PAP: Od ilu lat jest ksiądz spowiednikiem?
Ks. Grzegorz Strzelczyk: Prawie od trzydziestu.
PAP: Z perspektywy tych trzydziestu lat...
Ks. G.S.: Niecałych.
PAP: Niecałych. Czy ludzie dziś wciąż tak samo potrzebują spowiedzi? Czy przychodzi ich do konfesjonału wciąż tylu, ilu przychodziło trzydzieści lat temu? A może te kolejki do konfesjonału są dziś krótsze?
Ks. G.S.: Pewnie można tu sięgnąć do badań socjologicznych i precyzyjnie to określić. Ja jako spowiednik mogę jedynie powiedzieć, jak to wygląda w mojej diecezji i moim doświadczeniu. I tu faktycznie widzę - i inni księża też to potwierdzają, że ludzi do spowiedzi przychodzi mniej. Jest ich też po prostu mniej w kościołach. Wyraźne tąpnięcie można było zauważyć w okresie pandemii, po której zakończeniu część wiernych do kościołów nie wróciła. Jest to też wynik procesów sekularyzacyjnych: jest coraz mniej ludzi, którzy mają zaufanie do Kościoła jako instytucji - i to się przekłada bezpośrednio również na sakrament pokuty.
Jest także inna zmiana. Jeszcze kilkanaście lat temu znacznie więcej było ludzi, dla których spowiedź była wyuczonym rytuałem. To osoby, które przychodzą do spowiedzi raczej dla zaspokojenia potrzeby religijnej niż z powodu głębszego przeżycia winy i grzechu i z potrzeby doświadczenia przebaczenia w związku z tym. Kiedyś takich mechanicznych spowiedzi było znacznie więcej, zwłaszcza przed świętami. Jest to moim zdaniem bardzo pozytywny proces.
Coraz częściej spotykam też w konfesjonale osoby, które są do spowiedzi dobrze przygotowane. Te osoby idą nie tyle w stronę zewnętrznego wyliczania grzechów, które popełnili, ale w stronę głębszej refleksji, za co jestem rzeczywiście odpowiedzialny i z czego powinienem się nawrócić. Te pogłębione spowiedzi bardzo cieszą, choć jednocześnie są pewnym wyzwaniem dla spowiednika. Bo taki penitent nie oczekuje jedynie pojednania sakramentalnego, ale często chce także, aby spowiednik towarzyszył mu w procesie nawrócenia.
PAP: Czy w związku z tym ludzie częściej dzisiaj proszą księży o stałe spowiednictwo? Czy szukają osoby, która poprowadzi je dalej i głębiej?
Ks. G.S.: Zdecydowanie tak. Ja w tej chwili towarzyszę dwudziestu czterem osobom, które spowiadają się u mnie regularnie, mniej więcej co cztery tygodnie. I ciągle zgłaszają się kolejne. Tylko w tym tygodniu musiałem odmówić trzem osobom, które prosiły mnie o towarzyszenie duchowe. Niestety, taka posługa wymaga czasu a ja nie jestem w stanie wykroić go więcej. To jest wymagające dla księży, ale z drugiej strony niesamowicie rozwijające, uczy uważności. To naprawdę piękne być świadkiem tego, jak doświadczenie bliskości Boga przemienia kogoś od środka.
PAP: Czy zdaniem księdza ludzie wciąż spowiadają się z tych samych grzechów? A może pojawiły się jakieś zupełnie nowe związane z zagadnieniami, o których wcześniej ludzie nie myśleli w kontekście spowiedzi?
Ks. G.S.: Mamy bardzo wyraźną kategorię nowych grzechów związanych z internetem i rozwojem nowych technologii. 30 lat temu nikt się nie spowiadał z nadużywania mediów społecznościowych czy tracenia czasu na TikToku. Dziś penitenci mówią o tym bardzo często. Niestety nowe technologie stwarzają nowe możliwości grzeszenia. Wzrosła również świadomość odpowiedzialności za dobro wspólne. Dawniej niewiele osób uważało, że grzechem jest wynoszenie czegoś z zakładu pracy. Dziś ludzie się z takich praktyk spowiadają.
PAP: A czy są jakieś grzechy, które dawniej słyszał ksiądz często, a obecnie niemal zniknęły?
Ks. G.S.: Dawniej ludzie traktowali dekalog bardziej zero-jedynkowo. Uważali na przykład, że grzechem jest, jeśli z powodu choroby nie poszli w niedzielę na mszę św. Dziś raczej nikt się z tego nie spowiada. Znacznie rzadziej słyszę też na spowiedzi, że ktoś dał łapówkę. Przypuszczam, że dzieje się tak nie dlatego, że ludzie przestali uważać dawanie łapówek za grzech, tylko faktycznie mniej jest korupcji w społeczeństwie.
PAP: Zdarza się, że penitenci proszą księdza o podpis potwierdzający odbycie spowiedzi? Na przykład przed ślubem albo chrztem dziecka?
Ks. G.S.: W 2016 roku w archidiecezji katowickiej weszło w życie prawo, że nikt nie może wymagać od penitenta potwierdzenia spowiedzi podpisem. Od czas do czasu zdarza się, że o podpis prosi ktoś z innej diecezji - my wtedy od razu wiemy, że ktoś nie jest stąd. Te podpisy to zresztą bardzo problematyczna praktyka. Nasuwa się pytanie, czy ktoś przychodzi do spowiedzi z własnej woli, czy został niejako przymuszony, a więc w pewnym sensie symuluje sakrament - a to jest obłożone karami kanonicznymi. Ponadto, gdyby taki człowiek nie uzyskał rozgrzeszenia, to kartkę ksiądz i tak musi podpisać, bo inaczej to jest pośrednia zdrada tajemnicy spowiedzi. Dlatego odeszliśmy od tej praktyki już 10 lat temu.
PAP: Czy ludzie spowiadają się z odczuwanych emocji?
Ks. G.S.: Tak. Dotykamy tu bardzo delikatnego wątku, ponieważ czym innym jest wina, czym innym jest poczucie winy. O winie mówimy, kiedy człowiek rzeczywiście ponosi odpowiedzialność za czyn, który świadomie popełnił. Natomiast poczucie winy może się pojawić nawet w sytuacji, kiedy tej odpowiedzialności nie ma. Podam przykład: jeśli ktoś prowadzi samochód zgodnie z przepisami, a ktoś wtargnie na jezdnię, zostanie potrącony przez jego samochód i umrze, to ten kierowca prawdopodobnie będzie się zmagał z poczuciem winy, choć to nie on spowodował wypadek. Z drugiej strony bywa, że ktoś ponosi odpowiedzialność moralną za jakieś zło, ale nie czuje się winny. Tak czy owak w sytuacji, kiedy człowiek zaczyna się spowiadać z odczuwanym emocji zadaniem spowiednika, jest uświadomić, że emocje nie podlegają ocenie moralnej. Nie można zgrzeszyć emocjami. Natomiast one mogą wskazywać na obszary życia czy relacje, którym warto się przyjrzeć uważniej.
PAP: Psychologia jest dziś tematem bardzo popularnym. W mediach społecznościowych jest mnóstwo tego typu treści. Czy ludziom czasem spowiedź nie myli się z psychoterapią?
Ks. G.S.: To się rzeczywiście dość często zdarza. Penitenci mają czasem trudność, by odróżnić pracę nad pogłębieniem modlitwy i relacji z Bogiem od pracy nad, na przykład, stabilnością emocjonalną. Tam jest oczywiście szara strefa, w której te dwie sfery życia się przenikają. Bo kiedy się człowiek nawraca i chce na przykład rzadziej kłócić się z żoną, to powinien popracować nad emocjami. A nad tym nie pracuje się z księdzem, tylko z terapeutą. Ale motywacja duchowa mu może bardzo pomóc w terapii.
PAP: Zdarzyło się księdzu odesłać penitenta do psychologa?
Ks. G.S.: Czasami mamy jako księża w konfesjonale sygnały, że osoba powinna zgłosić się do specjalisty i zdiagnozować na przykład w kierunku nerwicy natręctw. To zaburzenie bardzo często manifestuje się w sferze religijnej i przybiera postać niezwykle skrupulatnego wyliczania grzechów. Oczywiście jako ksiądz sam nigdy nie diagnozuję, bo nie mam do tego kompetencji. Co najwyżej delikatnie sugeruję, że może warto skorzystać z pomocy specjalisty.
PAP: Jako osoba świecka mam wrażenie, że w ostatnich latach w pewien sposób zmienił się sposób, w jaki księża mówią o Panu Bogu w homiliach. Coraz więcej jest mówienia o miłosierdziu, a coraz mniej straszenia Bogiem. Czy to jakoś się przekłada na obraz Boga, z którym ludzie przychodzą do spowiedzi?
Ks. G.S.: Wracamy do wątku, od którego zaczęliśmy naszą rozmowę. Ta zmiana jest widoczna najbardziej w tym, że ludzie przychodzą do konfesjonału nie dla spełnienia religijnego obowiązku, ale przychodzą po przebaczenie. Przychodzą do miłosiernego Boga, który się objawił w Chrystusie jako ten, który wyciąga człowieka z grzechu. To naprawdę piękna zmiana.(PAP)




Napisz komentarz
Komentarze