Nasz artykuł w dużym skrócie
- Rząd chce podnieść pierwszy próg PIT ze 120 do 130 tys. zł i wprowadzić stawkę 24 proc. dla dochodów od 130 do 150 tys. zł.
- Według wyliczeń MDDP pierwsze korzyści dla pracownika etatowego zaczynają się przy pensji około 12 tys. zł brutto i wynoszą wtedy zaledwie około 20 zł miesięcznie.
- Przy dochodach pozwalających wykorzystać całą zmianę skali zysk może dojść do 3600 zł rocznie, czyli 300 zł miesięcznie.
- Pracownicy z dochodem nieprzekraczającym 120 tys. zł zasadniczo nie zyskają nic. Jednocześnie część przedsiębiorców może stracić dziesiątki, a nawet ponad 100 tys. zł rocznie.
12 tysięcy brutto. Czy to naprawdę przeciętny przedstawiciel klasy średniej?
Premier Donald Tusk tłumaczy, że zmiana ma ulżyć „rosnącej klasie średniej”. Minister finansów Andrzej Domański szacuje z kolei, że rozwiązanie ma objąć około 3,5 mln podatników. Projekt zakłada pozostawienie stawki 12 proc. do 130 tys. zł dochodu, wprowadzenie stawki 24 proc. między 130 a 150 tys. zł i przesunięcie 32-procentowego PIT powyżej 150 tys. zł.
Brzmi atrakcyjnie. Problem pojawia się wtedy, gdy polityczne hasło zamienimy na pasek wynagrodzenia.
Według Rafała Sidorowicza, doradcy podatkowego i partnera w MDDP, pierwsze korzyści dla pracownika pojawiają się przy wynagrodzeniu około 12 tys. zł brutto miesięcznie. I trudno nazwać je rewolucją: podatek będzie niższy o około 250 zł rocznie, czyli mniej więcej 20 zł miesięcznie.
Maksymalny zysk wyniesie 3600 zł rocznie, a więc 300 zł miesięcznie. Przy wspólnym rozliczeniu dobrze zarabiającego małżeństwa może to być 7200 zł rocznie.
Dla osoby, której dochód podatkowy nie przekroczy 120 tys. zł, zmiana pozostanie jednak praktycznie obojętna.
I właśnie tutaj kończy się marketing, a zaczyna matematyka.
Większość pracowników do tej „ulgi” nawet nie podejdzie
Najnowsze dostępne dane GUS pokazują, że w lutym 2026 roku mediana wynagrodzeń w Polsce wyniosła 7690,82 zł brutto. Oznacza to, że połowa zatrudnionych zarabiała nie więcej niż ta kwota.
Jeszcze ciekawszy jest rozkład wynagrodzeń. Granica wejścia do 20 proc. najlepiej wynagradzanych pracowników znajdowała się w lutym na poziomie około 12 598 zł brutto. Innymi słowy: pensja, przy której według MDDP zaczynają pojawiać się korzyści z reformy, leży mniej więcej w okolicach dochodów najlepiej opłacanej jednej piątej pracowników.
To istotna informacja, gdy słyszymy określenie „ulga dla klasy średniej”.
Jeszcze mocniej widać ten kontrast z perspektywy Tomaszowa Mazowieckiego. Jak informowaliśmy na NaszTomaszow.pl na podstawie danych GUS, we wrześniu 2025 roku mediana wynagrodzeń w powiecie tomaszowskim wynosiła 6640 zł brutto. Była niższa zarówno od średniej wojewódzkiej, jak i krajowej. Próg 12 tys. zł to zatem niemal dwie lokalne mediany.
Pracownik sklepu, magazynier, część pracowników produkcji, wielu urzędników niższego szczebla, pracowników usług czy administracji z zapowiadanej zmiany może więc nie zobaczyć ani złotówki.
A politycy? Tutaj zaczyna się interesujące porównanie
Czy można zatem napisać, że reforma została przygotowana „dla partyjnych działaczy”?
Nie. Nie ma podstaw, aby twierdzić, że kryterium polityczne znajduje się w projektowanych przepisach. Fiskus nie będzie pytał podatnika o legitymację partyjną. Korzyść zależy od dochodu, a nie przynależności politycznej.
Można jednak postawić inne, całkowicie uzasadnione pytanie: czy grupa dobrze wynagradzanych zawodowych polityków i samorządowców mieści się wśród beneficjentów tej reformy?
Oczywiście, że tak.
Samo uposażenie poselskie w 2026 roku wynosi 13 872 zł brutto miesięcznie, a dodatkowo parlamentarzysta otrzymuje dietę w wysokości 4335 zł brutto.
Spójrzmy jeszcze bliżej, na nasze tomaszowskie podwórko. W styczniu radni powiatowi ustalili wynagrodzenie starosty Dariusza Kowalczyka. Wynagrodzenie zasadnicze wynosi 10 950 zł, dodatek funkcyjny 3650 zł, a specjalny 4380 zł. Do tego może dochodzić dodatek za wieloletnią pracę.
Nie jest to zarzut wobec konkretnych osób. Wynagrodzenia osób pełniących funkcje publiczne określane są zgodnie z obowiązującymi przepisami i uchwałami właściwych organów.
Pokazuje to jednak coś innego: polityczna i samorządowa klasa kierownicza znajduje się dokładnie w tej części drabiny dochodowej, która proponowaną zmianę PIT odczuje. Znaczna część zwykłych pracowników – nie.
I dlatego pytanie „dla kogo te zmiany?” nie jest populizmem. Jest pytaniem o konstrukcję systemu podatkowego.
Kwota wolna 60 tys. zł została za drzwiami
Kontrast staje się jeszcze bardziej wyraźny, kiedy przypomnimy jedną z najgłośniejszych obietnic wyborczych Koalicji Obywatelskiej: podniesienie kwoty wolnej od PIT z 30 do 60 tys. zł.
Do dziś jej nie zrealizowano. W lipcu senator KO Grzegorz Schetyna deklarował wprawdzie, że zobowiązanie ma zostać wykonane przed końcem kadencji, być może etapami, ale obecny pakiet zmian takiego rozwiązania nie zawiera.
A różnica społeczna między obiema propozycjami jest zasadnicza.
Według lipcowych wyliczeń ekspertów Grant Thornton podniesienie kwoty wolnej do 60 tys. zł zaczęliby odczuwać pracownicy zarabiający już około 6100 zł brutto miesięcznie. A więc grupa znacznie szersza i znajdująca się dużo bliżej rzeczywistych zarobków przeciętnego mieszkańca Polski czy powiatu tomaszowskiego.
Obecnie, zgodnie z art. 27 ust. 1 ustawy o PIT, obowiązuje 12-procentowa stawka do podstawy 120 tys. zł oraz 32 proc. od nadwyżki. Kwota zmniejszająca podatek wynosi 3600 zł, co odpowiada 30 tys. zł kwoty wolnej.
Rząd wybrał więc na razie nie rozwiązanie rozpoczynające pomoc w okolicach 6 tys. zł pensji, ale rozwiązanie, którego pierwsze efekty pojawiają się mniej więcej dwa razy wyżej.
To polityczny wybór, nawet jeśli zapisany językiem księgowych.
Przedsiębiorca może dostać rachunek zamiast ulgi
Jeszcze ciekawiej robi się po drugiej stronie reformy.
Rząd chce obniżyć limit przychodów pozwalający przedsiębiorcom korzystać z ryczałtu z 2 mln euro do 250 tys. euro. Obecny limit uprawniający do ryczałtu w 2026 roku wynosi dokładnie 2 mln euro, czyli 8 517 200 zł według kursu zastosowanego przez Ministerstwo Finansów.
To oznaczałoby ośmiokrotne obniżenie limitu.
Rafał Sidorowicz wskazuje, że szczególnie mocno mogą odczuć je działalności o dużej rentowności i niewielkich kosztach: część programistów, lekarzy kontraktowych, prawników czy pośredników.
W przykładzie przedstawionym przez eksperta przedsiębiorca osiągający 1,2 mln zł przychodów i płacący dziś 15-procentowy ryczałt może po zmianach zapłacić ponad 90 tys. zł więcej rocznie. Przy obecnej stawce ryczałtu 8,5 proc. różnica mogłaby sięgnąć nawet około 170 tys. zł.
To już nie jest korekta.
To podatkowe trzęsienie ziemi.
Do tego dochodzi planowana podwyżka CIT z 19 do 22 proc. dla przedsiębiorstw z przychodami przekraczającymi 50 mln euro oraz wzrost daniny solidarnościowej z 4 do 5 proc. dla osób osiągających dochody powyżej miliona złotych rocznie. Rząd argumentuje, że dzięki temu cały pakiet ma być dla budżetu mniej więcej neutralny.
Nie dla działaczy. Ale zdecydowanie nie dla wszystkich
Najłatwiej byłoby zakończyć ten tekst prostym zdaniem: „rząd daje swoim”.
Problem w tym, że byłoby ono publicystycznie efektowne, lecz nieuczciwe.
Nie ma dowodów na to, że reforma została skonstruowana specjalnie dla działaczy którejkolwiek partii. Skorzystają z niej pracownicy sektora prywatnego, specjaliści, lekarze, inżynierowie, informatycy, menedżerowie, urzędnicy, samorządowcy i politycy – jeśli osiągają odpowiedni dochód.
Jest natomiast wystarczająco dużo danych, aby powiedzieć coś innego.
Zapowiadana reforma nie jest rozwiązaniem skierowanym przede wszystkim do przeciętnie zarabiającego pracownika. Człowiek z pensją 6, 7 czy 8 tys. zł brutto nie dostanie od niej 300 zł miesięcznie. Nie dostanie nawet 20 zł.
Dla niego nic się nie zmieni.
W tym samym czasie pracownik znajdujący się znacznie wyżej w strukturze płac może zyskać do 3600 zł rocznie, a małżeństwo dobrze zarabiających pracowników – nawet 7200 zł.
Dlatego zanim przyjmiemy bez dyskusji hasło o „uldze dla klasy średniej”, warto zadać najprostsze pytanie, jakie istnieje w polityce podatkowej:
klasy średniej, czyli właściwie kogo?
Bo patrząc z perspektywy Tomaszowa Mazowieckiego i lokalnych wynagrodzeń, można odnieść wrażenie, że do rządowej klasy średniej trzeba się najpierw… całkiem wysoko wspiąć.




Napisz komentarz
Komentarze