Teoretycznie ulica Wandy Panfil to podręcznikowy przykład „bezpiecznej przestrzeni”. Przejść dla pieszych jest tu pod dostatkiem. Urbanistyczna logika podpowiada, że na gęsto zabudowanym osiedlu mieszkaniowym, w pobliżu sklepów, punktów usługowych i tras prowadzących do szkół, przejścia muszą być rozmieszczone stosunkowo gęsto. To logiczne – pieszy nie powinien maszerować kilometra, by zgodnie z prawem przejść na drugą stronę ulicy.
Teoria jednak brutalnie rozbija się o tomaszowską rzeczywistość. Prosty, niemal kilometrowy odcinek między dwoma rondami działa na wielu kierowców jak magnes na pedał gazu. Obowiązuje tu ograniczenie prędkości do 40 km/h, ale dla części kierujących jest ono najwyraźniej jedynie pobożnym życzeniem. Gdy dodamy do tego fatalne, jednostronne oświetlenie, przez które po zmroku piesi znajdujący się po drugiej stronie jezdni stają się dla kierowców niemal niewidoczni, mamy gotowy przepis na tragedię. I ta tragedia niestety się wydarzyła.
Wielu kierowców narzeka na to ograniczenie, uważając, że „przecież 50 km/h to też wolno”. Nic bardziej mylnego. Fizyka jest nieubłagana, a te z pozoru niewinne 10 km/h różnicy może w praktyce oznaczać granicę między życiem a śmiercią pieszego.
Spójrzmy na proste wyliczenia. Przyjmując standardowy czas reakcji kierowcy i hamowanie na suchej nawierzchni, samochód jadący z przepisową prędkością 40 km/h zatrzyma się po około 21,6 metra. Wystarczy jednak jechać 50 km/h, by droga zatrzymania wydłużyła się do ponad 30 metrów. Te niespełna 9 metrów różnicy to długość dwóch dużych samochodów osobowych.
Co to oznacza w praktyce? W miejscu, w którym kierowca jadący 40 km/h bezpiecznie zatrzymałby samochód przed pieszym, kierowca jadący 50 km/h uderzy w człowieka z prędkością około 36 km/h. Dla potrąconego dziecka lub osoby starszej skutki mogą być tragiczne.
Właśnie dlatego uspokojenie ruchu w tym miejscu jest sprawą życia i śmierci. Co na to urzędnicy? Od lat słyszymy tę samą śpiewkę. Więcej znaków postawić się nie da, progi zwalniające odpadają, „bo przecież tamtędy jeżdżą autobusy MZK”. Święta przepustowość i komfort zawieszenia autobusów miejskich zdają się wygrywać z bezpieczeństwem ludzi. Mieszkańcom serwuje się narrację, że w imię przepisów technicznych na ulicy Panfil panuje całkowity pat i nic, absolutnie nic, nie da się zrobić.
Naprawdę nic?
Szanowni urzędnicy Starostwa Powiatowego, chyba czas wybrać się na krótką wycieczkę w rejon Nowego Portu. Na ulicy PCK jakoś udało się zamontować tzw. poduszki berlińskie. Te progi wyspowe są węższe niż rozstaw kół autobusu. Duży pojazd komunikacji miejskiej bierze je „między koła” i może przejechać bez większego uszczerbku dla komfortu pasażerów. Za to kierowca samochodu osobowego, jeśli nie zwolni do bezpiecznej prędkości, wyraźnie odczuje obecność progu.
Przykład ulicy PCK pokazuje, że technologia istnieje, rozwiązania są znane, a bariery nie muszą mieć charakteru technicznego.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że urzędnicy w Tomaszowie od lat mają podaną na tacy receptę na bezpieczniejsze ulice. Osobiście brałem udział w miejskich komisjach ds. bezpieczeństwa ruchu drogowego (BRD), podczas których wskazywałem, co i gdzie – moim zdaniem – należy poprawić. Co więcej, od prawie dwóch lat urzędnicy Zarządu Dróg i Utrzymania Miasta (ZDiUM) mają ode mnie czarno na białym rozpisane konkretne lokalizacje i rozwiązania, które mogłyby realnie poprawić bezpieczeństwo ruchu drogowego na naszych ulicach.
I co? I nic.
Projekty i analizy od prawie dwóch lat kurzą się w urzędniczych szufladach. Zamiast decyzji mamy przerzucanie odpowiedzialności. Miasto zdaje się nie dostrzegać problemów na swoich drogach, a Starostwo Powiatowe w przypadku ulicy Panfil zasłania się kursującymi tam autobusami. Efekt jest taki, że zamiast nowych rozwiązań inżynieryjnych na tomaszowskich przejściach dla pieszych pojawiają się znicze.
Ulica Wandy Panfil nie potrzebuje kolejnych pism i analiz, z których wynika, że parametry drogi mieszczą się w tabelkach. Potrzebuje konkretnych działań: skutecznego, najlepiej dwustronnego doświetlenia przejść dla pieszych, rozważenia montażu poduszek berlińskich oraz zastosowania przed przejściami dużych piktogramów ostrzegających kierowców o zbliżaniu się do miejsca, w którym piesi przekraczają jezdnię.
Czas skończyć z ignorowaniem wniosków mieszkańców i powtarzaniem, że niczego nie da się zrobić.
Zanim na pasach zginie kolejna osoba.



Napisz komentarz
Komentarze