Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów postawił zarzuty czterem spółkom z grupy Google: Alphabet Inc., Google LLC, Google Ireland Limited oraz Google Poland. Urząd podejrzewa, że technologiczny gigant mógł nadużywać swojej pozycji dominującej podczas negocjacji z polskimi wydawcami prasy.
Problem nie sprowadza się przy tym do pytania, czy Google podpisało umowy. Chodzi również o to, na jakich zasadach je negocjowano i czy wydawcy mieli realną możliwość oceny, ile warte jest wykorzystywanie ich materiałów.
„Bierz albo odejdź”
Prezes UOKiK Tomasz Chróstny, komentując we wtorek stanowisko Google, stwierdził, że nie rozwiewa ono wątpliwości Urzędu. Zwrócił uwagę, że podmiot posiadający pozycję dominującą może w praktyce narzucić kontrahentowi zasadę: „bierz albo odejdź”.
Właśnie ta nierównowaga jest sednem sprawy.
Według UOKiK Google, przedstawiając wydawcom propozycje wynagrodzenia, miało nie przekazywać wszystkich informacji pozwalających zweryfikować sposób wyliczenia stawek. Chodzi między innymi o dane dotyczące sposobu wykorzystywania publikacji oraz przychodów osiąganych dzięki ich udostępnianiu. Zdaniem Urzędu bez takich informacji wydawca pozostaje przy negocjacyjnym stole trochę jak gracz w pokera, który nie zna nawet wartości własnych kart.
To szczególnie istotne, bo polskie prawo daje wydawcom konkretne uprawnienia.
Po wdrożeniu dyrektywy DSM ustawa o prawie autorskim przyznała wydawcom publikacji prasowych prawo związane z internetowym wykorzystywaniem ich materiałów. Art. 99¹¹ prawa autorskiego daje wydawcy prawo do otrzymywania informacji oraz wglądu do dokumentacji mającej znaczenie dla określenia wysokości wynagrodzenia. Z kolei art. 99¹² nakazuje przy ustalaniu wynagrodzenia brać pod uwagę m.in. przychody osiągane przez usługodawcę w związku z udostępnianiem publikacji prasowych. Jeśli strony się nie porozumieją, przepisy przewidują procedurę przed Prezesem UKE.
AI zmienia reguły gry
W tle jest jednak drugi problem, który może okazać się jeszcze poważniejszy.
Przez lata relacja między wyszukiwarką a portalem była stosunkowo prosta: Google pokazywało wynik wyszukiwania, użytkownik klikał i trafiał na stronę wydawcy. Tam czytał cały materiał, a portal uzyskiwał odsłonę i mógł zarabiać na reklamach.
Rozwój sztucznej inteligencji zmienia ten model.
Coraz częściej internauta może otrzymać odpowiedź, streszczenie lub syntetyczną informację bez wejścia na stronę, na której powstał materiał źródłowy. Prezes UOKiK zwraca uwagę właśnie na to rozchodzenie się dwóch interesów: treść wytwarza redakcja, ale użytkownik może konsumować jej przetworzoną wersję już na platformie technologicznej.
Dla wielkich redakcji oznacza to miliony potencjalnie utraconych odsłon. Dla portalu lokalnego skala jest oczywiście inna, ale mechanizm dokładnie ten sam.
Jeśli dziennikarz jedzie na sesję rady miasta, analizuje kilkudziesięciostronicowy dokument, sprawdza BIP, dzwoni do urzędników i przez kilka godzin przygotowuje artykuł, koszt całej tej pracy ponosi wydawca. Jeżeli następnie wyszukiwarka lub system AI przekaże użytkownikowi najważniejsze informacje bez konieczności odwiedzenia portalu, pojawia się fundamentalne pytanie: kto finansuje dziennikarstwo, z którego informacje właśnie wykorzystano?
Francuzi już ukarali Google
To nie jest wyłącznie polski spór.
Francuski urząd ochrony konkurencji w marcu 2024 roku nałożył na Google 250 mln euro kary za niewypełnianie części zobowiązań dotyczących praw pokrewnych wydawców. Francuski regulator wskazywał między innymi na obowiązek prowadzenia negocjacji w dobrej wierze oraz przekazywania wydawcom informacji pozwalających przejrzyście ocenić należne wynagrodzenie. W sprawie pojawił się również wątek wykorzystywania treści prasowych przez system Bard, późniejszego Gemini.
Google odrzuca zarzut, że ignoruje prawa wydawców. Firma przekonuje, że zawiera w Polsce umowy licencyjne, a proponowane wynagrodzenia wylicza według jednolitej metodologii i obiektywnych kryteriów.
UOKiK odpowiada jednak: liczy się nie tylko to, czy podpisano umowę, ale także to, jak do jej podpisania doszło.
Jeśli zarzuty zostaną potwierdzone, maksymalna kara za nadużywanie pozycji dominującej może sięgnąć 10 proc. obrotu przedsiębiorcy.
I być może właśnie dlatego obecny spór jest czymś więcej niż kolejną potyczką urzędu z globalną korporacją. To fragment znacznie większej dyskusji o tym, kto w epoce Google, Discover i sztucznej inteligencji będzie płacił za informację.
Bo algorytm może streścić artykuł w kilka sekund. Ktoś jednak wcześniej musi ten artykuł napisać.



Napisz komentarz
Komentarze