Nasz artykuł w dużym skrócie
- naukowcy przebadali 309 par, porównując gust muzyczny, wartości i cechy osobowości,
- rzeczywiści partnerzy byli do siebie wyraźnie bardziej podobni muzycznie niż osoby zestawione losowo,
- podobieństwo muzyczne okazało się silniejsze niż podobieństwo osobowości,
- w części analiz wspólny gust wiązał się także z lepszą jakością relacji,
- badanie nie dowodzi jednak, że słuchanie tych samych wykonawców gwarantuje szczęśliwy lub trwały związek.
„Nasza piosenka” być może naprawdę jest nasza
Prawie każda para z dłuższym stażem ma jakiś muzyczny archeologiczny wykop. Piosenkę z pierwszej randki. Album, który katowali podczas wakacji. Zespół, na którego koncert jechali kilkaset kilometrów. Utwór, którego pierwsze trzy sekundy potrafią otworzyć drzwi do wspomnienia sprzed dwudziestu lat.
Czasami będzie to The Cure i melancholijne gitary Roberta Smitha. Innym razem Metallica. Jeszcze gdzie indziej Pet Shop Boys, Depeche Mode, Maanam, Perfect albo stary przebój, którego oboje publicznie trochę się wstydzą, ale kiedy zostają sami, śpiewają go od początku do końca.
I właśnie w tej przestrzeni postanowili poszukać naukowcy.
Badanie Julii Vigl, Felixa Lene Ihriga, Miriam Greif i Marcela Zentnera ukazało się w czasopiśmie „Social Psychological and Personality Science” pod tytułem „Harmonies of Taste: Shared Music Preferences and Compatibility in Romantic Relationships”. Autorzy przeprowadzili trzy badania i połączyli ich wyniki w dodatkowej analizie. Łącznie objęły one 309 par, głównie młodych dorosłych.
Uczestnicy określali między innymi ulubione gatunki i wykonawców. Badacze przyglądali się również ich wartościom oraz cechom osobowości z tzw. Wielkiej Piątki.
Potem wydarzyło się coś w rodzaju naukowego speed datingu bez randek.
Komputer „rozłączał” prawdziwe związki i tworzył tysiące hipotetycznych par z osób, które w rzeczywistości nie były razem. Dzięki temu można było sprawdzić, czy partnerzy rzeczywiście są do siebie bardziej podobni, czy może obserwowana zgodność jest po prostu dziełem przypadku.
Nie była.
Muzyka połączyła ich mocniej niż charakter
Rzeczywiste pary znacznie częściej miały zbliżone preferencje muzyczne niż osoby tworzące losowe „pseudopary”. Co więcej, podobieństwo dotyczące muzyki było wyraźniejsze niż podobieństwo pod względem wartości oraz cech osobowości.
To właśnie ten wynik jest najbardziej intrygujący.
Możemy więc spotkać ekstrawertyka i introwertyczkę. Człowieka pedantycznego i kogoś, kto od dziesięciu lat uważa krzesło za pełnoprawną część garderoby. Jedno planuje urlop w arkuszu kalkulacyjnym, drugie kupuje bilet dwie godziny przed odjazdem.
A potem włącza się pierwszych kilka taktów ukochanego utworu.
I nagle oboje są w tym samym miejscu.
– Być może, jeśli macie wspólnych ulubionych artystów, dzielicie coś znacznie większego. Coś, co naprawdę wiąże się z pełnią waszej tożsamości – mówiła PAP główna autorka badań dr Julia Vigl z Uniwersytetu w Innsbrucku.
To przypuszczenie nie jest pozbawione podstaw. Wcześniejsze badania wskazywały już, że muzyczne preferencje są w pewnym stopniu związane z cechami osobowości. Muzyka może więc być czymś w rodzaju skróconej wiadomości o człowieku — nieprecyzyjnej, ale zawierającej informacje o emocjach, potrzebie pobudzenia, wrażliwości czy sposobach przeżywania świata.
The Cure jako tajny język małżeństwa
Dziennikarz muzyczny Radia 357 Marcin Cichoński zwrócił w rozmowie z PAP uwagę na jeszcze jedną rzecz. Wspólne fascynacje muzyczne pozwalają parze stworzyć własny język.
I chyba każdy, kto był kiedyś naprawdę blisko drugiego człowieka, rozumie, o czym mowa.
Nie trzeba mówić całego zdania. Czasem wystarczy fragment tekstu. Tytuł piosenki. „Ten kawałek”. Jedna scena z koncertu. Pierwsze dźwięki utworu The Cure, Metalliki czy Pet Shop Boys.
Muzyka staje się wtedy czymś więcej niż rozrywką.
Jest kodem.
Wspomnieniem.
Zakładką wsuniętą między strony wspólnej historii.
W jednym z wcześniejszych projektów badawczych Vigl i jej współpracowników uczestnicy opisywali znaczenie muzyki na różnych etapach relacji — od początkowego zainteresowania, przez budowanie związku, aż po jego podtrzymywanie. Naukowcy wskazują, że muzyka może uczestniczyć zarówno w tworzeniu bliskości, jak i regulowaniu emocji czy budowaniu wspólnych wspomnień.
Być może dlatego „nasze piosenki” potrafią przetrwać dłużej niż restauracje, w których odbywały się pierwsze randki, samochody, którymi jeździliśmy, i mieszkania, w których kiedyś żyliśmy.
Playlista jako pawie pióra XXI wieku
Historia robi się jeszcze ciekawsza, gdy muzyka pojawia się przed rozpoczęciem związku.
Na platformach randkowych można dziś pokazać nie tylko zdjęcie, wzrost, zawód czy zainteresowania. Można również ujawnić, czego się słucha.
I nagle playlista staje się częścią autoprezentacji.
Dr Vigl przywołuje badania użytkowników jednej z aplikacji, którzy potrafili specjalnie odtwarzać określone utwory, aby ich profil muzyczny wyglądał atrakcyjniej. Ktoś chciał uchodzić za wyrafinowanego fana jazzu. Ktoś inny za człowieka rozsmakowanego w klasyce.
Dawniej były pawie pióra.
Dzisiaj może być Spotify.
Mechanizm pozostaje podobny: „spójrz, taki jestem”.
Muzyka niezwykle mocno wiąże się bowiem z tożsamością. Powiedzenie „lubię rocka” może być równie ogólne jak „lubię podróże”. Ale wymienienie trzech najważniejszych płyt życia jest już czymś zupełnie innym. To często mała autobiografia.
Nieprzypadkowo uczestnicy badań Vigl wyjątkowo długo zastanawiali się właśnie nad pytaniem o trzech ulubionych wykonawców.
Spróbujcie sami.
Trzech.
Nie pięciu. Nie dziesięciu.
Tylko trzech.
I nagle okazuje się, że wybór jest zadziwiająco osobisty.
Czy wspólna muzyka może uratować związek?
Tutaj trzeba mocno zaciągnąć naukowy hamulec.
Z badań nie wynika, że jeśli ona kocha Metallikę, a on również, powinni natychmiast wybierać obrączki.
Nie wynika także, że małżeństwo fanki jazzu z miłośnikiem disco polo jest skazane na katastrofę.
Nie można również powiedzieć, że wspólna playlista jest receptą na trwały związek.
Opublikowana praca pokazuje przede wszystkim zależność: partnerzy byli bardziej podobni muzycznie niż osoby połączone losowo. W części analiz autorzy znaleźli również niewielkie lub umiarkowane pozytywne związki pomiędzy podobieństwem muzycznych preferencji a rezultatami dotyczącymi relacji. Sami badacze określają swoje ustalenia jako wstępny dowód na możliwe znaczenie wspólnego gustu muzycznego dla jakości związku. (CiteDrive)
To zasadnicza różnica.
Nie wiadomo bowiem do końca, co jest przyczyną, a co skutkiem.
Być może ludzie od początku wybierają partnerów słuchających podobnej muzyki.
Ale możliwe jest również coś znacznie bardziej romantycznego: że z czasem zaczynamy słuchać siebie nawzajem.
Najpierw tolerujemy płytę partnera.
Potem znamy jedną piosenkę.
Po kilku latach sami ją włączamy.
I któregoś dnia trudno już powiedzieć, czy to był jego zespół, czy nasz.
Związki być może naprawdę mają swoją ścieżkę dźwiękową
Julia Vigl chce właśnie ten proces badać dalej. Jednym z pytań jest to, czy gust partnerów upodabnia się z biegiem lat — na przykład dlatego, że wspólnie słuchają muzyki, chodzą na koncerty i pokazują sobie kolejnych wykonawców.
Gdyby taki mechanizm się potwierdził, byłby niezwykle interesujący.
Bo wtedy wspólny gust nie byłby wyłącznie powodem, dla którego ludzie się odnajdują.
Mógłby być także śladem tego, że przez lata nauczyli się siebie słuchać.
Dosłownie i w przenośni.
Może więc przed kolejną randką naprawdę warto zapytać nie tylko: „czym się zajmujesz?”, „gdzie lubisz podróżować?” i „co robisz w wolnym czasie?”.
Może warto zadać prostsze pytanie:
„Jakich trzech artystów zabrałbyś ze sobą na bezludną wyspę?”
Odpowiedź nie powie nam, czy będziemy razem za trzydzieści lat.
Ale być może powie o człowieku więcej niż niejeden test osobowości.
A jeśli potem okaże się, że oboje wymieniliście The Cure?
Cóż.
Przynajmniej pierwszą wspólną playlistę macie już właściwie gotową.




Napisz komentarz
Komentarze