PAP: Po doniesieniach o przemocy w szkołach pojawiają się kolejne groźby publikowane przez nastolatków. Czy młodzi ludzie inspirują się nawzajem?
Daniel Dziewit, terapeuta uzależnień: Naśladownictwo jest stare jak świat. Trudno przypuszczać, żeby rodzic powiedział dziecku: „weź nóż do szkoły” albo „napisz w mediach społecznościowych, że zrobisz komuś krzywdę”. Takie inspiracje przychodzą z sieci – tam młody człowiek spotyka ludzi, o których jego rodzice nie mają pojęcia, i może zostać przez nich nakłoniony do różnych zachowań.
Kilka lat temu w moim gabinecie usiedli rodzice piętnastolatka. Rozmowę rozpoczęli od pytania: „czy my jesteśmy złymi rodzicami?”. Okazało się, że ustalili PIN do telefonu syna i zajrzeli do środka. Mieli poczucie winy, że naruszyli jego prywatność.
Zapytałem, co znaleźli. Chłopiec nagrał siebie w intymnej sytuacji, zmontował film i wysłał go obcym ludziom przez Discord. Z korespondencji wynikało, że to oni go do tego nakłonili. Rodzice odkryli coś, co mogło wskazywać na zagrożenie dla ich dziecka, ale najbardziej zajmowało ich pytanie, czy wolno im było zajrzeć do telefonu.
PAP: A pan co im odpowiedział?
D.D.: Zapytałem: „dlaczego uważacie państwo, że jesteście złymi rodzicami?”. Przecież ustalili coś ważnego dla bezpieczeństwa i zdrowia psychicznego syna. To nie była sytuacja, którą można było sprowadzić do nadmiernego korzystania z gier czy mediów społecznościowych. W mojej ocenie wymagała przyjrzenia się temu, co dzieje się z chłopcem, być może także diagnozy psychiatrycznej.
Ten przykład pokazał mi, jak łatwo rodzice odbierają sobie prawo do opieki nad dzieckiem w świecie cyfrowym. Uważają, że nie powinni sprawdzać, z kim ono rozmawia, na jakich platformach przebywa i do czego ktoś je namawia – bo to jego prywatność.
Prawo do prywatności, również korespondencji, jest oczywiście ważne. Ale musimy rozmawiać także o obowiązku chronienia dziecka. Jeżeli rodzic nie wie, jakie wiadomości do niego przychodzą i co ono samo wysyła w świat, może nie dostrzec zagrożenia.
PAP: W domu dziecko jest spokojne, siedzi przy komputerze, nie wraca późno w nocy. Rodzic myśli: przynajmniej wiem, gdzie jest.
D.D.: I wydaje mu się, że nic złego się nie wydarzy. Że to tylko niewinne filmiki, że jego dziecko nikt do niczego nie zwerbuje, a kontrola rodzicielska świetnie działa. To nie zawsze wynika z wygody czy z tego, że dorosłemu nie chce się interesować – czasem naprawdę jest przekonany, że jego rodziny problem nie dotyczy.
Tymczasem dziecko może być aktywne na forum ekstremistycznym albo uczestniczyć w grupie, która krzywdzi innych. Sam fakt, że siedzi w swoim pokoju, nie mówi nam, z kim ma kontakt i co za chwilę może się wydarzyć.
Jestem zdecydowanie za tym, żeby rodzice interesowali się także interakcjami: wiadomościami, rozmowami, grupami. Urządzenie wręczone dziecku w prezencie nie zwalnia dorosłego z odpowiedzialności za jego bezpieczeństwo.
PAP: W piątek policja poinformowała, że rodzice dwóch 15-latków zgłosili się z nimi na komendę w Ciechanowie i poinformowali, że ich synowie wrzucili do sieci filmik, na którym grozili przemocą. To dobrze, że „donieśli” na swoje potomstwo?
D.D.: Bardzo dobrze, brawo, dali wyraz swojej troski. Jeżeli będziemy chronili dzieci przed każdą konsekwencją ich zachowania, to czego je nauczymy? Czyny w sieci mają skutki, tak samo jak czyny poza nią. Nie możemy udawać, że zamieszczona groźba albo upokorzenie drugiego człowieka przestają mieć znaczenie, bo „wydarzyły się na ekranie”.
Znam przypadek grupy hejterskiej założonej przez uczniów szóstej klasy. Najpierw wyzywali chłopca w internecie, później przemoc przeniosła się do szkoły, pojawiły się także groźby przemocy seksualnej.
Jedno z dzieci powiedziało o tym rodzicom. Szkoła poprosiła o zrzuty ekranu, ale rodzice odmówili ich udostępnienia, zasłaniając się prywatnością. Skupili się na ochronie własnych dzieci przed konsekwencjami. A co z chłopcem, który był zaszczuwany? Co z jego krzywdą psychiczną?
Gdyby dorośli przekazali te materiały i zostały wyciągnięte konsekwencje, dzieci mogłyby się czegoś nauczyć. Tymczasem osoba, która założyła grupę, na koniec roku dostała wzorową ocenę zachowania.
PAP: Czy szkoła widzi w ogóle to, co dzieje się między uczniami po lekcjach?
D.D.: Czasem widzi skutki bardzo szybko. Niedawno prowadziłem warsztaty offline z pierwszoklasistami w szkole średniej. Znali się od około półtora miesiąca, a pedagog już mówił o potwornej wojnie na grupach: szydzeniu, wyśmiewaniu, obgadywaniu. Klasa była pokłócona, zanim ci młodzi ludzie zdążyli się dobrze poznać, a pierwsze wrażenie zostało zepsute.
Dlatego uważam, że trzeba przyjrzeć się klasowym grupom w komunikatorach. Powstają pod hasłem wymiany informacji o lekcjach czy zadaniach i zazwyczaj nie mają dorosłego administratora, a pojawia się na nich przemoc: słowna, obrazkowa, poprzez filmy i memy. Rodzice nie mają o tym bladego pojęcia.
PAP: Przecież taką grupę nieraz pomagają założyć właśnie dorośli.
D.D.: To jest nieszczęście, bo często robią to nauczyciele, którzy zachęcają dzieci, nawet z młodszych klas, które jeszcze nie osiągnęły wymaganego przez prawo „wieku dojrzałości cyfrowej”, czyli 13 lat, do zakładania takich grup np. na WhatsAppie i w ten sposób przyzwyczajają dzieci do platform, na których nie powinny jeszcze mieć kont. Sami wpychają dzieciaki w paszczę cyfrowych molochów, a później mają pretensje, że nie mogą się one oderwać od telefonu.
Mówię mocno: przestańmy być naganiaczami wielkich firm technologicznych. Nie namawiajmy dzieci do omijania regulaminów w imię tego, że łatwiej będzie przesłać informację o pracy domowej. Na początek sami respektujmy zasady.
Postuluję likwidację takich grup na WhatsAppie i powrót do relacji twarzą w twarz. Grupa, która miała służyć szkole, może jeszcze mocniej przykleić ucznia do smartfona, a dorosły nie wie, do jakiej następnej grupy dziecko trafi.
PAP: Rodzice boją się stawiać granice. Niekiedy mówią wprost, że boją się własnych dzieci.
D.D.: Słyszę to w swojej pracy. Rodzic boi się syna, który po ograniczeniu internetu reaguje agresją, albo córki, która grozi, że się samookaleczy czy targnie na własne życie. Zdarzają się rzucanie przedmiotami, ucieczki z domu, trzaskanie drzwiami, a także podniesienie ręki na rodzica.
Dowiedziałem się niedawno o matce, która śpi z routerem pod poduszką, żeby ograniczyć dzieciom niekontrolowany dostęp internetu nocą – sam zakaz nie wystarczy. To pokazuje, w jakiej sytuacji się znajdujemy.
Oczekujemy, że dziecko samo zapanuje nad korzystaniem z platform zaprojektowanych tak, aby jak najdłużej zatrzymywać jego uwagę. Przecież także dorosłym trudno się oderwać. Sięgają po telefon, scrollują, bo to ich odstresowuje, pozwala na chwilę przestać myśleć. Jeśli potrafią nad tym panować, nie ma problemu. Ale dlaczego zakładamy, że nastolatek zawsze będzie potrafił?
PAP: Czy sam zakaz wystarczy, żeby naprawić sytuację?
D.D.: Potrzebna jest edukacja dorosłych i trzeba traktować ją poważnie. Na jednym z moich niedawnych szkoleń było trzydziestu nauczycieli i jeden rodzic. Jeden. Tymczasem bez rodziców trudno cokolwiek zmienić.
Dorośli też są przebodźcowani, informacje im uciekają. Nie każdy wie, czym jest Discord, nie każdy śledzi zjawiska związane z patostreamingiem czy przemocą w sieci. Ale jeżeli mamy chronić dzieci, musimy poznać świat, w którym one spędzają tyle czasu.
Edukacja cyfrowa nie może kończyć się na kilku spotkaniach po tragedii. Warsztaty powinny odbywać się częściej, a szkoła przeznaczać więcej miejsca na te sprawy.
PAP: Czego, pana zdaniem, brakuje młodym ludziom poza ekranem?
D.D.: Ruchu, wysiłku fizycznego, wymagań, podniesionej poprzeczki. Jak i docenienia w realnym świecie. Żeby ktoś powiedział: „lubię cię”, „doceniam to, co zrobiłeś”, „wystartowałeś w olimpiadzie z polskiego, fantastycznie”. „Pojechałeś na zawody? Pięknie. Nawet jeśli nie zająłeś miejsca na podium, podjąłeś wysiłek”.
Ekran jest atrakcyjny, daje wiele emocji. Tymczasem młody człowiek potrzebuje także powodów, żeby wyjść z domu, zaangażować się, zrobić coś dla innych. A zdarza się, że ludzie, którzy robią coś dobrego i mogliby stać się autorytetami, są w sieci miażdżeni hejtem, zazdrością, zawiścią.
Nie chodzi mi o powiedzenie, że dzieci są złe albo głupie, a wszyscy dorośli zawiedli. Chodzi o powrót do podstaw: zainteresowania dzieckiem, stawiania mu granic, wymagań i szacunku dla drugiego człowieka.
PAP: Mówi pan o potrzebie docenienia i zaangażowania. A czego brakuje młodemu człowiekowi, który szuka uznania w grupie fascynującej się zabijaniem? Dlaczego mordercze, nihilistyczne treści mogą być dla niego atrakcyjne?
D.D.: Moim zdaniem brakuje mu także wartości, poczucia sensu, autorytetów i granic. Potrzebuje drogowskazów: co jest dobre, co jest krzywdą, dlaczego życie drugiego człowieka zasługuje na szacunek. Jeżeli słyszy od dorosłych, że wszyscy są głupi, zakłamani albo nic niewarci, to na kim ma się oprzeć? Samo powiedzenie „myśl samodzielnie” nie wystarczy, żeby nastolatek potrafił ocenić wszystko, co podsuwa mu internet.
Autorytetem może być rodzic, nauczyciel, trener – ktoś, kto ma dla niego czas, dotrzymuje słowa i sam przestrzega zasad, których wymaga. Kto potrafi zarówno docenić, jak i powiedzieć: „nie zgadzam się, żebyś krzywdził innych”. Granice pokazują dziecku, że dorosły interesuje się jego życiem i nie zostawi go samego z trudnymi decyzjami.
Jeżeli młody człowiek nie czuje się ważny w domu czy w szkole, może szukać uznania gdzie indziej. Trafia do grupy, w której ktoś go zauważa, daje mu poczucie przynależności, a potem podnosi poprzeczkę: pokaż, że się nie boisz, zrób coś mocniejszego. To nie znaczy, że brak uwagi musi prowadzić do przemocy, jednak warto zapytać, kto i za co docenia nasze dziecko, zanim zacznie ono zdobywać uznanie cudzą krzywdą.
PAP: Przywołam przykład Chin: tam ograniczono nieletnim czas grania w sieci do jednej godziny dziennie i to tylko w soboty niedziele i święta, a przestrzeganie tych ograniczeń podlega kontroli. Tylko jak daleko możemy się posunąć? Chcemy, żeby rodzice pilnowali dzieci, ale chyba nie chcemy totalnej kontroli nad społeczeństwem?
D.D.: Patrzę na te rozwiązania przede wszystkim z perspektywy problemu uzależnień. Chińczycy dostrzegli, że młodzi ludzie tracą motywację do nauki, pracy, budowania relacji, i uznali, że trzeba zareagować. W mojej ocenie ograniczanie czasu grania służy ochronie zdrowia psychicznego. Gra jest rozrywką, więc nie traktowałbym takich ograniczeń tak samo, jak kontrolowania aktywności politycznej czy cenzurowania poglądów.
PAP: Ale kontrola tego, kto, kiedy i na jakim koncie gra, nadal jest kontrolą. Jak wyegzekwować odpowiedzialność rodziców, nie wchodząc zbyt głęboko w życie rodziny?
D.D.: Nie mam gotowego projektu przepisów. Uważam jednak, że rodzice powinni ponosić także odpowiedzialność karną za zaniedbania w świecie cyfrowym. Jeśli dorosły ignoruje zagrożenie, nie interesuje się tym, co robi dziecko, lekceważy ograniczenia wieku na platformach, a później dochodzi do krzywdy, nie możemy pomijać jego odpowiedzialności.
Ponosimy konsekwencje różnych zaniedbań. Jeśli ktoś nie dopilnuje psa i ten pogryzie człowieka, odpowiada za to. Tym bardziej powinniśmy rozmawiać o konsekwencjach zaniedbania obowiązków wobec dziecka, które zmanipulowane w sieci krzywdzi drugiego człowieka.
Wierzę, że można opracować rozwiązania, które będą chroniły dzieci i dorosłych, uwzględniając również prawo do prywatności. Moim zdaniem bez konsekwencji za zaniedbania sama rozmowa i apelowanie o empatię nie wystarczą. Natomiast wiem, jak nazwałbym zbiór norm prawnych temu poświęconych – lex Daria, ku upamiętnieniu 37-letniej kobiety, matki dwojga dzieci, zabitej w szkole w Leszczydole-Nowinach przez piętnastolatka.
PAP: Co powinno być najważniejsze, kiedy rozmawiamy o nieletnim sprawcy przemocy?
D.D.: Nie możemy zgubić osoby, którą skrzywdzono. W debacie pojawia się współczucie dla sprawcy, bo jest młody, mówi się o jego emocjach i problemach. A przecież są także ofiary i ich bliscy. Jak wytłumaczyć dzieciom, które straciły matkę, to, co się wydarzyło?
Trzeba wrócić do poszanowania drugiego człowieka i wartości ludzkiego życia. Dziecko musi wiedzieć, że jego zachowanie ma konsekwencje. Dorosły musi wiedzieć, że ma wobec niego obowiązki. Jeśli nauczyciele boją się iść do szkoły, uczniowie boją się iść do szkoły, a rodzice boją się własnych dzieci, to trzeba zacząć tę sytuację odwracać.
Nie jest za późno. Jednak odpowiedzialności za wychowanie nie możemy zostawić sieci.
Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)



Napisz komentarz
Komentarze