To jeszcze nie ustawa, ale polityczna deklaracja jest już bardzo konkretna. Premier Donald Tusk i minister finansów i gospodarki Andrzej Domański zapowiedzieli w środę, 19 sierpnia, że od 2027 roku skala PIT miałaby mieć trzy stawki: 12, 24 i 32 proc. Pierwszy próg zostałby przesunięty do 130 tys. zł, stawka 24 proc. obowiązywałaby dla nadwyżki między 130 a 150 tys. zł, a dopiero dochody powyżej 150 tys. zł byłyby opodatkowane stawką 32 proc. Rząd szacuje, że odsetek podatników wpadających w najwyższą stawkę spadłby z przewidywanych 14 do 7,2 proc.
Nie każdy dostanie więcej. Granicą jest 120 tysięcy
W politycznych komunikatach najlepiej brzmi liczba 3,5 mln podatników, którzy mają skorzystać na reformie. Warto jednak zajrzeć pod maskę tego podatkowego samochodu.
Obecnie podatnik rozliczający się według skali płaci 12 proc. do 120 tys. zł podstawy opodatkowania, z uwzględnieniem kwoty zmniejszającej podatek wynoszącej 3600 zł. Od nadwyżki ponad 120 tys. zł obowiązuje stawka 32 proc.
Jeżeli więc ktoś ma dochód do opodatkowania niższy niż 120 tys. zł rocznie, samo przesunięcie progów niczego w jego podatku nie zmieni.
Nie będzie 50, 100 ani 300 zł miesięcznie więcej. Korzyść wyniesie dokładnie zero.
To istotne także z punktu widzenia mieszkańców Tomaszowa Mazowieckiego i powiatu tomaszowskiego. Zamiast patrzeć wyłącznie na ogólnopolskie hasło o milionach beneficjentów, warto najpierw zajrzeć do własnego PIT-u. Reforma skierowana jest przede wszystkim do osób, które już dziś przekraczają granicę pierwszego progu albo są bardzo blisko niej.
Ile naprawdę można zyskać?
Matematyka jest tu stosunkowo prosta. Przyjmijmy dla porównania roczny dochód stanowiący podstawę opodatkowania, bez uwzględniania dodatkowych ulg, wspólnego rozliczenia małżonków czy innych indywidualnych preferencji.
Przy dochodzie 120 tys. zł – zysk wyniesie 0 zł.
Przy dochodzie 125 tys. zł – około 1000 zł rocznie, czyli średnio 83 zł miesięcznie.
Przy dochodzie 130 tys. zł – około 2000 zł rocznie, czyli 167 zł miesięcznie.
Przy dochodzie 140 tys. zł – około 2800 zł rocznie, czyli 233 zł miesięcznie.
Przy dochodzie 150 tys. zł i więcej maksymalna korzyść osiągnie 3600 zł rocznie, czyli średnio 300 zł miesięcznie.
Taką maksymalną wartość reformy potwierdza również Ministerstwo Finansów.
Trzeba przy tym uważać na bardzo częsty błąd: dochód do opodatkowania nie jest tym samym co pensja brutto. W przypadku pracownika etatowego od wynagrodzenia odejmowane są m.in. składki społeczne i koszty uzyskania przychodu.
Doradczyni podatkowa Grant Thornton Małgorzata Samborska, cytowana przez PAP, wyliczyła, że przy wynagrodzeniu około 12 tys. zł brutto miesięcznie korzyść może wynieść zaledwie około 20 zł miesięcznie. Przy 13 tys. zł brutto robi się z tego około 180 zł miesięcznie, natomiast pełne 3600 zł rocznie można osiągnąć przy wynagrodzeniu wynoszącym około 14,8 tys. zł brutto miesięcznie.
To pokazuje skalę reformy znacznie lepiej niż polityczne slogany. Dla jednych będzie to niezauważalna kwota. Dla innych dodatkowe 200–300 zł miesięcznie. Dla bardzo dużej części podatników – nic.
Po co stawka 24 procent?
Nowa stawka ma przede wszystkim złagodzić gwałtowny skok, jaki występuje w dzisiejszym systemie.
Obecnie po przekroczeniu 120 tys. zł stawka dotycząca nadwyżki natychmiast rośnie z 12 do 32 proc. W nowym systemie pomiędzy nimi pojawiłby się dodatkowy „schodek” – 24 proc. dla dochodów od 130 do 150 tys. zł.
To rozwiązanie rzeczywiście ogranicza podatkową przepaść między pierwszym a drugim progiem. Szczególne znaczenie ma w czasach szybko rosnących wynagrodzeń. Ministerstwo Finansów podaje, że między 2023 a 2026 rokiem przeciętne wynagrodzenia wzrosły nominalnie o 31 proc., a realnie – po uwzględnieniu inflacji – o 19 proc. Niewaloryzowany próg podatkowy powodował więc, że coraz więcej osób wchodziło w stawkę 32 proc. nie dlatego, że nagle stały się ludźmi bardzo zamożnymi, ale również wskutek wzrostu nominalnych płac.
Jest ulga, musi być rachunek. Duże firmy z CIT-em 22 procent
Rząd nie zamierza jednak finansować reformy większym deficytem. Według Andrzeja Domańskiego cały pakiet ma być dla finansów publicznych mniej więcej neutralny.
Najważniejszą zmianą po stronie nowych obciążeń ma być podwyższenie CIT z 19 do 22 proc. dla przedsiębiorstw osiągających ponad 50 mln euro rocznych przychodów oraz podatkowych grup kapitałowych.
To ważne rozróżnienie: próg 50 mln euro dotyczy przychodów przedsiębiorstwa, ale sama stawka CIT naliczana jest od dochodu podatkowego, a nie od całego obrotu.
Jeżeli więc duże przedsiębiorstwo osiągnęłoby przykładowo 100 mln zł dochodu podlegającego CIT, przy stawce 19 proc. podatek wynosiłby 19 mln zł. Przy 22 proc. byłoby to 22 mln zł. Różnica: 3 mln zł.
Analitycy Trigon DM, cytowani przez PAP, ocenili, że wyższy CIT może dotyczyć około dwóch trzecich spółek wchodzących w skład indeksu WIG, a teoretyczny wpływ na ich wyceny może sięgnąć kilku procent.
To już pokazuje drugi wymiar reformy. Rząd przesuwa część obciążeń z lepiej zarabiających pracowników na duży biznes. Dla gospodarstw domowych może oznaczać więcej pieniędzy pozostających do dyspozycji, dla części przedsiębiorstw – niższe zyski netto, mniejsze możliwości inwestowania albo presję na ograniczanie kosztów.
Więcej zapłacą także osoby z dochodami powyżej miliona
Zmienić ma się również danina solidarnościowa. Dziś jej stawka wynosi 4 proc. od podstawy przekraczającej 1 mln zł. Rząd chce podnieść ją do 5 proc.
W praktyce człowiek osiągający podstawę objętą daniną w wysokości 2 mln zł płaci ją od miliona złotych nadwyżki. Przy 4 proc. jest to 40 tys. zł. Po zmianie byłoby 50 tys. zł.
Dodatkowe obciążenie wyniosłoby więc 10 tys. zł.
Rewolucja dla ryczałtowców może być znacznie większa niż dla pracowników
Znacznie mniej medialnym, a dla wielu przedsiębiorców potencjalnie bardzo istotnym elementem pakietu jest planowane ograniczenie dostępu do ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych.
Obecnie limit przychodów pozwalający korzystać z tej formy opodatkowania wynosi 2 mln euro. Dla rozliczeń w 2026 roku odpowiada to 8 517 200 zł. (Podatki)
Rząd chce wrócić do limitu 250 tys. euro.
To ośmiokrotne zmniejszenie limitu wyrażonego w euro.
I właśnie ten element pakietu może stać się jednym z najgorętszych punktów przyszłej debaty. W Tomaszowie Mazowieckim, podobnie jak w całej Polsce, ryczałt jest popularną formą opodatkowania małych i średnich działalności usługowych. Przedsiębiorca może więc usłyszeć w telewizji o „obniżce podatków”, a po dokładnym przeliczeniu własnej działalności stwierdzić, że dla niego reforma oznacza coś zupełnie odwrotnego.
A gdzie obiecane 60 tysięcy kwoty wolnej?
I tutaj dochodzimy do politycznie najbardziej drażliwego punktu.
Jedną ze sztandarowych obietnic Koalicji Obywatelskiej z kampanii parlamentarnej 2023 roku było zwiększenie kwoty wolnej od podatku z 30 do 60 tys. zł.
Tego rozwiązania w zaprezentowanym pakiecie nie ma.
Donald Tusk przyznał 19 sierpnia, że przy obecnej skali wydatków na obronność realizacja podwyżki kwoty wolnej w perspektywie najbliższego półtora roku nie jest możliwa.
Ministerstwo Finansów wyliczyło wcześniej, że podniesienie kwoty wolnej do 60 tys. zł kosztowałoby sektor finansów publicznych w 2027 roku około 58,7 mld zł.
I tu ujawnia się fundamentalna różnica między obiema koncepcjami.
Podniesienie progu PIT pomaga osobom lepiej zarabiającym. Podniesienie kwoty wolnej pomagałoby znacznie szerszej grupie podatników, także tym o znacznie niższych dochodach.
Przy podwojeniu kwoty wolnej z 30 do 60 tys. zł maksymalna korzyść również wyniosłaby 3600 zł rocznie. Tyle że pełną korzyść mógłby osiągnąć podatnik z dochodem na poziomie co najmniej 60 tys. zł, a nie dopiero osoba znajdująca się w okolicach obecnego drugiego progu.
To politycznie zasadnicza różnica.
Ekonomiści: fiskalnie neutralne, dla gospodarki bez rewolucji
Główny ekonomista PKO BP Piotr Bujak, cytowany przez PAP, ocenił fiskalny efekt reformy jako mniej więcej neutralny. Jego zdaniem może ona w niewielkim stopniu wesprzeć konsumpcję i perspektywy wzrostu gospodarczego.
Podobnie patrzą na pakiet ekonomiści mBanku. Według ich oceny wyższy CIT dla największych firm w znacznym stopniu neutralizuje koszt zmian w PIT, dlatego makroekonomiczny wpływ reformy powinien być ograniczony.
Analitycy Erste Bank Polska oszacowali koszt reformy PIT na około 10 mld zł, zwracając jednocześnie uwagę, że propozycja nie zwiększa wprost deficytu, ponieważ rząd wskazuje źródła finansowania nowych ulg.
Bardziej sceptycznie patrzy na to przewodniczący Rady Fiskalnej Sławomir Dudek. W komentarzu przytoczonym przez PAP zwrócił uwagę, że neutralność pakietu jest lepsza niż tworzenie kolejnych obietnic bez źródeł finansowania, ale z perspektywy koniecznego uzdrawiania finansów publicznych nie oznacza realnej poprawy: dodatkowe dochody państwa zostają od razu przeznaczone na nowe ulgi.
Polityczny spór dopiero się zaczyna
Rządzący przedstawiają reformę jako ulgę dla klasy średniej. Opozycja odpowiada, że jest to „obniżka przez podwyżkę”, ponieważ niższemu PIT dla jednej grupy towarzyszą wyższe obciążenia innych.
Rzecznik PiS Rafał Bochenek przypomniał postulat podwyższenia kwoty wolnej do 60 tys. zł oraz propozycję PiS dotyczącą przesunięcia progu PIT aż do 180 tys. zł. Z kolei szef gabinetu prezydenta Paweł Szefernaker argumentował, że dodatkowa stawka 24 proc. zamiast upraszczać system, jeszcze bardziej go komplikuje.
Z drugiej strony przedstawiciele koalicji rządzącej przekonują, że rozwiązanie obejmie m.in. część nauczycieli, ratowników, urzędników, specjalistów i innych pracowników, których wynagrodzenia w ostatnich latach zaczęły zbliżać się do drugiego progu.
Ostatecznie jednak o wszystkim zdecyduje treść projektu ustawy, później parlament, a następnie prezydent Karol Nawrocki.
Na razie mamy więc dopiero zapowiedź reformy, choć bardzo szczegółową. Obecne zasady pozostają w mocy, a do wprowadzenia nowych stawek konieczna będzie nowelizacja m.in. ustawy z 26 lipca 1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz przepisów dotyczących CIT i ryczałtu.
Podatkowa kołdra nie stała się większa
Nowy pakiet ma jedną zasadniczą cechę: rząd nie doszywa do podatkowej kołdry nowego materiału, tylko próbuje przeciągnąć ją z jednej strony na drugą.
3,5 mln podatników ma zapłacić mniej PIT. Duże przedsiębiorstwa mają zapłacić wyższy CIT. Osoby osiągające ponad milion złotych dochodu – wyższą daninę solidarnościową. Część przedsiębiorców może stracić możliwość korzystania z ryczałtu.
A kwota wolna w wysokości 60 tys. zł, która miała być jednym z symboli realizacji wyborczych „100 konkretów”, ponownie odsuwa się za horyzont.
Dlatego pytanie nie brzmi już tylko: „czy podatki spadną?”
Znacznie trafniejsze jest inne:
komu spadną, komu wzrosną i kto ostatecznie zapłaci rachunek?




Napisz komentarz
Komentarze