Jeszcze w 2019 roku symboliczny „dzień wolności” przypadał 20 czerwca. W 2023 roku przesunął się na 19 lipca, w 2024 roku na 3 sierpnia, a w 2025 roku – po ostatecznej korekcie – na 13 sierpnia. Prognoza dla 2026 roku wskazuje już 18 sierpnia. Instytut Misesa interpretuje tę zmianę jako obraz coraz większego udziału państwa w podziale zasobów wytwarzanych przez sektor prywatny.
Co właściwie oznacza te 229 dni?
Nazwa działa na wyobraźnię, ale wymaga wyjaśnienia. Nie oznacza, że konkretny pracownik albo przedsiębiorca do 17 sierpnia oddaje państwu całe swoje wynagrodzenie, a dopiero później zaczyna zarabiać dla siebie.
Dzień Wolności Sektora Prywatnego jest skonstruowanym przez Instytut Misesa wskaźnikiem, który zestawia skorygowane wydatki publiczne z wartością produkcji sektora prywatnego. Instytut uwzględnia przy tym nie tylko podatki, ale wszystkie wydatki sektora publicznego – również te finansowane deficytem. Sam autor określa wskaźnik jako przystępną syntezę skali redystrybucji.
Trzeba więc odróżnić go od klasycznego „dnia wolności podatkowej”. To raczej publicystyczno-ekonomiczny barometr wielkości państwa, przygotowany przez ośrodek jednoznacznie odwołujący się do tradycji liberalnej i austriackiej szkoły ekonomii. Nie jest oficjalnym wskaźnikiem GUS, Eurostatu czy Ministerstwa Finansów.
Ale dane, na których opiera się dyskusja, trudno zignorować.
Państwo wydaje już prawie połowę tego, co wytwarza gospodarka
Według danych Eurostatu wydatki sektora instytucji rządowych i samorządowych w Polsce stanowiły w 2019 roku 41,4 proc. PKB, a w 2024 roku 49,4 proc. PKB. Dla całej Unii Europejskiej wskaźnik w 2024 roku wynosił 49,1 proc. Polska znalazła się więc nieznacznie powyżej unijnej średniej.
W ciągu zaledwie pięciu lat skala wydatków publicznych w relacji do gospodarki wzrosła zatem o 8 punktów procentowych.
Instytut Misesa zwraca uwagę, że nie da się tego wzrostu wyjaśnić wyłącznie wojną w Ukrainie i koniecznością zwiększenia wydatków obronnych. Według raportu większe znaczenie miały łącznie również wydatki społeczne, zdrowotne, gospodarcze i koszty funkcjonowania państwa.
I właśnie tutaj zaczyna się najważniejsza dyskusja. Nie o tym, czy państwo ma wydawać pieniądze – bo musi. Pytanie brzmi: ile może wydawać, zanim rachunek zacznie ograniczać rozwój tych, którzy finansują cały system?
Dług przekroczył próg 60 procent PKB
Niepokój podsycają oficjalne dane Ministerstwa Finansów.
Na koniec pierwszego kwartału 2026 roku państwowy dług publiczny liczony według krajowej metodologii wyniósł 2,008 bln zł, czyli 50,6 proc. PKB. Znacznie wyższy jest jednak dług sektora instytucji rządowych i samorządowych liczony według metodologii unijnej EDP: 2,444 bln zł, czyli 61,6 proc. PKB.
Różnica pomiędzy obiema wartościami przekracza 436 mld zł.
Skąd się bierze? Między innymi z zadłużenia funduszy pozostających poza klasycznie rozumianym państwowym długiem publicznym. Ministerstwo Finansów wskazuje m.in. na Fundusz Przeciwdziałania COVID-19, Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych czy Krajowy Fundusz Drogowy.
To właśnie dlatego patrzenie wyłącznie na jedną definicję długu może przypominać ocenianie domowego budżetu po stanie jednego rachunku bankowego, podczas gdy część kredytów leży w innej szufladzie.
Mniej prywatnych inwestycji – i tu zapala się czerwona lampka
Raport Instytutu Misesa mocno akcentuje jeszcze jeden problem: słabość inwestycji prywatnych. Oficjalne statystyki GUS rzeczywiście pozwalają analizować nakłady inwestycyjne oddzielnie dla sektora publicznego i prywatnego, a dane za ostatnie lata pokazują, że poziom inwestycji pozostaje jednym ze słabszych punktów polskiej gospodarki.
To szczególnie istotne z punktu widzenia miast takich jak Tomaszów Mazowiecki i całego powiatu tomaszowskiego. Wielkie programy państwowe są medialne, ale codzienną gospodarkę tworzą również małe sklepy, firmy transportowe, zakłady produkcyjne, warsztaty, usługi, gastronomia i jednoosobowe działalności. To właśnie prywatne firmy podejmują decyzje, czy kupić kolejną maszynę, zatrudnić pracownika, wyremontować lokal albo zaryzykować otwarcie następnego punktu.
Jeżeli coraz większa część dochodu gospodarki jest kierowana do sektora publicznego, kluczowym pytaniem staje się nie tylko wysokość podatków, lecz także efektywność wydawania pieniędzy przez państwo i samorządy.
Bo wydatek publiczny sam w sobie nie jest przecież stratą. Za podatki powstają drogi, szkoły, szpitale, policja, wojsko i infrastruktura. Problem zaczyna się wtedy, gdy rosnącym nakładom nie towarzyszy poprawa jakości usług albo gdy wydatki finansuje się coraz większym zadłużeniem.
18 sierpnia jest ostrzeżeniem, nie magiczną datą
Warto też sprostować jedno uproszczenie obecne w materiałach promujących raport. Data 18 sierpnia 2026 roku jest prognozą, wyliczoną w oparciu o planowane wydatki. Instytut zapowiada opublikowanie ostatecznej daty dopiero w kwietniu 2027 roku, gdy dostępne będą pełniejsze dane. (dzienwolnosci.pl)
Nie zmienia to jednak kierunku, który pokazują wcześniejsze lata.
Od 2019 roku symboliczna granica przesunęła się z czerwca głęboko w sierpień. Równocześnie oficjalne dane Eurostatu potwierdzają bardzo wyraźny wzrost udziału wydatków publicznych w polskim PKB, a Ministerstwo Finansów pokazuje przekroczenie przez dług liczony metodologią unijną poziomu 60 proc. PKB.
I być może właśnie tak należy czytać tegoroczny Dzień Wolności Sektora Prywatnego. Nie jako dowód, że przez 229 dni każdy z nas „pracuje za darmo dla państwa”, bo byłoby to zbyt daleko idące uproszczenie. Raczej jako prowokacyjne pytanie o granice państwowych wydatków, zadłużenia i redystrybucji.
Bo państwo nie ma własnych pieniędzy w tym sensie, w jakim ma je przedsiębiorca czy gospodarstwo domowe. Każda złotówka jego wydatków pochodzi ostatecznie z podatków, składek, opłat albo długu, który kiedyś również trzeba będzie obsłużyć.
A gdy symboliczny licznik zatrzymuje się dopiero w drugiej połowie sierpnia, warto przynajmniej zapytać, czy za tę cenę otrzymujemy państwo równie sprawne, jak drogie




Napisz komentarz
Komentarze