Kiedy władza świętowała rewolucję, młodzież mówiła „nie”
7 listopada 1951 roku komunistyczny świat obchodził 34. rocznicę rewolucji bolszewickiej, nazywanej wówczas Wielką Socjalistyczną Rewolucją Październikową. Było to jedno z najważniejszych świąt ideologicznych sowieckiego imperium. Propaganda przekonywała o historycznym zwycięstwie socjalizmu, a partyjni funkcjonariusze opowiadali o rzekomo szczęśliwej przyszłości ludzkości. W Polsce, której polityczne losy po zakończeniu II wojny światowej podporządkowano Moskwie, również obowiązywał ten sam rytuał. Portrety Stalina, czerwone sztandary, akademie, przemówienia i nieustanne zapewnienia o przyjaźni polsko-radzieckiej stanowiły codzienny krajobraz epoki.
Tymczasem w Tomaszowie Mazowieckim grupa licealistów przygotowywała coś, co w oczach ówczesnych władz urastało do rangi poważnego przestępstwa przeciwko państwu. W nocy z 7 na 8 listopada młodzi konspiratorzy rozprowadzili ulotki antykomunistyczne. Ich przekaz podważał oficjalną propagandę i przypominał, że nie wszyscy Polacy pogodzili się z narzuconym systemem. Nie ma pewności, czy termin akcji wybrano specjalnie ze względu na sowiecką rocznicę. Trudno jednak nie dostrzec historycznego kontrastu: kiedy jedni świętowali triumf rewolucji, inni przypominali o wolności, którą rewolucyjny system odebrał.
To nie była wielka operacja konspiracyjna. Na ulicach Tomaszowa nie pojawiły się zbrojne oddziały. Nie doszło do demonstracji ani otwartego wystąpienia przeciwko władzy. A jednak tych kilkadziesiąt czy kilkaset kartek papieru miało znaczenie znacznie większe, niż sugerowałby ich materialny ciężar. W państwie, które usiłowało kontrolować nie tylko czyny obywateli, lecz również ich myśli, niezależne słowo stawało się aktem odwagi.
Tomaszowskie „Syzyfowe prace”. Od szkolnych rozmów do konspiracji
Historia „Orląt” ma w sobie coś z atmosfery „Syzyfowych prac” Stefana Żeromskiego. Oto szkoła, która według zamierzeń państwa miała wychowywać posłusznych obywateli, staje się miejscem narodzin buntu. Tyle że zamiast carskiego systemu rusyfikacji pojawia się marksizm-leninizm, zamiast urzędników rosyjskiego imperium — funkcjonariusze Polski Ludowej, a rolę narzędzia ideologicznego podporządkowania przejmują między innymi szkolne struktury Związku Młodzieży Polskiej.
Co ciekawe, tradycje dzisiejszego I Liceum Ogólnokształcącego im. Jarosława Dąbrowskiego obejmują również protesty uczniów z 1905 roku, domagających się polskiego języka nauczania i zniesienia policyjnej kontroli nad młodzieżą. Historia zatoczyła więc osobliwe koło. Pół wieku później kolejne pokolenie wychowanków tej szkolnej tradycji ponownie sprzeciwiło się politycznemu zniewoleniu, choć tym razem jego sprawcami byli ludzie posługujący się językiem polskim i deklarujący, że działają w interesie polskiego narodu.
Organizacja „Orlęta” powstała w czerwcu 1951 roku. Jej założycielami byli uczniowie klasy dziesiątej: Jan Łaski, Jerzy Wiliński, Ewa Przyżycka i Maria Wolszakiewicz. Jak wynika z historii szkoły, wszystko zaczęło się od spotkań po lekcjach, podczas których młodzi ludzie rozmawiali początkowo o sprawach gospodarczych, a następnie coraz częściej o polityce. Nie godzili się z fałszowaniem najnowszej historii Polski, przemilczaniem tradycji Armii Krajowej i przedstawianiem Związku Radzieckiego jako bezinteresownego wyzwoliciela.
Do grupy dołączyli kolejni uczniowie. Ostatecznie tworzyło ją ośmioro młodych ludzi: Barbara Figiel, Janina Korbacz, Jan Łaski, Iwo Płachecki, Ewa Przyżycka, Jerzy Wiliński, Maria Wolszakiewicz i Danuta Wójciak. Pięć dziewcząt i trzech chłopców. Zwyczajni licealiści, którzy powinni przygotowywać się do matury, wybierać przyszłe studia, zakochiwać się i korzystać z młodości. Zamiast tego weszli w świat konspiracyjnych spotkań, nielegalnych druków i nieustannego zagrożenia.
Jest w tej historii szczegół szczególnie wymowny. Wszyscy członkowie „Orląt” należeli jednocześnie do Związku Młodzieży Polskiej, organizacji będącej jednym z instrumentów komunistycznej indoktrynacji. Samo formalne członkostwo nie oznaczało jednak ideologicznej lojalności. Tomaszowscy licealiści byli tego najlepszym dowodem.
Pierwotnie ich organizacja nosiła nazwę „Młode Orlęta w Koronie”. Nawiązywała do legendy Orląt Lwowskich, młodych obrońców polskiego Lwowa z 1918 roku. Symbolika ta nabiera dodatkowego znaczenia, gdy zajrzymy do archiwalnego biogramu Jerzego Ryszarda Wilińskiego. Urodził się on 8 kwietnia 1934 roku właśnie we Lwowie. W listopadzie 1951 roku miał zaledwie siedemnaście lat. Miasto, którego młodzi obrońcy stali się symbolem patriotycznego poświęcenia, było również jego miastem urodzenia.
Cztery plakaty, zniszczony portret Stalina i maszyna „Olimpia”
Pierwsza akcja „Orląt” odbyła się zaledwie kilka dni po założeniu organizacji. W nocy z 19 na 20 czerwca 1951 roku na terenie Tomaszowa pojawiły się cztery ręcznie wykonane plakaty antykomunistyczne. Odwoływały się również do bohaterstwa Orląt Lwowskich. Z dokumentacji zachowanej w archiwach IPN wynika, że podpisano je hasłem „Walka z Komunizmem”.
Potem przyszły kolejne działania. Młodzież zniszczyła dekoracje przygotowane na szkolnym boisku z okazji wydarzenia propagandowego związanego ze Zlotem Młodych Bojowników o Pokój w Berlinie. Konspiratorzy zabrali również dokumentację szkolnego koła ZMP oraz podstawowej organizacji partyjnej PZPR. Zniszczony został portret Józefa Stalina.
Dzisiaj można wzruszyć ramionami. Portret, szkolne dekoracje, kilka dokumentów. Wtedy jednak Stalin nie był zwyczajnym przywódcą obcego państwa. Otaczał go niemal religijny kult. Jego wizerunki wisiały w urzędach, szkołach i zakładach pracy. Publiczne zniszczenie portretu sowieckiego dyktatora oznaczało świadome przekroczenie granicy, za którą czekał aparat represji.
Nie należy jednak sprowadzać działań „Orląt” wyłącznie do rozdawania ulotek. Zachowane akta pokazują również czynności, które współcześnie nazwalibyśmy sabotażem i naruszeniem prawa własności. W połowie października 1951 roku Jerzy Wiliński wraz z innym członkiem organizacji zabrali z sekretariatu tomaszowskiego Liceum Handlowego maszynę do pisania marki „Olimpia”. Według materiałów śledczych sporządzono na niej około stu ulotek antykomunistycznych. W aktach dotyczących Wilińskiego pojawia się także zarzut nielegalnego przechowywania pistoletu.
Nie zmienia to zasadniczego charakteru organizacji, której działalność koncentrowała się przede wszystkim na propagandzie antykomunistycznej. Pokazuje natomiast, że rzeczywista historia jest bardziej skomplikowana niż wygodna legenda o bezbronnych uczniach z kilkoma kartkami papieru.
Listopadowa akcja była jednym z najważniejszych przedsięwzięć tomaszowskiej grupy. Nie zakończyła jej działalności. Jeszcze przed Bożym Narodzeniem 1951 roku młodzież ponownie rozprowadzała ulotki. W dokumentach bezpieki odnotowano przygotowania do wykonania kolejnych kilkudziesięciu egzemplarzy.
Równocześnie konspiratorzy szukali kontaktów z innymi środowiskami przeciwnymi komunistycznej władzy. Spotykali się z członkami Towarzystwa Antykomunistycznego (TAK), działającego w Łodzi, a także korzystali ze wsparcia młodego duchownego, związanego z tomaszowską parafią św. Antoniego.
Ksiądz, który nie chciał odwrócić wzroku
Ksiądz Zdzisław Czosnykowski miał wówczas zaledwie dwadzieścia kilka lat. Był przedwojennym harcerzem, wikariuszem parafii św. Antoniego i od września 1951 roku prefektem tomaszowskiego liceum. Organizował życie religijne młodzieży, prowadził koło ministrantów i chór parafialny.
Jak ustalił historyk IPN Paweł Wąs, autor poświęconego duchownemu artykułu „Kapłan wyklęty”, pod koniec 1951 roku członkowie „Orląt” zwrócili się do niego w poszukiwaniu pomocy duchowej i materialnej. Ksiądz udzielił młodym konspiratorom pożyczki na zakup powielacza.
Ten gest miał później kosztować go niezwykle wiele.
W stalinowskiej Polsce Kościół katolicki był traktowany przez władzę jako jeden z najważniejszych przeciwników ideologicznych. Komuniści starali się ograniczać jego wpływ na młodzież, likwidowali organizacje katolickie i próbowali podporządkować duchowieństwo państwu. Kontakty księdza z nielegalną organizacją młodzieżową stanowiły dla bezpieki idealny pretekst do rozpoczęcia kolejnego śledztwa.
Wkrótce okazało się, że władza nie zamierza poprzestać na obserwacji.
„Spiskowcy”. Bezpieka rozpoczyna polowanie na licealistów
Tomaszowski Urząd Bezpieczeństwa prowadził przeciwko organizacji sprawę operacyjną pod kryptonimem „Spiskowcy”. Funkcjonariusze analizowali próbki pisma maszynowego, starali się ustalić pochodzenie ulotek i wykorzystywali tajnych informatorów do rozpoznawania środowiska młodzieżowego.
To jeden z najbardziej ponurych paradoksów tamtej epoki. Państwo utrzymywało rozbudowany aparat śledczy i sieć agenturalną po to, by tropić między innymi uczniów, którzy odważyli się napisać, że nie zgadzają się z oficjalną ideologią.
Przełom nastąpił po zatrzymaniach członków łódzkiego Towarzystwa Antykomunistycznego. Śledztwo doprowadziło funkcjonariuszy również do Tomaszowa. Między 23 a 25 lutego 1952 roku członkowie „Orląt” zostali aresztowani. Księdza Czosnykowskiego zatrzymano 6 marca.
Przesłuchania prowadzono w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi. Jak wynika z ustaleń historyków IPN, były one brutalne. Stosowano przemoc psychiczną i fizyczną, usiłując wymusić informacje o innych organizacjach konspiracyjnych oraz kontaktach z duchowieństwem.
Młodzi ludzie, którzy kilka miesięcy wcześniej rozmawiali po lekcjach o historii Polski, znaleźli się w rękach funkcjonariuszy systemu, dla którego podejrzenie politycznej nielojalności wystarczało do zastosowania represji.
Najbardziej wstrząsające jest jednak to, co wydarzyło się później.
Za ulotki — osiem lat. Za pomoc młodzieży — dziesięć
W czerwcu 1952 roku przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Łodzi zapadły surowe wyroki. Z zachowanej dokumentacji wynika, że Jerzy Wiliński został skazany 11 czerwca na siedem lat więzienia. Także ksiądz Czosnykowski usłyszał wówczas wyrok dziesięciu lat pozbawienia wolności, połączony z utratą praw publicznych i konfiskatą mienia.
Jan Łaski został skazany na osiem lat więzienia, Jerzy Wiliński na siedem, Ewa Przyżycka na pięć, Maria Wolszakiewicz na cztery, Iwo Płachecki na trzy i pół roku, Barbara Figiel na trzy, Danuta Wójciak na dwa i pół, a Janina Korbacz na półtora roku. Najsurowiej potraktowano księdza Zdzisława Czosnykowskiego.
Warto jeszcze raz przeczytać te liczby. Pięć lat. Siedem. Osiem. Dziesięć.
Nie za zabójstwa ani przeprowadzenie zbrojnej rebelii, lecz za działalność w niewielkiej organizacji konspiracyjnej, której głównym narzędziem oddziaływania były plakaty i ulotki, choć w sprawie osądzano również inne czyny. W realiach stalinowskiego państwa taka działalność została potraktowana jako zagrożenie dla ustroju.
Karę odbywano między innymi w więzieniach w Łodzi, Sieradzu, Jaworznie, Łęczycy, Grudziądzu i Bojanowie. Historia Jerzego Wilińskiego pokazuje, że nie były to wyłącznie liczby zapisane w sądowych aktach. Siedemnastolatek trafił do więziennego świata, w którym musiał mierzyć się z rzeczywistością całkowicie odmienną od szkolnych klas i rodzinnego domu. Przebywał między innymi w więzieniu w Jaworznie, gdzie pracował w kopalni węgla. Jego matka występowała o ułaskawienie syna, ale prośbie nie nadano dalszego biegu. Dopiero amnestia z 1953 roku zmniejszyła wymierzoną mu karę do trzech i pół roku, a w lipcu 1954 roku został warunkowo zwolniony.
Represje objęły również nauczycielkę liceum, Helenę Jędrzejczyk, uczącą biologii i geografii. Aresztowano ją 10 października 1952 roku. Zarzucano jej, że wiedziała o konspiracyjnej działalności wychowanków i nie poinformowała o tym władz, a także nastawiała młodzież przeciwko systemowi komunistycznemu. W grudniu tego samego roku została skazana na trzy lata więzienia. Karę zmniejszono następnie do półtora roku, które odbyła w zakładach karnych w Łodzi i Łęczycy.
Historia Jędrzejczyk przypomina, że represyjny system uderzał nie tylko w bezpośrednich uczestników oporu. Mógł również karać ludzi, którzy nie chcieli donosić na własnych uczniów.
Ośmioro uczniów wśród tysięcy młodych buntowników
Tomaszowskie „Orlęta” nie były odosobnionym przypadkiem. Według szacunków Instytutu Pamięci Narodowej w latach 1944/1945–1956 na ziemiach polskich działało około tysiąca konspiracyjnych organizacji młodzieżowych, skupiających blisko jedenaście tysięcy uczestników.
Powstawały w szkołach średnich, w niewielkich miejscowościach i dużych miastach. Nawiązywały do tradycji Armii Krajowej, Szarych Szeregów i przedwojennych organizacji patriotycznych. Ich członkowie drukowali ulotki, malowali antykomunistyczne napisy, tworzyli konspiracyjne struktury, a niekiedy podejmowali znacznie bardziej ryzykowne działania.
Była to młodzież wychowywana w cieniu wojny, pamiętająca jeszcze opowieści o niemieckiej okupacji, a jednocześnie obserwująca narodziny kolejnego systemu politycznego, który ograniczał swobody obywatelskie.
Nie wszyscy byli politycznie dojrzali. Niektóre nadzieje, choćby wiara w rychły wybuch trzeciej wojny światowej i upadek komunizmu, okazały się złudne. Nie wszystkie podejmowane przez nich działania były też pozbawione kontrowersji. Nie odbiera to jednak znaczenia ich podstawowej decyzji: odmowy podporządkowania własnego sumienia oficjalnej ideologii.
Właśnie dlatego historię młodzieżowego podziemia warto opowiadać bez uproszczeń. Nie jako bezkrytyczną legendę, ale jako świadectwo czasu, w którym zwykły sprzeciw mógł zrujnować życie.
Pamięć wraca do szkoły. „Polsce wierni”
Przez dziesięciolecia historia tomaszowskich „Orląt” nie zajmowała należnego jej miejsca w publicznej świadomości. Komunistyczna Polska nie była zainteresowana przypominaniem nastolatków skazywanych przez własne sądy za działalność niepodległościową. O takich sprawach milczano w podręcznikach, a prawdziwy obraz wydarzeń pozostawał w rodzinnej pamięci i archiwach.
Dopiero po przemianach ustrojowych możliwe stało się systematyczne odtwarzanie historii podobnych organizacji.
27 lutego 2019 roku w I Liceum Ogólnokształcącym im. Jarosława Dąbrowskiego w Tomaszowie Mazowieckim odsłonięto tablicę upamiętniającą członków „Orląt”. Była częścią ogólnopolskiego projektu IPN poświęconego młodzieżowym organizacjom antykomunistycznym.
W uroczystościach uczestniczyli przedstawiciele Instytutu Pamięci Narodowej, władz państwowych i samorządowych, duchowieństwa oraz szkolnej społeczności. Historyczne wykłady wygłosili Dariusz Rogut i Paweł Wąs. Obecna była również Alicja Wilińska, żona zmarłego Jerzego Wilińskiego, jednego z założycieli organizacji.
Ówczesny prezes IPN Jarosław Szarek mówił do uczniów, że to właśnie w ich rękach znajduje się pamięć o tomaszowskich „Orlętach”. Nawiązał przy tym do słów, którymi młodzi konspiratorzy wzywali swoich rówieśników do wierności ojczyźnie.
To szczególnie wymowna scena. W tym samym budynku, w którym niegdyś młodzież przygotowywała się do walki z komunistyczną propagandą, kolejne pokolenie poznawało nazwiska swoich poprzedników. Po latach milczenia pamięć powróciła tam, gdzie wszystko się zaczęło.
Siedemdziesiąt pięć lat później. Czy pamiętamy?
Współczesnemu człowiekowi trudno wyobrazić sobie świat, w którym napisanie i rozpowszechnienie ulotki politycznej może oznaczać wieloletnie więzienie. Przywykliśmy do publicznych sporów, krytykowania polityków, publikowania własnych opinii i otwartego kwestionowania decyzji władzy. Wolność słowa, mimo wszystkich współczesnych sporów o jej granice, pozostaje jednym z fundamentów demokratycznego państwa.
Dla pokolenia tomaszowskich „Orląt” była marzeniem, za które trzeba było zapłacić bardzo wysoką cenę.
Dziś, w 75. rocznicę akcji z nocy 7 na 8 listopada 1951 roku, warto przypomnieć wszystkie osiem nazwisk. Nie tylko dlatego, że należą do historii Tomaszowa Mazowieckiego. Również dlatego, że mówią nam coś istotnego o odwadze, odpowiedzialności i sposobie działania totalitarnej władzy.
W historii miasta łatwo znaleźć miejsce dla fabrykantów, przemysłowców, generałów i polityków. Znacznie trudniej przywraca się pamięć o tych, którzy nie pozostawili po sobie wielkich budowli ani pomników, lecz jedynie dokumenty śledztw, więzienne akta i wspomnienia najbliższych.
A przecież historia Tomaszowa Mazowieckiego to nie tylko dzieje fabryk, ulic, pałaców i kolejnych władz samorządowych. To również historia ludzi, którzy w najtrudniejszych czasach potrafili powiedzieć „nie”.
Barbara Figiel. Janina Korbacz. Jan Łaski. Iwo Płachecki. Ewa Przyżycka. Jerzy Wiliński. Maria Wolszakiewicz. Danuta Wójciak.
Osiem nazwisk. Osiem młodych życiorysów, których bieg brutalnie zmieniła stalinowska machina represji.
W listopadzie 1951 roku mieli przeciwko sobie aparat bezpieczeństwa, sądy wojskowe i całą potęgę państwowej propagandy. Mieli jednak coś, czego nie dało się zamknąć w więziennej celi — przekonanie, że człowiek nie musi zgadzać się na kłamstwo tylko dlatego, że zostało ono ogłoszone prawdą przez władzę.
I może właśnie dlatego, po siedemdziesięciu pięciu latach, warto o nich pamiętać.



Napisz komentarz
Komentarze