Samorząd powinien być miejscem sporu. Czasem ostrego, czasem brutalnego, lecz jednak dotyczącego spraw publicznych. Budżetu, ochrony zdrowia, edukacji, transportu i inwestycji. Tymczasem w powiecie tomaszowskim polityka coraz bardziej przypomina kiepski serial sądowy, w którym co kilka tygodni zmienia się nazwisko oskarżonego, ale scenariusz pozostaje ten sam.
Kolejny radny albo członek zarządu ma zostać postawiony pod ścianą. Kolejny mandat ma być analizowany, podważany lub wygaszany. Kolejna osoba ma tłumaczyć się nie z tego, co zrobiła dla mieszkańców, lecz z konstrukcji prawnej stworzonej przez jej politycznych przeciwników.
To już nie wygląda jak troska o praworządność. Coraz bardziej przypomina próbę odzyskiwania utraconej władzy metodami administracyjnymi.
Od Sochy do Wojciechowskiej
Sprawa Pauliny Sochy miała realny i poważny kontekst prawny. Dotyczyła zatrudnienia radnej w Tomaszowskim Centrum Zdrowia oraz przepisów antykorupcyjnych związanych z działalnością wykorzystującą mienie powiatu. Łódzki Urząd Wojewódzki prowadził w tej sprawie postępowanie i żądał kolejnych dokumentów. Nie była to więc wyłącznie polityczna plotka rzucona na korytarzu starostwa.
Problem polega jednak na tym, że od tamtego czasu mechanizm badania mandatów zaczął być wykorzystywany niemal seryjnie.
Pojawiła się próba zakwestionowania mandatu Mariusza Strzępka, następnie sprawy dotyczące Leszka Ogórka i Jarosława Batorskiego. Teraz polityczny reflektor skierowano na Martynę Wojciechowską, Dariusza Kowalczyka i Rafała Wolniewicza.
Przypadek Martyny Wojciechowskiej jest szczególnie znamienny. Wojewoda łódzki przedstawiła swoje stanowisko jeszcze zanim sprawą formalnie zajęła się Rada Powiatu. Jeżeli organ nadzoru, dysponujący prawnikami, dokumentami oraz doświadczeniem w kontroli samorządów, nie dostrzega podstaw do wygaszenia mandatu, to forsowanie całej operacji przed radą zaczyna wyglądać nie jak wykonywanie prawa, ale jak polityczne przedstawienie.
Przedstawienie, w którym wyrok ma zostać napisany przed rozpoczęciem procesu.
Prawo nie jest cepem
Przepisy dotyczące wygaszania mandatów istnieją po to, by chronić samorząd przed konfliktami interesów, korupcją i wykorzystywaniem funkcji publicznych do prywatnych celów. Nie zostały jednak stworzone jako narzędzie do usuwania przeciwników politycznych.
Artykuł 25b ustawy o samorządzie powiatowym zabrania radnemu prowadzenia lub zarządzania działalnością gospodarczą wykorzystującą mienie powiatu, w którym uzyskał mandat. Zakaz obejmuje także występowanie jako przedstawiciel lub pełnomocnik takiej działalności.
Z kolei art. 383 Kodeksu wyborczego przewiduje wygaśnięcie mandatu między innymi w przypadku naruszenia ustawowego zakazu łączenia mandatu z określoną funkcją lub działalnością. Decyzję podejmuje rada, ale wcześniej zainteresowanemu radnemu trzeba umożliwić złożenie wyjaśnień. Uchwała może zostać zaskarżona do sądu administracyjnego.
To procedura o najpoważniejszych konsekwencjach. Nie jest polityczną interpelacją, którą można napisać w godzinę, opublikować w internecie, a później wzruszyć ramionami.
Mandat radnego pochodzi od wyborców. Wygaszenie go powinno być ostatecznością opartą na faktach, dokumentach i jednoznacznym naruszeniu prawa. Sądy administracyjne podkreślają, że przed stwierdzeniem wygaśnięcia mandatu konieczne jest staranne i niebudzące wątpliwości ustalenie, czy doszło do złamania zakazu.
Nie wystarczy niechęć. Nie wystarczy sugestia. Nie wystarczy polityczne zamówienie.
Kto pisze scenariusz?
W środowisku samorządowym coraz częściej pojawia się nazwisko Piotra Kucharskiego. Czy to on stoi za kolejnymi próbami podważania mandatów? Czy jest autorem prawnej i politycznej strategii, która ma destabilizować nową większość? Czy też jego rola jest wyolbrzymiana przez przeciwników?
Te pytania wymagają jasnej odpowiedzi.
Jeżeli Piotr Kucharski nie ma nic wspólnego z przygotowywaniem kolejnych wniosków, powinien powiedzieć to publicznie. Jeżeli natomiast inspiruje lub koordynuje te działania, mieszkańcy mają prawo wiedzieć, dlaczego zamiast programu dla powiatu otrzymują kolejne batalie o mandaty.
Nie można prowadzić polityki zza kulis, wystawiać kolejnych aktorów na scenę, a samemu udawać przypadkowego widza siedzącego w ostatnim rzędzie.
Ludzie Antoniego Macierewicza nie pogodzili się z utratą władzy
Tomaszowskie Prawo i Sprawiedliwość przez lata funkcjonowało pod silnym wpływem środowiska Antoniego Macierewicza. Stanowiska, rekomendacje, miejsca na listach i decyzje personalne tworzyły system, w którym lojalność wobec partyjnego centrum nierzadko znaczyła więcej niż samodzielność lokalnego działacza.
Po utracie kontroli nad powiatem część tego środowiska najwyraźniej nie potrafi przyjąć do wiadomości, że w demokracji władzę czasem się traci.
Można wtedy przygotować lepszy program, przekonać mieszkańców i wygrać następne wybory. Można też zachować się jak bohaterowie „Upadku” Camusa: obrazić się na rzeczywistość i próbować udowodnić, że skoro nie można nią rządzić, należy ją oskarżyć.
Zamiast odejścia z godnością widzimy więc agresywne zwalczanie następców, próby podważania mandatów i budowanie atmosfery permanentnego kryzysu. Powiat ma wyglądać jak instytucja niezdolna do działania. Każdy ma podejrzewać każdego. Każda decyzja ma być kwestionowana, a każda osoba pełniąca funkcję publiczną – przedstawiana jako potencjalny przestępca albo oszust.
To klasyczna polityka spalonej ziemi: skoro nie my rządzimy, niech nikt nie będzie w stanie rządzić spokojnie.
KO wtóruje PiS
Szczególnie niezrozumiała jest postawa części radnych Koalicji Obywatelskiej. Formacja, która na poziomie krajowym przez lata oskarżała PiS o instrumentalne wykorzystywanie instytucji państwa, w Tomaszowie zdaje się momentami przyłączać do podobnej metody walki.
Zamiast postawić granicę i powiedzieć: sprawdzajmy rzeczywiste naruszenia, ale nie urządzajmy politycznych polowań, część radnych KO pomaga nakręcać spiralę podejrzeń.
Być może liczą na doraźną korzyść. Na osłabienie konkurentów. Na przetasowanie stanowisk. Na kilka głosów więcej przy następnym wyborze członków zarządu.
Historia samorządu uczy jednak, że kto pomaga rozpędzić machinę politycznych donosów, prędzej czy później sam może znaleźć się pod jej kołami.
Powiat nie jest prywatnym folwarkiem przegranych działaczy
Mieszkańcy nie wybierali radnych po to, żeby przez kolejne miesiące oglądać przedstawienie pod tytułem „Komu dziś wygasimy mandat?”. Nie po to płacą podatki i utrzymują administrację samorządową.
W powiecie są problemy znacznie poważniejsze: sytuacja Tomaszowskiego Centrum Zdrowia, stan dróg, finansowanie szkół, dostępność transportu, starzenie się mieszkańców, odpływ młodych ludzi i rosnące koszty funkcjonowania jednostek publicznych.
Tymczasem energia części radnych zużywana jest na produkowanie kolejnych konfliktów.
Prawo trzeba stosować stanowczo tam, gdzie rzeczywiście zostało naruszone. Nie wolno jednak zmieniać go w polityczny młotek, którym próbuje się rozbić każdą osobę stojącą po drugiej stronie sali obrad.
Dziś pytanie nie brzmi już wyłącznie, czy mandat Martyny Wojciechowskiej, Dariusza Kowalczyka albo Rafała Wolniewicza zostanie zakwestionowany. Pytanie brzmi: kto zatrzyma ludzi, którzy chcą zamienić tomaszowski samorząd w pole niekończącej się wojny?
Jeżeli radni PiS mają dowody naruszenia prawa, powinni je przedstawić – precyzyjnie, publicznie i z pełną odpowiedzialnością za wypowiadane słowa. Jeżeli ich nie mają, powinni zakończyć spektakl.
Samorząd to nie partyjna własność. Mandaty nie należą do Antoniego Macierewicza, Piotra Kucharskiego, PiS, KO ani jakiegokolwiek lokalnego układu. Należą do mieszkańców, którzy powierzyli je konkretnym osobom w demokratycznych wyborach.
I tylko naprawdę poważne, jednoznacznie udowodnione naruszenie prawa może uzasadniać odebranie im tej decyzji.



Napisz komentarz
Komentarze