Data nie została wybrana przypadkowo. 19 sierpnia 2003 roku zamach bombowy na siedzibę ONZ w hotelu Canal w Bagdadzie zabił 22 pracowników misji humanitarnej, wśród nich Sérgio Vieirę de Mello, specjalnego przedstawiciela sekretarza generalnego ONZ w Iraku. Pięć lat później Zgromadzenie Ogólne ONZ ustanowiło Światowy Dzień Pomocy Humanitarnej.
Pomaganie stało się niebezpieczniejsze
Statystyki brzmią jak bilans wojenny. W 2025 roku w 21 państwach zginęło co najmniej 326 pracowników humanitarnych. W ciągu trzech lat liczba zabitych przekroczyła tysiąc. Najwięcej ofiar odnotowano w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu, Sudanie, Sudanie Południowym, Ukrainie i Demokratycznej Republice Konga.
A przecież za określeniem „pracownik humanitarny” nie zawsze stoi człowiek w kamizelce z wielkim logo ONZ. To także lekarz, kierowca ciężarówki, logistyk, tłumacz, ratownik czy miejscowy wolontariusz. Ludzie, którzy próbują dostarczyć insulinę, wodę albo worek mąki tam, gdzie mapa świata zamieniła się w mapę frontów.
Potrzeby są ogromne. Według danych ONZ pod koniec maja 2026 roku ponad 252 miliony ludzi potrzebowało pilnej pomocy humanitarnej i ochrony. Organizacje humanitarne planowały objąć wsparciem ponad 143 miliony osób.
Zwykła przyzwoitość w niezwykłych czasach
Albert Camus w „Dżumie” pokazywał ludzi, którzy wobec nieszczęścia nie wygłaszają wielkich deklaracji — po prostu robią to, co trzeba. Właśnie na tym polega pomoc humanitarna.
Nie pyta o narodowość, religię ani poglądy. Pyta: czego potrzebujesz, żeby przeżyć?
Światowy Dzień Pomocy Humanitarnej przypomina więc nie tylko o bohaterstwie. Przypomina również o granicy, której wojna nie powinna przekraczać. Człowiek niosący wodę, lekarstwa i ratunek nie może stawać się celem. To nie kwestia dobrej woli, ale również zasada międzynarodowego prawa humanitarnego.




Napisz komentarz
Komentarze