Kamera. Mikrofon. Stół. Starosta. Członek zarządu. Dyrektor. Światła. Nagrywamy.
Konferencja numer 147.
Numer oczywiście umowny. Równie dobrze mogłaby to być konferencja 83., 126. albo 211. Po pewnym czasie naprawdę trudno było je od siebie odróżnić. Zmieniał się dzień, temat, czasem człowiek stojący przed kamerą. Scenariusz pozostawał znajomy: powiat działa, powiat buduje, powiat pozyskuje, powiat organizuje. Starosta mówi. Kamera nagrywa.
I tylko jednej rzeczy zazwyczaj w kadrze nie było.
Faktury.
A szkoda, bo to ona może się okazać jednym z najciekawszych bohaterów całego przedstawienia.
W oficjalnej odpowiedzi Starostwa dotyczącej współpracy z mediami w 2024 roku zapisano, że TELE TEAM Janusza Pająka otrzymywał 7 380 zł brutto miesięcznie za nagrywanie i emisję „Otwartego Powiatu” oraz programów promocyjnych. W całym roku zawarto trzy umowy na łączną kwotę 69 372 zł brutto.
Tylko jeden rok. Tylko Starostwo. Tylko jedno medium.
Jeszcze ciekawsza jest umowa z 2020 roku zawarta pomiędzy Powiatem Tomaszowskim, reprezentowanym przez ówczesnego starostę Mariusza Węgrzynowskiego i Elżbietę Łojszczyk, a Januszem Pająkiem. Jeśli Powiat zgłaszał zastrzeżenia do nagrania, wykonawca miał je poprawić zgodnie z uwagami zamawiającego.
I wszystko jest w porządku, jeżeli nazywamy rzeczy po imieniu.
To była relacja zamawiający – wykonawca.
Urząd zamawiał usługę promocyjną. Wykonawca ją realizował. Powiat mógł zgłaszać uwagi. Wykonawca poprawiał materiał. Potem przychodziła faktura.
Problem pojawia się wtedy, gdy taki model zaczyna być przedstawiany odbiorcy jako coś, co ma niewiele wspólnego z promocją, a bardzo wiele z niezależnym dziennikarstwem.
Bo dziennikarz patrzy władzy na ręce. Wykonawca realizuje zamówienie władzy. To nie jest różnica semantyczna. To różnica fundamentalna.
Źródełko wyschło. I wtedy zrobiło się nerwowo
W 2026 roku Starostwo – zgodnie z oficjalną odpowiedzią – nie zawarło żadnych umów promocyjnych z mediami.
I wydarzył się cud.
Powiat nadal istnieje.
Drogi się nie rozpłynęły, szkoły działają, Zarząd podejmuje decyzje, Rada Powiatu obraduje, a mieszkańcy nadal dowiadują się, co dzieje się w urzędzie.
Tyle że publiczne źródełko wyschło.
W przypadku samego TELE TEAM punktem odniesienia pozostaje 69 372 zł w 2024 roku. Do policzenia pozostają wcześniejsze lata oraz ewentualne pieniądze jednostek i spółek powiatowych.
I właśnie w tym miejscu historia robi się znacznie ciekawsza.
Z relacji docierających do mnie od przedstawicieli obecnych władz powiatu wynika, że po zakończeniu wcześniejszego modelu finansowania miały pojawić się próby wywierania presji, mające prowadzić do powrotu do odpłatnej współpracy.
To bardzo poważna sprawa.
Dlatego nie napiszę dzisiaj, że ktokolwiek kogokolwiek szantażował czy mu groził. Takich słów bez twardych dowodów używać nie wolno.
Ale jeżeli członkowie Zarządu mówią o presji i naciskach, to sprawy nie można zamieść pod dywan.
Trzeba zapytać publicznie:
Czy przedstawiciele Tele Team zabiegali o przywrócenie finansowania? Jak wyglądały te rozmowy? Czy po odmowie zmienił się sposób przedstawiania obecnych władz powiatu? Czy krytyczne materiały pojawiały się w związku czasowym z odmową zawarcia kolejnych umów?
A przede wszystkim: czy można wykazać związek pomiędzy pieniędzmi, których już nie ma, a medialną ofensywą, która pojawiła się później?
Nie znam jeszcze odpowiedzi.
Ale właśnie od zadawania takich pytań powinno być dziennikarstwo.
Mikrofon zamiast dziennikarstwa
I tu dochodzimy do kolejnego problemu.
W obecnych programach Tele Team regularnie pojawiają się lokalni politycy, między innymi Kazimierz Mordaka i Piotr Kucharski. Padają mocne oceny innych ludzi, zarzuty, oskarżenia i polityczne diagnozy, także takie ordynarne, pomówienia i oszczerstwa. Nikt wypowiedzianych słów nie weryfikuje
Można oczywiście zapraszać Mordakę. Można zapraszać Kucharskiego. Można zapraszać każdego.
Problem nie polega na tym, kto siedzi przed kamerą.
Problem polega na tym, co robi człowiek siedzący po drugiej stronie mikrofonu.
Bo wywiad dziennikarski nie polega na stworzeniu gościowi wygodnego fotela i umożliwieniu mu wygłoszenia kilkunastominutowego monologu.
Prowadzący powinien pytać:
Skąd pan to wie?
Jakie ma pan dowody?
Czy sprawdził pan te informacje?
Co na to osoba, którą pan właśnie oskarża?
Czy próbowaliśmy uzyskać jej stanowisko?
To są elementarne pytania. Dziennikarskie ABC.
Jeżeli ich brakuje, mikrofon przestaje być narzędziem dziennikarza.
Staje się mównicą.
A program zamiast wywiadu zaczyna przypominać miejsce, w którym zaproszony polityk może powiedzieć niemal wszystko o wybranym przeciwniku, wiedząc, że po drugiej stronie nie siedzi ktoś gotowy skonfrontować go z faktami. A może zwyczajnie... głupi
Trudno w takim modelu dopatrzyć się profesjonalnego dziennikarstwa.
Profesjonalizm nie polega na ustawieniu kamery, przypięciu mikrofonu i zadaniu pytania: „Co pan o tym sądzi?”.
To potrafi zrobić każdy.
Profesjonalizm zaczyna się po odpowiedzi.
Od pytania drugiego. Od dopytania. Od sprawdzenia faktów. Od skonfrontowania rozmówcy z niewygodną informacją. Od telefonu do człowieka, którego właśnie publicznie zaatakowano.
Jeżeli tego nie ma, otrzymujemy nie dziennikarstwo, lecz studio do wygłaszania cudzych opinii.
Jedna strona mówi. Druga nawet nie wie, że jest sądzona
Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego.
Jeżeli w programie padają zarzuty wobec konkretnej osoby, odbiorca powinien poznać jej stanowisko. Nie za tydzień. Nie wtedy, gdy zrobi się awantura na Facebooku.
W tym samym materiale albo z jasną informacją, że redakcja zwróciła się o komentarz.
Tak wygląda elementarny standard zawodowy.
Prawo prasowe wymaga od dziennikarza szczególnej staranności i rzetelności. Oznacza to między innymi sprawdzanie informacji i ich źródeł.
Nie oznacza zakazu krytyki. Nie oznacza dziennikarstwa bez charakteru. Sam piszę ostro i mam własne poglądy.
Ale pogląd nie zastępuje faktu.
A mikrofon nie zastępuje warsztatu.
Pieniądze się skończyły. Pytania dopiero się zaczynają
Nie wiem, jaką część przychodów Tele Team stanowiły pieniądze publiczne. Nie wiem więc, jak dotkliwe finansowo było zakończenie współpracy ze Starostwem.
Ale 69 372 zł z jednego źródła w jednym roku nie jest kwotą symboliczną.
Jeżeli dodamy wcześniejsze lata, a następnie sprawdzimy jednostki i spółki, możemy zobaczyć znacznie większy obraz.
Dlatego trzeba policzyć każdą umowę i każdą fakturę.
Trzeba również wyjaśnić relacje członków obecnego Zarządu dotyczące nacisków na przywrócenie finansowania.
Jeżeli nacisków nie było – powinno to zostać jasno powiedziane.
Jeżeli były – mieszkańcy mają prawo wiedzieć kto naciskał, na kogo, w jaki sposób i czego oczekiwał.
Bo wtedy przestajemy rozmawiać wyłącznie o jakości lokalnego dziennikarstwa.
Zaczynamy rozmawiać o relacji pomiędzy mediami, pieniędzmi i władzą.
A to jest temat znacznie poważniejszy.
Lokalne media mają patrzeć władzy na ręce. Mają zadawać niewygodne pytania. Mają kontrolować tych, którzy wydają nasze pieniądze.
Ale pozostaje pytanie:
co dzieje się wtedy, gdy przez lata ręka władzy podpisuje faktury płacone temu, kto ma na nią patrzeć, a po zakręceniu publicznego kranu pojawiają się relacje o naciskach, by odkręcić go ponownie?
To już nie jest pytanie o telewizję.
To jest pytanie o niezależność.




Napisz komentarz
Komentarze