Nasz artykuł w dużym skrócie
- Badaczki UJ wskazują, że sposób działania ludzkiego mózgu sprawia, iż nowe informacje interpretujemy przez pryzmat wcześniejszych przekonań.
- Algorytmy rekomendacyjne mogą wzmacniać ten mechanizm, podpowiadając treści podobne do tych, które wcześniej przyciągnęły naszą uwagę.
- Fact-checking nie jest nieskuteczny – badania pokazują, że często poprawia ocenę prawdziwości informacji. Znacznie trudniej jednak zmienić dzięki niemu głębsze postawy i zachowania.
- DSA reguluje m.in. przejrzystość systemów rekomendacyjnych, a od 2 sierpnia 2026 r. obowiązują również kolejne przepisy AI Act dotyczące przejrzystości treści i systemów AI.
- Największym wyzwaniem dla demokracji nie jest różnica poglądów, lecz sytuacja, w której obywatele przestają uznawać wspólny zestaw podstawowych faktów.
Internet miał być największą biblioteką świata. Stał się nią. Tyle że bibliotekarz obserwuje, po którą książkę sięgamy, jak długo czytamy konkretną stronę, co nas oburza, czego się boimy i z czym się zgadzamy. A następnego dnia kładzie nam na biurku przede wszystkim kolejne książki podobne do tych, które spodobały nam się wczoraj.
To właśnie jeden z paradoksów epoki, w której informacji mamy więcej niż kiedykolwiek wcześniej, a jednocześnie coraz trudniej uzgodnić nawet podstawowy obraz rzeczywistości.
Ten sam artykuł. Dwie zupełnie różne historie
Dr Anna Knorr i prof. Małgorzata Kossowska z Behaviour in Crisis Lab Uniwersytetu Jagiellońskiego w analizie „Demokracja w epoce algorytmów” stawiają pytanie pozornie banalne: dlaczego dwie osoby mogą przeczytać dokładnie ten sam tekst, zobaczyć te same dane i dojść do całkowicie odmiennych wniosków?
Przez lata popularny był tzw. model deficytu informacyjnego. Zakładał mniej więcej tyle: człowiek ma błędne przekonanie, ponieważ czegoś nie wie. Dostarczmy mu więc prawdziwej informacji, a zmieni zdanie.
Tyle teoria.
Badaczki UJ zwracają uwagę, że rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana. Nowa informacja nie trafia bowiem do pustej głowy. Wchodzi w świat wcześniejszych doświadczeń, emocji, ocen, sympatii, uprzedzeń i przekonań.
Można powiedzieć, że każdy z nas nosi w głowie własnego montażystę.
Nie oglądamy świata jak kamera. Raczej nieustannie go montujemy.
Mózg przewiduje, zanim zdążymy pomyśleć
Badaczki odwołują się m.in. do teorii kodowania predykcyjnego. W dużym uproszczeniu mózg nie czeka biernie na informacje ze świata. Cały czas przewiduje, co powinno się wydarzyć, a następnie porównuje swoje przewidywania z tym, co rzeczywiście do niego dociera.
Jeśli informacja pasuje do naszego dotychczasowego obrazu świata – świetnie. Model zostaje potwierdzony.
Jeżeli nie pasuje, pojawia się problem.
Możemy zmienić swoje przekonanie.
Ale możemy również uznać, że źródło jest niewiarygodne, autor stronniczy, badanie zmanipulowane, dziennikarz przekupiony, ekspert niekompetentny, a dokument „na pewno nie pokazuje całej prawdy”.
I właśnie tutaj rozpoczyna się cyfrowy „Rashomon” – świat, w którym wszyscy widzieli to samo zdarzenie, lecz każdy opowiada zupełnie inną historię. UJ wskazuje, że im silniejsze jest wcześniejsze przekonanie, tym trudniejsze może być jego skorygowanie.
Ale uwaga: fact-checking nie jest bezsensowny
Tu potrzebne jest ważne zastrzeżenie.
Popularne twierdzenie, że pokazanie człowiekowi prawdy zazwyczaj powoduje, iż jeszcze silniej wierzy w fałsz, jest zbyt daleko idącym uproszczeniem.
Przegląd badań opublikowany w 2024 roku w „Current Opinion in Psychology” wskazuje, że korekty fałszywych informacji na ogół zwiększają trafność przekonań, natomiast przypadki klasycznego „backfire effect”, czyli sytuacji, gdy sprostowanie powoduje jeszcze większą wiarę w fałsz, są bardzo rzadkie. Problem polega na czymś innym: poprawienie wiedzy na temat konkretnego faktu nie musi prowadzić do zmiany szerszych poglądów, postaw czy zachowań.
Podobne wnioski przynoszą badania nad oznaczaniem dezinformacji. Analiza 21 eksperymentów obejmujących ponad 14 tys. osób wykazała, że ostrzeżenia fact-checkerów zmniejszały zarówno wiarę w fałszywe nagłówki, jak i gotowość do ich udostępniania – nawet wśród osób mających niewielkie zaufanie do fact-checkerów.
Z drugiej strony metaanaliza dotycząca dezinformacji naukowej pokazała, że skuteczność prostowania takich przekazów jest bardzo nierówna i wyraźnie słabnie w sprawach silnie spolaryzowanych politycznie.
A więc prawda jest bardziej złożona niż efektowny internetowy slogan.
Fakty mają znaczenie. Tyle że człowiek nie jest kalkulatorem, do którego wystarczy wpisać prawidłowe dane, aby natychmiast otrzymać nowy pogląd.
Wtedy do gry wchodzi algorytm
I tu problem przestaje być wyłącznie psychologiczny.
Dawniej człowiek również szukał gazety, autora czy środowiska, które potwierdzało jego sposób myślenia. Tyle że nigdy wcześniej nie towarzyszył mu system analizujący tysiące sygnałów jego zachowania i automatycznie decydujący, co pokazać mu jako następne.
Platformy społecznościowe walczą o uwagę.
A uwagę wyjątkowo skutecznie przyciągają gniew, strach, konflikt, oburzenie i poczucie zagrożenia.
Badaczki UJ wskazują właśnie na to sprzężenie zwrotne: człowiek chętniej wybiera środowisko informacyjne zgodne z jego przewidywaniami, a system rekomendacyjny uczy się tych wyborów i coraz lepiej dostarcza treści, które użytkownika zatrzymają.
Najpierw klikasz tekst, ponieważ cię oburzył.
Potem algorytm podsuwa drugi.
Potem trzeci.
Po pewnym czasie użytkownik może odnieść wrażenie, że „wszyscy o tym mówią”, ponieważ niemal cała jego tablica mówi dokładnie o tym samym.
Tyle że tablica w telefonie nie jest reprezentatywną próbą społeczeństwa.
Jest produktem personalizacji.
Tak samo wygląda to w małym mieście
Nie trzeba wcale dyskutować o Białym Domu, Kremlu, wojnie czy globalnych kampaniach wyborczych.
Ten sam mechanizm działa przy sporze o lokalną inwestycję, remont ulicy, szpital, szkołę, uchwałę rady, wycinkę drzew czy decyzję prezydenta miasta.
Pod jedną informacją mogą pojawić się dwa równoległe światy.
Dla jednych dokument będzie dowodem prawidłowego działania samorządu. Dla innych – dowodem spisku. Jedni przeczytają wyjaśnienie urzędu jako sprostowanie, inni jako próbę tuszowania sprawy.
A każda kolejna publikacja jest już oceniana nie tylko na podstawie treści, ale również pytania:
„Kto to napisał?”
„Nasza” gazeta – wierzymy.
„Ich” gazeta – podejrzewamy manipulację.
„Nasz” polityk – tłumaczy.
„Ich” polityk – kłamie.
W ten sposób spór o fakt bardzo szybko staje się sporem o plemienną przynależność.
I właśnie wtedy demokracja zaczyna mieć kłopot.
Demokracja nie wymaga zgody. Wymaga wspólnych faktów
Demokracja nigdy nie polegała na tym, że wszyscy mają myśleć tak samo.
Wręcz przeciwnie.
Spór jest jej paliwem.
Możemy różnić się w ocenie podatków, polityki społecznej, migracji, ochrony zdrowia, inwestycji samorządowych czy sposobu wydawania publicznych pieniędzy.
Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy nie potrafimy uzgodnić, co właściwie się wydarzyło.
Badaczki UJ zwracają uwagę, że sprawne funkcjonowanie demokracji wymaga wspólnego rozumienia podstawowych faktów. Jeśli grupy obywateli zaczynają funkcjonować w odmiennych światach informacyjnych, rzeczowa debata staje się coraz trudniejsza.
To już nie jest spór o interpretację rzeczywistości.
To spór o istnienie samej rzeczywistości.
Europa próbuje postawić algorytmom granice
Problem przestał być wyłącznie tematem debat psychologów.
Unijny Digital Services Act – rozporządzenie (UE) 2022/2065 – nakłada na platformy internetowe obowiązki dotyczące m.in. przejrzystości systemów rekomendacji. Art. 27 DSA wymaga, aby platformy wyjaśniały główne parametry swoich systemów rekomendacyjnych oraz wskazywały użytkownikom możliwości wpływania na nie. Przepisy DSA mają zasadniczo zastosowanie w UE od 17 lutego 2024 roku.
Jeszcze świeższa jest sytuacja dotycząca sztucznej inteligencji.
2 sierpnia 2026 roku zaczęły być stosowane kolejne kluczowe przepisy unijnego AI Act – rozporządzenia (UE) 2024/1689, w tym obowiązki przejrzystości z art. 50. W określonych sytuacjach użytkownik ma być informowany, że rozmawia z systemem AI, a treści syntetyczne – w tym deepfake'i – mają podlegać odpowiednim zasadom oznaczania.
To istotne.
Ale nawet najlepsza ustawa nie zainstaluje nam w głowie przycisku „sprawdź, czy przypadkiem sam się nie mylisz”.
Najgroźniejszy algorytm częściowo nosimy w sobie
Nie żyjemy jeszcze w Orwellowskim świecie, w którym jedno Ministerstwo Prawdy codziennie ustala obowiązującą wersję rzeczywistości.
Problem współczesności jest subtelniejszy.
Każdy może otrzymać własną wersję świata.
Dopasowaną do zainteresowań, lęków, politycznych sympatii, wcześniejszych kliknięć i ludzi, których obserwuje.
Algorytm nie musi przekonywać nas do czegoś zupełnie nowego.
Wystarczy, że cierpliwie powtarza to, w co już chcemy wierzyć.
Dlatego być może jedną z najważniejszych kompetencji obywatela XXI wieku nie będzie umiejętność znalezienia informacji. Informacji mamy pod dostatkiem.
Będzie nią umiejętność zadania samemu sobie znacznie trudniejszego pytania:
„Co musiałoby się wydarzyć, żebym uznał, że mogę nie mieć racji?”
Jeżeli odpowiedź brzmi: „nic” – problemem nie jest już brak informacji.
Problemem stało się przekonanie.
A algorytm bardzo chętnie pomoże nam z nim zostać.




Napisz komentarz
Komentarze