Szczepan Goska dostał w wyborach ponad 800 głosów. Spory kredyt zaufania. Tyle że mandat radnego nie jest odpustem zupełnym, a urna wyborcza nie rozgrzesza z późniejszych zachowań. Nie zamierzamy jednak kolejny raz oceniać, czy Goska jest dobrym radnym. Jego dorobek formalnych interpelacji trudno uznać za imponujący. Znacznie ciekawsze jest coś innego: ogrom energii poświęcanej politycznej wojnie prowadzonej w internecie.
Gdzie kończy się krytyka, a zaczyna niszczenie człowieka?
Do Archidiecezji Łódzkiej trafiło obszerne zawiadomienie dotyczące aktywności profilu internetowego prowadzonego właśnie przez Goskę /który raz przyznaje się do jego prowadzenia, innym razem temu zaprzecza/ . Autor wskazywał na wielomiesięczny ciąg publikacji dotyczących jego osoby i rodziny: określenia w rodzaju „kłamca”, „manipulant”, „donosiciel”, „szkodnik powiatowy”, grafiki ośmieszające, sugestie dotyczące leczenia psychiatrycznego, narkotyków, używek, niepełnosprawności, życia prywatnego i członków rodziny. Do zawiadomienia dołączono dziesiątki stron materiałów /obecnie jest ich ponad 100/.
Nie przesądzano autorstwa każdego wpisu. W pierwszym piśmie domagano się właśnie ustalenia, czy Szczepan Goska prowadzi, współprowadzi lub współtworzy profil. I to jest właściwa droga. Nie krzyczeć: „winny”. Sprawdzić. Tyle że właśnie ze sprawdzaniem zaczyna się problem, mimo że ostatecznie w czasie policyjnego wysłuchania radny twierdzi, że treści na profilu publikuje on.
Goska odpowiada za swoje słowa. Archidiecezja za swoje milczenie
Pierwsze zawiadomienie nie zakończyło sprawy. 27 lipca skierowano kolejne pismo. Pytania były proste: czy zawiadomienie formalnie rozpoznano? Czy przeprowadzono czynności wyjaśniające? Czy katecheta został poproszony o wyjaśnienia? Czy oceniono jego publiczną działalność? Czy poinformowano szkołę? Czy rozważano zawieszenie albo cofnięcie misji kanonicznej?
To nie są pytania wymagające synodu, komisji teologicznej ani białego dymu nad kurią.
Tak. Nie. Sprawdzamy. Nie stwierdziliśmy podstaw. Postępowanie trwa.
Każda z tych odpowiedzi byłaby lepsza od ciszy.
Bo od pewnego momentu milczenie przestaje być neutralnością. Staje się zachowaniem instytucji.
To nie jest katecheta „od ósmej do trzynastej”
Tutaj sprawa nabiera jeszcze mocniejszego wymiaru.
Szczepan Goska nie ukrywa swojego związku z Kościołem katolickim. Przeciwnie – przy różnych okazjach publicznie go manifestuje. Służy również podczas mszy przy ołtarzu. Nie mamy więc do czynienia z człowiekiem, dla którego religia jest wyłącznie formalnym wpisem w dokumentach potrzebnym do prowadzenia lekcji.
I absolutnie nie jest to zarzut.
Człowiek ma prawo być głęboko wierzący. Ma prawo służyć do mszy. Ma prawo demonstrować swoją przynależność religijną. W przypadku katechety można nawet uznać to za naturalne.
Problem zaczyna się gdzie indziej.
Im mocniej ktoś publicznie przedstawia się jako człowiek Kościoła, tym bardziej naturalne staje się pytanie, czy jego publiczne zachowanie odpowiada wartościom, z którymi sam się identyfikuje.
Nie można przy ołtarzu mówić jednym językiem, a w internecie uznawać, że zaczyna obowiązywać inny katechizm.
Nie można w szkole mówić dzieciom o godności człowieka, przebaczeniu i odpowiedzialności za słowo, a kilka godzin później uczestniczyć w przestrzeni pełnej personalnych ataków, ośmieszania i insynuacji – jeśli przeprowadzone postępowanie potwierdzi taki związek.
Chrześcijaństwo nie jest mundurem zakładanym na czas mszy.
Misja katechety również nie kończy się wraz z ostatnim dzwonkiem.
„Świadectwo życia chrześcijańskiego” to nie slogan
Prawo kanoniczne mówi jasno. Kanon 804 § 2 wymaga od nauczyciela religii nie tylko kompetencji, ale również świadectwa życia chrześcijańskiego. Kanon 805 daje ordynariuszowi możliwość usunięcia nauczyciela religii albo żądania jego usunięcia z przyczyn religijnych lub moralnych. Kanon 220 chroni dobre imię i prywatność człowieka.
Te przepisy zostały wprost przywołane w piśmie do Archidiecezji.
Dlatego pytanie brzmi brutalnie, ale uczciwie:
czy można rano służyć przy ołtarzu, później uczyć dzieci o miłości bliźniego i odpowiedzialności za słowo, a wieczorem tolerować albo współtworzyć internetowe widowisko oparte na poniżaniu przeciwnika?
I drugie:
jeśli nie jest to moment, w którym przełożony kościelny powinien przynajmniej sprawdzić fakty, to kiedy taki moment właściwie następuje?
Czy „nie hejtuj” obowiązuje tylko ucznia?
Jeszcze bardziej groteskowy jest szkolny wymiar tej historii.
Przez cały rok dzieci słyszą o cyberprzemocy. Szkoły organizują pogadanki. Psycholog tłumaczy, że nie wolno poniżać, stygmatyzować i ośmieszać.
Uczeń, który przez miesiące tworzyłby stronę poświęconą jednemu koledze i jego rodzinie, szybko trafiłby do pedagoga.
A jeśli podobny zarzut dotyczy nauczyciela?
Nagle odkrywamy świętą zasadę prywatności?
Internet staje się inną planetą?
Dlatego dyrektorzy szkół powinni odpowiedzieć na jedno wyjątkowo niewygodne pytanie:
czy szkolny standard „nie hejtuj” obowiązuje tylko dzieci?
Kościół powinien wiedzieć, czym kończy się „przeczekajmy”
I tutaj dochodzimy do kwestii najbardziej niewygodnej.
Internetowego hejtu nie wolno porównywać pod względem ciężaru z seksualnym wykorzystywaniem dzieci. To nieporównywalne czyny, krzywdy i odpowiedzialność.
Ale można porównywać mechanizm zachowania instytucji.
Kościół zapłacił ogromną cenę za dziesięciolecia, podczas których w wielu sprawach powtarzał się ten sam schemat: ktoś zgłaszał problem, przełożeni wiedzieli albo mogli wiedzieć, dokumenty trafiały na biurka, a instytucja wybierała zwłokę, ciszę albo nadzieję, że problem zniknie.
Największe skandale Kościoła były nie tylko historią sprawców.
Były także historią biurek, na których leżały informacje.
Dlatego nauka powinna być banalnie prosta:
gdy otrzymujesz wiarygodne zgłoszenie dotyczące osoby działającej z twojego mandatu, nie musisz jej od razu potępiać. Ale masz obowiązek sprawdzić.
Nie porównujemy czynów.
Porównujemy odruch: zamknąć drzwi, przeczekać i liczyć, że człowiek po drugiej stronie w końcu się zmęczy.
Jeżeli Kościół rzeczywiście wyciągnął wnioski z własnej historii, to właśnie w sprawie znacznie prostszej powinien potrafić zareagować szybko i jasno.
Milczenie też ma autora
Szczepan Goska kiedyś przestanie być radnym. Każda kadencja się kończy. Facebook przykryje dzisiejsze awantury kolejnymi.
Pozostanie jednak pytanie o instytucje.
Co zrobiła szkoła?
Co zrobiła Archidiecezja?
Czy ktoś przeczytał materiały?
Czy poproszono katechetę o wyjaśnienia?
Czy oceniono jego działalność w świetle misji kanonicznej?
Czy uznano, że nie ma podstaw do reakcji?
Jeżeli tak – dlaczego tego nie powiedziano?
Bo ten tekst nie jest aktem oskarżenia przeciwko jednemu radnemu.
Jest oskarżeniem znacznie szerszego mechanizmu.
Wszyscy jesteśmy przeciwko hejtowi.
Szkoły są przeciwko.
Samorządy są przeciwko.
Kościół jest przeciwko.
Jesteśmy przeciwko aż do chwili, gdy trzeba zapytać konkretnego człowieka:
„Czy to pan napisał?”
A jego przełożonego:
„Co pan z tym zrobił?”
Wtedy zaczyna się cisza.
I właśnie ta cisza staje się dziś najgłośniejszą częścią całej historii.
Bo jeśli człowiek publicznie podkreśla swój związek z Kościołem, służy przy ołtarzu, posiada kościelne skierowanie do nauczania religii i występuje przed dziećmi jako nauczyciel chrześcijańskich wartości, jego przełożeni nie mogą zachowywać się tak, jakby sposób, w jaki funkcjonuje poza szkołą i świątynią, był problemem zupełnie obcej instytucji.
Po owocach ich poznacie.
Nie po deklaracjach.
Nie po miejscu przy ołtarzu.
Nie po liczbie religijnych symboli.
Po owocach.
I dlatego nie pytamy już przede wszystkim, co jeszcze napisze Szczepan Goska.
Pytamy, ile screenów trzeba wysłać do Archidiecezji, ile stron dokumentacji położyć na biurku i ile razy ponowić prośbę o reakcję, żeby instytucja głosząca odpowiedzialność za słowo sama poczuła odpowiedzialność za własne milczenie.
Sprawdzić.
Ocenić.
Odpowiedzieć.
Naprawdę nie potrzeba niczego więcej.
Bo jeśli nawet tego nie potrafimy zrobić, wszystkie szkolne lekcje o hejcie i wszystkie kazania o miłości bliźniego pozostają tylko dekoracją.




Napisz komentarz
Komentarze