Suede po „Coming Up”. Koniec britpopowej niewinności
Historia Suede należy do najważniejszych rozdziałów brytyjskiego rocka lat dziewięćdziesiątych. Debiutancki „Suede” (1993) uczynił z grupy sensację, zanim jeszcze określenie britpop stało się wygodną etykietą przemysłu muzycznego. Brett Anderson i Bernard Butler połączyli glam rock Davida Bowiego z melancholią The Smiths i zmysłowością brytyjskiego rocka alternatywnego. „Dog Man Star” (1994) przyniósł monumentalne aranżacje, romantyczny dramatyzm i rozpad twórczego partnerstwa. Odejście Butlera mogło zakończyć karierę zespołu, ale młody Richard Oakes nadał mu nową energię. „Coming Up” (1996) okazał się triumfem melodyjnego pop rocka. „Trash”, „Beautiful Ones”, „Filmstar” i „Saturday Night” przywróciły Suede popularność, pokazując, że grupa potrafi tworzyć przebojowe piosenki bez rezygnowania ze swojej osobowości. Sukces postawił jednak muzyków przed pytaniem: co dalej, skoro przepis na popularność został już odkryty?
Pod koniec dekady britpop znajdował się w odwrocie. Oasis coraz mocniej odczuwali ciężar własnej legendy, Blur eksperymentowali z amerykańskim rockiem alternatywnym, a muzyka elektroniczna przenikała do głównego nurtu. Suede postanowili połączyć gitarową energię z klubowym pulsem. „Head Music” ukazał się 3 maja 1999 roku nakładem Nude Records, a jego producentem został Steve Osborne, współpracujący wcześniej między innymi z New Order i Happy Mondays. Zastąpił Eda Bullera, odpowiedzialnego za poprzednie albumy grupy. W składzie pozostawali Brett Anderson, Richard Oakes, Neil Codling, Mat Osman i Simon Gilbert. Trzynaście kompozycji łączyło glam rock, britpop, alternatywny rock i elektronikę, tworząc materiał bardziej zróżnicowany niż „Coming Up”. Pomimo niejednoznacznych recenzji płyta dotarła do pierwszego miejsca brytyjskiej listy sprzedaży.
Nie była to jednak radykalna zmiana porównywalna z berlińskimi eksperymentami Bowiego. Suede zachowali charakterystyczne melodie, gitarowe riffy i prowokacyjny styl Andersona. Elektronika miała odświeżyć brzmienie, nie zastąpić jego fundamentów. „Head Music” przypomina „Coming Up” oglądany przez kolorowe szkło po kilku nieprzespanych nocach. Wszystko wydaje się znajome, ale kontury są mniej wyraźne, a kolory bardziej nienaturalne.
„Electricity”, „Savoir Faire” i „Can't Get Enough”. Prąd, seks i klubowe neony
Album otwiera „Electricity”, jeden z najbardziej efektownych singli Suede. Gitarowy riff Richarda Oakesa natychmiast przyciąga uwagę, a elektroniczne efekty nadają kompozycji nowoczesny charakter. Brett Anderson śpiewa z mieszaniną prowokacji i elegancji, przypominając konferansjera zapraszającego publiczność na przyjęcie, podczas którego nikt nie zamierza przestrzegać zasad. To świetnie skonstruowany utwór, łączący glamrockową energię z klubowym rytmem. Słychać wpływy Davida Bowiego z okresu „Scary Monsters”, T. Rex i bardziej tanecznej odmiany rocka lat dziewięćdziesiątych. „Electricity” udowadnia, że Suede potrafili unowocześnić własny styl bez utraty przebojowości. Znacznie bardziej ryzykowny okazuje się „Savoir Faire”, oparty na niemal reggae'owym rytmie, elektronicznych ozdobnikach i charakterystycznym wokalu Andersona. To muzyczny eksperyment, którego rezultat nie jest całkowicie przekonujący. Melodia pozostaje mniej wyrazista, a aranżacja sprawia chwilami wrażenie żartu, którego sens znają wyłącznie jego autorzy.
„Can't Get Enough” przywraca bardziej bezpośredni glam rock. Cięższe gitary, zdecydowany rytm i prowokacyjny wokal przywołują T. Rex oraz Iggy'ego Popa. Piosenka posiada niemal demonstracyjnie hedonistyczny charakter, ale pod powierzchnią rockowej energii kryje się emocjonalne zmęczenie. Tytułowe „nigdy dość” może oznaczać przecież nie tylko pragnienie kolejnych doznań, lecz również niezdolność do osiągnięcia satysfakcji. W „American Psycho” Breta Eastona Ellisa bohater funkcjonuje w świecie luksusu, konsumpcji i powierzchownych relacji, a im więcej posiada, tym bardziej staje się wewnętrznie pusty. Utwór Suede wywołuje podobne skojarzenie. Muzycznie pozostaje jednak przede wszystkim znakomitą, dynamiczną piosenką, która bez trudu mogłaby znaleźć się na „Coming Up”.
„Everything Will Flow”, „Down” i „She's in Fashion”. Piękno po zakończeniu imprezy
„Everything Will Flow” jest jedną z najpiękniejszych kompozycji Suede z okresu po odejściu Bernarda Butlera. Melancholijna melodia, szerokie aranżacje i naturalnie prowadzony wokal Andersona tworzą piosenkę, której nie trzeba ozdabiać dodatkowymi efektami. Elektronika pozostaje dyskretna, a muzyka rozwija się z niemal filmową elegancją. To opowieść o zmianie i konieczności zaakceptowania rzeczywistości, której nie można zatrzymać. W przeciwieństwie do bardziej prowokacyjnych nagrań albumu Anderson rezygnuje tutaj z teatralnego gestu. W jego głosie pojawia się rzadko spotykany spokój, a refren posiada niezwykłą naturalność. To jeden z tych utworów, które mogłyby znaleźć miejsce na dowolnym z najlepszych wydawnictw zespołu. „Down” jest bardziej kameralny. Subtelna elektronika, spokojniejsze tempo i melancholijny śpiew tworzą atmosferę nocnego powrotu, gdy po wielogodzinnej zabawie pozostają już tylko zmęczenie i myśli, przed którymi próbowaliśmy uciec. Kompozycja nie posiada wielkiego refrenu, ale wyróżnia się nastrojem i emocjonalną powściągliwością.
„She's in Fashion” należy do największych przebojów w historii Suede, choć trudno nazwać ją zwyczajną popową piosenką. Delikatna elektronika, miękki rytm i niemal leniwa interpretacja Andersona tworzą atmosferę elegancji, za którą kryje się wyraźny chłód. Tytułowa bohaterka świetnie odnajduje się w świecie mody, reklamy i towarzyskich konwencji. Jej życie wygląda atrakcyjnie, ale wydaje się podporządkowane własnemu wizerunkowi. To portret człowieka, który bardziej istnieje w spojrzeniach innych niż we własnych doświadczeniach. Muzycznie utwór przywołuje późne Roxy Music, szczególnie „Avalon”, oraz elektroniczny pop lat osiemdziesiątych. Wyobrażam sobie jego bohaterkę jako postać z „Powiększenia” Michelangela Antonioniego, gdzie modne londyńskie środowisko i piękne twarze nie potrafią ukryć wewnętrznej pustki. Anderson tworzy podobny obraz za pomocą kilku prostych zdań i wyjątkowo sugestywnej melodii. Z dzisiejszej perspektywy piosenka brzmi niemal jak zapowiedź kultury mediów społecznościowych, w której wizerunek coraz częściej staje się najważniejszą częścią tożsamości.
„Asbestos”, „Head Music” i „Elephant Man”. Eksperyment czy autoparodia?
„Asbestos” należy do bardziej niepokojących fragmentów albumu. Elektroniczne faktury, nerwowy rytm i niemal obsesyjny wokal Andersona tworzą duszną atmosferę. Utwór nie posiada przebojowej siły najlepszych nagrań Suede, ale wprowadza do płyty potrzebny element niepewności. Tytułowy azbest można potraktować jako metaforę czegoś szkodliwego, co przez długi czas pozostaje niewidoczne. Bardziej interesująca od dosłownej interpretacji tekstu jest jednak sama muzyka – chłodna, miejska i pozbawiona romantycznego komfortu. Tytułowy „Head Music” stanowi jeszcze dalej posunięty eksperyment. Elektroniczny rytm, dziwaczne efekty i przewrotna interpretacja Andersona sprawiają, że kompozycja brzmi niemal jak muzyczny żart. Niektóre rozwiązania są interesujące, inne wydają się wymuszone. To przykład sytuacji, w której artystyczna odwaga nie wystarcza do stworzenia naprawdę dobrej piosenki.
„Elephant Man” powraca do glam rocka lat siedemdziesiątych, wykorzystując cięższe gitary, prosty rytm i demonstracyjnie przerysowaną ekspresję. Słychać tutaj T. Rex i Slade, ale brakuje charakterystycznej elegancji najlepszych nagrań Suede. Kompozycja ma energię oraz poczucie humoru, jednak jej prymitywna melodyka i przesadzona aranżacja mogą irytować. To jeden z momentów, kiedy zespół niebezpiecznie zbliża się do autoparodii. Największym problemem „Head Music” nie jest brak pomysłów, lecz niedostateczna selekcja materiału. Album zawiera kompozycje znakomite, ale również takie, które sprawiają wrażenie studyjnych eksperymentów pozostawionych na płycie bardziej z ciekawości niż z przekonania o ich wartości.
„Hi-Fi”, „Indian Strings” i „He's Gone”. Kiedy elektroniczny blask zaczyna gasnąć
„Hi-Fi” jest jednym z bardziej udanych przykładów wykorzystania elektroniki. Chłodne syntezatory, wyrazisty rytm i sposób prowadzenia melodii przywołują New Order, choć Suede zachowują własny charakter. Steve Osborne nie ogranicza się tutaj do dodawania efektów do tradycyjnej rockowej piosenki. Zmienia sposób budowania aranżacji, pozwalając rytmowi przejąć inicjatywę. Rezultat jest intrygujący, lecz emocjonalnie mniej przekonujący niż najlepsze ballady grupy. „Indian Strings” przywraca bardziej melancholijny nastrój. Delikatne elementy psychodeliczne współgrają z gitarową melodią, a Anderson śpiewa spokojniej, bez nadmiernej teatralności. Utwór posiada coś z atmosfery „Dog Man Star”, choć pozostaje bardziej kameralny. To jeden z najmocniejszych dowodów, że zespół nadal potrafił tworzyć muzykę poruszającą bez sięgania po monumentalne aranżacje.
„He's Gone” utrzymany jest w bardziej posępnym tonie. Spokojne tempo, subtelne instrumentarium i skupiony wokal tworzą nastrój straty. Kompozycja posiada emocjonalną wiarygodność, ale rozwija się przewidywalnie i nie dorównuje najlepszym balladom Suede pod względem melodyjnej wyrazistości. Album zamyka „Crack in the Union Jack”, utwór o symbolicznym tytule, który można odczytywać jako obraz pęknięcia w brytyjskiej tożsamości końca wieku. Muzyka jest kameralna, niemal pozbawiona efektownej kulminacji. Zamiast wielkiego finału otrzymujemy spokojne wyciszenie. To interesująca decyzja dramaturgiczna: po albumie wypełnionym taneczną energią i elektronicznymi eksperymentami zostaje niewiele więcej niż głos Andersona i poczucie zmęczenia. W „Ziemi jałowej” T.S. Eliota rzeczywistość rozpada się na fragmenty, a dawne symbole tracą oczywiste znaczenie. „Crack in the Union Jack” wywołuje podobne skojarzenie, choć Suede posługują się znacznie prostszymi środkami. To nie polityczny manifest, ale sugestywne zakończenie albumu wydanego kilka miesięcy przed nadejściem nowego tysiąclecia.
Krytycy o „Head Music”. Między geniuszem a nonsensem
„Head Music” podzielił krytyków, choć większość recenzentów dostrzegała jego przebojowy potencjał i odwagę stylistyczną. Andy Gill z „The Independent”, w tekście opublikowanym 29 kwietnia 1999 roku, określił album jako „broader in musical conception than their previous albums”, czyli szerszy pod względem koncepcji muzycznej niż wcześniejsze wydawnictwa zespołu. Zwrócił uwagę na znaczenie Steve’a Osborne’a, który wprowadził większą rytmiczną swobodę i nowoczesne brzmienie. Suede przestali traktować kulturę klubową wyłącznie jako temat piosenek, zaczynając wykorzystywać jej muzyczny język. To trafna obserwacja, szczególnie w odniesieniu do „Hi-Fi”, „She's in Fashion” i „Savoir Faire”.
Ted Kessler z „NME” ocenił album na 7/10, używając określenia „hair-raising pop”, czyli pop zdolny wywoływać dreszcz emocji. Jednocześnie zarzucał Andersonowi powracanie do dobrze znanych tematów seksu, narkotyków i życia na brytyjskich przedmieściach. Zastrzeżenie wydaje się uzasadnione. Teksty na „Head Music” rzadko dorównują obrazowością „The Asphalt World”, „The Wild Ones” czy „Still Life”. Laura Lee Davies z „Time Out” dostrzegła natomiast w płycie cienką granicę pomiędzy geniuszem a nonsensem. To wyjątkowo celna charakterystyka albumu, którego najbardziej odważne pomysły nie zawsze kończą się artystycznym sukcesem.
Stephen Thomas Erlewine z AllMusic był bardziej sceptyczny. Jego zdaniem „Head Music” stanowi przede wszystkim kontynuację „Coming Up”, wzbogaconą elektroniką i tanecznymi rytmami. Docenił „Electricity”, „Can't Get Enough” i „She's in Fashion”, ale uważał, że nowe brzmienie nie zawsze przekłada się na istotne zmiany kompozycyjne. W podsumowaniu użył określenia „Nobody makes cheap sleaze sound so alluring” – nikt nie potrafi sprawić, by tania dekadencja brzmiała tak kusząco. W tej ironicznej uwadze zawarta jest istota stylu Suede. Zespół potrafił zamieniać kicz, prowokację i przesadę w muzykę o wyjątkowym uroku. Bardziej przychylnie wypowiadali się niektórzy niemieccy krytycy, między innymi autorzy laut.de, podczas gdy Plattentests.de przyznał albumowi 6/10, wskazując na ograniczenia elektronicznego eksperymentu. Opinie te potwierdzają, że „Head Music” pozostaje jednym z najbardziej niejednoznacznych albumów w dyskografii Suede. Nie każda kompozycja zasługuje na zachwyt, ale całość trudno uznać za artystyczną porażkę.
Brett Anderson, Richard Oakes i Neil Codling. Trzy temperamenty
Brett Anderson nadal pozostaje najważniejszą osobowością Suede. Jego głos łączy zmysłowość, teatralność i melancholię, pozwalając rozpoznać zespół po kilku sekundach. Na „Head Music” wokalista częściej wykorzystuje jednak chłodniejszą, bardziej ironiczną ekspresję. W porównaniu z „Dog Man Star” rzadziej buduje wielkie dramatyczne kulminacje, lepiej odnajdując się w elektronicznych aranżacjach. Richard Oakes jest znakomitym gitarzystą i kompozytorem, którego największą zaletą pozostaje umiejętność tworzenia efektownych riffów podporządkowanych strukturze piosenki. „Electricity” i „Can't Get Enough” pokazują, że potrafił znakomicie rozwijać glamrockową tradycję zespołu. Istotną rolę odgrywa również Neil Codling, którego klawisze i zainteresowanie elektroniką poszerzają brzmieniowe możliwości grupy. Nie można zapominać o Macie Osmanie i Simonie Gilbercie, zapewniających muzyce rytmiczną stabilność. Ich współpraca ze Steve’em Osborne’em pozwoliła stworzyć produkcję bardziej przestrzenną i nowoczesną, choć chwilami nazbyt wygładzoną.
Zamiast zakończenia. Ostatni taniec przed końcem wieku
W „Portrecie Doriana Graya” Oscara Wilde’a piękno staje się zarówno przywilejem, jak i przekleństwem. Bohater może zachować młodość oraz atrakcyjność, ale każda kolejna próba ucieczki przed konsekwencjami własnych wyborów prowadzi do coraz głębszego rozpadu. „Head Music” Suede wywołuje podobne skojarzenie. To album zespołu, który nadal potrafił tworzyć piękne melodie, lecz coraz częściej dostrzegał cenę życia podporządkowanego poszukiwaniu kolejnych doznań. Brett Anderson nie staje się moralistą. Nadal fascynuje go świat nocnych klubów, pięknych twarzy, narkotycznych eksperymentów i seksualnej niejednoznaczności. Zmienia się jednak perspektywa. Bohaterowie pierwszych albumów byli młodymi buntownikami odrzucającymi społeczne konwenanse. Pod koniec dekady coraz bardziej przypominają ludzi próbujących zachować iluzję własnej wyjątkowości.
„Head Music” nie jest arcydziełem. Posiada zbyt wiele słabszych momentów, aby dorównać „Dog Man Star”, a niektóre eksperymenty elektroniczne okazują się powierzchowne. Teksty Andersona bywają powtarzalne, część melodii nie posiada odpowiedniej siły, a album sprawiałby lepsze wrażenie po usunięciu kilku kompozycji. Jednak „Electricity”, „Can't Get Enough”, „Everything Will Flow”, „She's in Fashion” i „Indian Strings” należą do najbardziej interesujących nagrań zespołu z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. W najlepszych chwilach Suede udowadniają, że glam rock, britpop i elektronika mogą tworzyć przekonującą całość.
Największą wartością wydawnictwa pozostaje jednak atmosfera. „Head Music” jest ścieżką dźwiękową do imprezy, z której wszyscy powinni już wrócić do domu, ale nikt nie ma odwagi pierwszy wyjść. To muzyczny portret końca wieku, gdy kultura popularna zachwycała się technologią, konsumpcją i nieograniczonymi możliwościami, ale coraz trudniej było ukryć emocjonalne zmęczenie. Wyobrażam sobie Bretta Andersona wychodzącego z londyńskiego klubu tuż przed świtem. Na ulicach leżą puste butelki, neony gasną, a miasto powoli wraca do codziennego życia. Wokalista poprawia kołnierz, zapala papierosa i rusza przed siebie. Nie wie jeszcze, dokąd pójdzie. Ale muzyka nadal gra.
„Head Music” nie jest najpiękniejszym albumem Suede. Jest za to jednym z najbardziej wymownych portretów chwili, kiedy wielka muzyczna dekada dobiegła końca, a jej bohaterowie nie byli jeszcze gotowi opuścić sceny.
Ocena końcowa: 8/10
„Head Music” Suede (1999) to ambitny, nierówny, ale fascynujący album, łączący britpop, glam rock, elektroniczny pop i alternatywny rock. Trzynaście kompozycji tworzy muzyczny obraz końca lat dziewięćdziesiątych, w którym taneczna energia spotyka się z melancholią i dekadencką estetyką. Najważniejsze utwory to „Electricity”, „Can't Get Enough”, „Everything Will Flow”, „She's in Fashion”, „Hi-Fi” i „Indian Strings”. Największymi zaletami pozostają wokal Bretta Andersona, gitarowe partie Richarda Oakesa, elektroniczne pomysły Neila Codlinga oraz produkcja Steve’a Osborne’a. Najpoważniejsze słabości to nierówny poziom materiału, miejscami powierzchowne eksperymenty i powtarzalność tekstów.
Werdykt: „Head Music” nie dorównuje artystycznej sile „Dog Man Star” ani przebojowej konsekwencji „Coming Up”, ale pozostaje wartościowym dokumentem przemian brytyjskiego rocka u schyłku XX wieku. Dla miłośników Davida Bowiego, Roxy Music, Pulp, Blur, New Order, Depeche Mode i klasycznego britpopu to album zdecydowanie wart ponownego odkrycia.
Suede – „Head Music” (Nude Records, 3 maja 1999). Produkcja: Steve Osborne. Skład: Brett Anderson, Richard Oakes, Neil Codling, Mat Osman i Simon Gilbert. Trzynaście utworów. Pierwsze miejsce brytyjskiej listy albumów. Przywołane opinie krytyczne pochodzą z „The Independent”, „NME”, „Time Out”, AllMusic, laut.de i Plattentests.de. Literackie porównania, interpretacje i ocena 8/10 stanowią autorski komentarz redakcyjny.



Napisz komentarz
Komentarze