż tylko jako zarządzanie oświatą. To powinna być polityka dobrego życia: mieszkań, edukacji, pracy, transportu, zieleni, bezpieczeństwa, kultury i rekreacji. Bo mieszkańców nie przyciąga się jednym projektem. Przyciąga się codziennością.
Inne miasta już tną. Tomaszów powinien rozmawiać wcześniej
W większych miastach skutki demografii bywają maskowane przez migrację, nowe osiedla i napływ mieszkańców z okolic. Ale nawet tam zaczynają pojawiać się trudne decyzje. W Warszawie radny Damian Kowalczyk informował, że w 2025 roku zlikwidowano 35 oddziałów przedszkolnych i trzy przedszkola. W mniejszych i średnich miastach podobne procesy mogą być jeszcze bardziej bolesne, bo każda placówka ma większe znaczenie społeczne.
Tomaszów Mazowiecki nie powinien czekać, aż temat wybuchnie jak źle zabezpieczony piec w środku zimy. Lepiej wcześniej pokazać dane, scenariusze i możliwe warianty działań. Lepiej powiedzieć mieszkańcom prawdę, nawet jeśli jest niewygodna, niż udawać, że problemu nie ma, a potem tłumaczyć decyzje podejmowane w pośpiechu.
Bo demografia ma tę cechę, że jest przewidywalna. Dzieci, które pójdą do szkoły za sześć czy siedem lat, albo już się urodziły, albo ich nie ma. Tego nie da się przykryć kampanią promocyjną, hasłem o rozwoju ani kolejną wizualizacją inwestycji.
Nie chodzi o zamykanie szkół. Chodzi o plan
Tomaszów Mazowiecki potrzebuje dziś spokojnej, ale uczciwej rozmowy o przyszłości oświaty. Nie po to, by straszyć rodziców i nauczycieli. Nie po to, by wskazywać palcem konkretną szkołę. Po to, by miasto nie obudziło się za kilka lat w sytuacji, w której decyzje będą już wymuszone przez liczby.
Jeżeli obecne trendy demograficzne się utrzymają, reorganizacja sieci szkolnej w Tomaszowie Mazowieckim może stać się jednym z najtrudniejszych tematów tej albo kolejnej kadencji. W najbardziej radykalnym scenariuszu może pojawić się konieczność zamknięcia jednej lub dwóch szkół podstawowych. Dziś nie wolno przedstawiać tego jako przesądzonego faktu. Ale nie wolno też udawać, że taki scenariusz nie istnieje.
Demografia nie przychodzi z hukiem jak burza. Przychodzi cicho — najpierw w statystykach urodzeń, potem w pustych miejscach w przedszkolach, następnie w szkolnych ławkach. I dopiero wtedy miasto orientuje się, że decyzje, których nikt nie chciał podjąć, stały się nieuniknione.
Tomaszów powinien zacząć tę rozmowę, zanim zrobią to za nas puste klasy. Ale ta rozmowa nie może dotyczyć wyłącznie tego, co zamknąć, ograniczyć albo połączyć. Musi dotyczyć również tego, co zrobić, aby ludzie chcieli tu mieszkać, pracować, zakładać rodziny i zostać na dłużej.
Bo przyszłość miasta nie rozstrzygnie się tylko w arkuszach organizacyjnych szkół. Rozstrzygnie się także na placach zabaw, w parkach, na dworcach, w mieszkaniach, w szkołach, na ulicach i w codziennym poczuciu, że Tomaszów Mazowiecki jest dobrym miejscem do życia. Nie tylko wspomnieniem miasta, które kiedyś miało więcej mieszkańców.



Napisz komentarz
Komentarze