Człowiek, który nie potrafi pisać małych piosenek
Neal Morse od dawna sprawia wrażenie muzyka, który nigdy nie pogodził się z faktem, że do napisania piosenki wystarczą trzy akordy, refren i trzy minuty. Gdyby powierzono mu skomponowanie melodii do reklamy porannej kawy, prawdopodobnie stworzyłby czterdziestominutową suitę o duchowym znaczeniu pierwszego łyku, z partią organów Hammonda, solówką gitarową i finałem wykonywanym przez sześćdziesięcioosobowy chór. To oczywiście żart. Ale tylko częściowo.
Były lider Spock's Beard, współtwórca Transatlantic i jeden z najbardziej pracowitych przedstawicieli współczesnego rocka progresywnego od lat porusza się po muzycznym świecie, w którym skromność formy nie jest najwyższą cnotą. Jego wyobraźnię ukształtowały wielkie rockowe katedry lat siedemdziesiątych: Genesis z czasów Petera Gabriela, symfoniczne konstrukcje Yes, kontrapunkty Gentle Giant, dramatyczna ekspresja Kansas i monumentalność Emerson, Lake & Palmer.
Ale Morse dołożył do tej tradycji element, który stał się zarówno źródłem jego artystycznej siły, jak i przyczyną nieustannych sporów wśród słuchaczy: głęboką, demonstracyjnie wyrażaną wiarę chrześcijańską. Dla jednych jest współczesnym odpowiednikiem kompozytora religijnych oratoriów, który zamiast organów kościelnych wybrał syntezatory i przesterowane gitary. Dla innych pozostaje artystą nazbyt dosłownym, nieskłonnym do pozostawiania pytań bez odpowiedzi. I właśnie pomiędzy tymi dwoma spojrzeniami rozgrywa się dramat „Sola Gratia”.
Album ukazał się 11 września 2020 roku nakładem InsideOut Music. Powstawał w szczególnych okolicznościach: podczas pandemicznego zamknięcia świata. Morse pracował zdalnie ze swoimi wieloletnimi współpracownikami, przede wszystkim perkusistą Mikiem Portnoyem oraz basistą Randym George'em. Gościnnie pojawili się również Eric Gillette, Bill Hubauer i Gideon Klein. Nie jest to jednak album zespołu The Neal Morse Band. Kompozycyjna odpowiedzialność spoczęła na samym Morsie. I to słychać.
Jest tutaj więcej niepodzielnej autorskiej wizji niż zespołowego dialogu. Mniej muzycznej demokracji, więcej świadomego prowadzenia słuchacza za rękę. Morse nie tyle zaprasza nas do wspólnego odkrywania historii, ile pokazuje przygotowaną wcześniej drogę. Można się temu poddać. Można także zaprotestować. Jedno jest pewne: obojętnie przejść obok tej muzyki byłoby trudno.
Od Lutra do Damaszku. Dwie historie, jeden niepokój
Tytuł „Sola Gratia” oznacza „tylko łaska” i odsyła do jednej z fundamentalnych zasad teologii reformacyjnej. Naturalnie przywołuje także wcześniejsze dzieło Morse’a, wydane w 2007 roku „Sola Scriptura”, opowiadające o Marcinie Lutrze i jego konflikcie z religijnym porządkiem epoki. Tam człowiek występował przeciwko instytucji, ponieważ był przekonany, że broni prawdy. Tutaj człowiek prześladuje innych, ponieważ również jest przekonany, że broni prawdy. To fascynujące odwrócenie perspektywy.
Bohaterem nowego albumu jest Szaweł z Tarsu, przyszły apostoł Paweł. Człowiek wykształcony, religijny, gorliwy, a zarazem gotowy uczestniczyć w prześladowaniu tych, których uważa za wrogów własnej wiary.
Czy można być głęboko religijnym, a jednocześnie całkowicie rozmijać się z istotą religii? Czy przekonanie o własnej moralnej wyższości może usprawiedliwiać okrucieństwo? I wreszcie: czy człowiek odpowiedzialny za zło naprawdę zasługuje na drugą szansę? W tym miejscu „Sola Gratia” przestaje być wyłącznie historią biblijną. Zaczyna przypominać literaturę Dostojewskiego.
Szaweł Morse'a mógłby pojawić się na kartach „Braci Karamazow”. Nie dlatego, że podziela filozofię Iwana, lecz dlatego, że jego dramat wyrasta z tego samego niepokojącego pytania: co dzieje się z człowiekiem, kiedy własną ideę czyni ważniejszą od drugiego człowieka? Można również pomyśleć o Raskolnikowie ze „Zbrodni i kary”, który dopiero w zetknięciu z konsekwencjami swoich czynów odkrywa, jak kruche są intelektualne konstrukcje mające usprawiedliwiać przemoc.
Morse opowiada tę historię bez rosyjskiego mroku i psychologicznej wieloznaczności. W jego świecie łaska nie jest tajemniczym przeczuciem. Jest odpowiedzią. I tu pojawia się pierwsza słabość albumu. Wielka literatura nie zawsze daje nam ukojenie. Morse natomiast od początku wie, dokąd zamierza doprowadzić swojego bohatera. To ogranicza dramaturgiczną niepewność, choć nie odbiera samej muzyce siły.
Uwertura, czyli Genesis spotyka Broadway
Album rozpoczyna krótkie „Preface”, które stanowi rodzaj muzycznej bramy prowadzącej z „Sola Scriptura” do nowej opowieści. Motywiczne nawiązanie do poprzedniej płyty nie jest przypadkowym ukłonem w stronę fanów. To świadoma próba stworzenia większego muzycznego uniwersum, w którym poszczególne dzieła prowadzą ze sobą rozmowę.
Następujące po nim „Overture” jest już pełnokrwistym popisem kompozytorskim. Przez niespełna sześć minut otrzymujemy niemal wszystko, za co słuchacze kochają klasyczny rock progresywny: zmienne tempa, dynamiczne przejścia, wyraziste partie klawiszowe, dialog gitar z basem i perkusję, która nie tyle odmierza rytm, ile komentuje wydarzenia. Można odnieść wrażenie, że Tony Banks, Rick Wakeman i Keith Emerson spotkali się na próbie musicalu, na którą niespodziewanie zaproszono muzyków Dream Theater. A jednak nie jest to bezmyślna demonstracja technicznej sprawności. „Overture” spełnia podstawową funkcję dobrej uwertury operowej: przedstawia język muzyczny świata, do którego właśnie wchodzimy.
Victor J. Giol z magazynu internetowego The Prog Report podkreślał w swojej recenzji z 24 sierpnia 2020 roku, że album od początku przypomina o ogromnych umiejętnościach kompozytorskich Morse’a oraz jego współpracowników. Recenzent uznał otwierającą suitę za znakomite wprowadzenie do charakterystycznego brzmienia solowych płyt artysty z pierwszej dekady XXI wieku.
Zgadzam się z taką interpretacją, ale dostrzegam również pułapkę. Morse potrafi budować muzyczne konstrukcje z podobną łatwością, z jaką zręczny architekt projektuje kolejne monumentalne budowle. Problem w tym, że po pewnym czasie zaczynamy rozpoznawać kształt łuków, rozmieszczenie kolumn i sposób prowadzenia schodów. Wciąż jesteśmy pod wrażeniem kunsztu. Coraz rzadziej jednak bywamy zaskoczeni.
Fanatyzm ma mocny riff
„In the Name of the Lord” należy do najbardziej bezpośrednich, ciężkich kompozycji albumu. Gitary brzmią agresywnie, rytm nabiera niemal marszowego charakteru, a wokal Morse’a pozbawiony zostaje części swojej zwyczajowej łagodności. To muzyka człowieka, który nie pyta. Człowieka, który wydaje rozkazy. Właśnie tutaj ujawnia się jedna z największych zalet „Sola Gratia”: zdolność opowiadania historii poprzez sam język instrumentalny.
Gdy Szaweł występuje jako prześladowca, muzyka bywa twarda, uporczywa, zbudowana z powtarzających się figur. Nie ma w niej wiele miejsca na oddech. Przypomina mechanizm. A mechanizm, jak wiadomo, nie potrzebuje sumienia. Potrzebuje jedynie paliwa. „Ballyhoo (The Chosen Ones)” i „March of the Pharisees” wprowadzają bardziej teatralny ton. Chwilami słyszymy tutaj niemal rockowy musical, w którym bohaterowie poruszają się po scenie oświetlonej jaskrawymi reflektorami. Skojarzenia z Jesus Christ Superstar Andrew Lloyda Webbera i Tima Rice’a są właściwie nieuniknione.
Ale porównanie to odsłania również różnicę pomiędzy twórcami. W „Jesus Christ Superstar” postaci bywają pełne wewnętrznych sprzeczności. Judasz może być jednocześnie zdrajcą, tragicznym idealistą i człowiekiem przenikliwiej od innych dostrzegającym niebezpieczeństwo. U Morse’a psychologiczne odcienie są znacznie wyraźniej uporządkowane. Dobro pozostaje dobrem. Zło jest złem. Najważniejsza jest przemiana.
Nie oznacza to, że takie rozwiązanie nie działa. Oznacza jedynie, że „Sola Gratia” bliżej do moralitetu niż do psychologicznego dramatu.
Mur, który wyrasta w ludzkiej głowie
„Building a Wall” to jeden z utworów, które szczególnie mocno prowokują do interpretacji wykraczającej poza religijny kontekst albumu. Tytułowy mur można rozumieć dosłownie, jako symbol oddzielenia wspólnoty od tych, których uznano za niebezpiecznych. Ale znacznie ciekawszy wydaje się mur niewidzialny. Ten, który człowiek buduje we własnym umyśle. Mur z przekonań, uprzedzeń, ideologicznych pewników i starannie dobranych argumentów. Takie mury bywają trwalsze niż betonowe konstrukcje. Można je znaleźć w polityce, religii, rodzinnych konfliktach, a nawet w codziennych rozmowach ludzi, którzy przestali się słuchać.
Muzycznie otrzymujemy mocny, komunikatywny rockowy numer, niemal stadionowy hymn. Nie jest szczególnie skomplikowany. I bardzo dobrze. Po rozbudowanej uwerturze oraz wcześniejszych zmianach rytmicznych prostota staje się dramaturgiczną koniecznością.
Problem polega na czymś innym. Refren jest tak bezpośredni i chwytliwy, że chwilami można zapomnieć, iż uczestniczymy w opowieści o religijnym prześladowaniu. To trochę tak, jakby ponure wydarzenia z „Imienia róży” Umberta Eco otrzymały oprawę muzyczną przygotowaną na wielki festiwal rockowy.
Efekt jest widowiskowy, ale nie zawsze całkowicie spójny emocjonalnie.
Podobną wątpliwość wyraził Sebastian Mack w niemieckim serwisie muzycznym Metal1.info, zauważając, że niektóre prostsze utwory kojarzą się ze stadionowym rockiem, co nie zawsze współgra z ciężarem opowiadanej historii.
Mimo tych zastrzeżeń wystawił albumowi wysoką ocenę — 8/10.
Trudno o lepsze streszczenie paradoksu tej płyty: zachwyca nawet wtedy, kiedy nie wszystko w niej przekonuje.
„Overflow”. Cisza, która mówi więcej niż tysiąc nut
Jeżeli pierwsza część „Sola Gratia” przypomina wielką scenę teatralną, pełną reflektorów, aktorów i dramatycznych gestów, „Overflow” nagle wygasza światła. Zostaje fortepian. Zostaje głos. Zostaje przestrzeń. To jeden z najpiękniejszych fragmentów albumu. Morse, który przed chwilą zdawał się prowadzić całą orkiestrę przez muzyczny labirynt, odkrywa teraz, że do wywołania wzruszenia nie potrzebuje skomplikowanych podziałów rytmicznych ani wielopiętrowych aranżacji. Potrzebuje melodii.
„Overflow” ma w sobie coś z intymności Petera Gabriela, delikatności ballad Marillion z okresu Steve’a Hogartha i duchowego skupienia późnych utworów Johnny Casha. Oczywiście są to podobieństwa nastroju, nie bezpośrednie zapożyczenia. Morse nie próbuje naśladować żadnego z tych artystów. Po prostu na chwilę przestaje być kompozytorem monumentalnych struktur, a staje się człowiekiem opowiadającym o doświadczeniu, którego nie da się wyrazić krzykiem.
W biblijnej dramaturgii albumu utwór ten wprowadza perspektywę Szczepana, pierwszego chrześcijańskiego męczennika. Jest w tym niezwykła ironia. Prześladowca otrzymuje ciężkie gitary, rytmiczną agresję i głośne deklaracje. Ofiara otrzymuje łagodność. I właśnie łagodność okazuje się silniejsza.
Scott Medina, autor recenzji opublikowanej w Sonic Perspectives 20 sierpnia 2020 roku, określił „Overflow” słowami:
„Simply gorgeous.”
Czyli: „Po prostu przepiękny”. Trudno mi się z nim nie zgodzić. To jeden z tych momentów, w których nawet słuchacz całkowicie obojętny wobec religijnego przesłania może poczuć emocjonalną prawdę muzyki. Nie trzeba wierzyć w niebo, żeby usłyszeć tęsknotę człowieka spoglądającego w jego stronę.
Pink Floyd na drodze do Damaszku
„Warmer Than the Sunshine” przynosi oddech instrumentalny, ale zaraz po nim pojawia się prawdziwy klejnot albumu — „Never Change”. Gdybym miał wskazać kompozycję, którą należałoby zaprezentować osobie nieznającej twórczości Morse’a, poważnie rozważyłbym właśnie ten utwór. Jest tutaj niemal wszystko, co stanowi o jego talencie. Pięknie rozwijana melodia, umiejętność budowania napięcia, gitarowa ekspresja, mocny finał i charakterystyczne połączenie melancholii z patosem. Przede wszystkim jednak pojawia się cień Pink Floyd.
Nie chodzi o mechaniczne podobieństwo do „Comfortably Numb” czy „Shine On You Crazy Diamond”, lecz o sposób wykorzystania gitary. David Gilmour uczynił z pojedynczej, odpowiednio wybrzmiewającej nuty instrument zdolny wyrazić samotność, żal i tęsknotę. Morse nie osiąga tutaj równie ascetycznej intensywności, ale chwilami zbliża się do podobnej filozofii grania. Gitara nie służy wyłącznie demonstracji umiejętności. Zaczyna przemawiać.
Paradoksalnie tytuł „Never Change” — „Nigdy się nie zmienię” — opisuje moment, w którym bohater najbardziej desperacko próbuje zaprzeczyć nadchodzącej przemianie. To psychologicznie interesujące.
Ludzie najgłośniej deklarują niezmienność swoich przekonań niekoniecznie wtedy, kiedy są ich najbardziej pewni.
Czasami robią to właśnie w chwili, gdy zaczynają dostrzegać pierwsze pęknięcia. W tym sensie „Never Change” ma więcej wspólnego z dramatem wewnętrznym niż z tradycyjną opowieścią religijną. Jest muzyką człowieka, który broni się przed własnym sumieniem. I właśnie dlatego działa tak dobrze.
„Seemingly Sincere”. Dziewięć minut prawdziwego progresywnego niepokoju
Najbardziej interesującą kompozycją „Sola Gratia” pozostaje dla mnie „Seemingly Sincere”. Trwający ponad dziewięć minut utwór nie próbuje od pierwszych sekund olśnić słuchacza monumentalnością. Przeciwnie. Rozwija się stopniowo, budując atmosferę niepewności poprzez elektroniczne faktury, powtarzalne figury instrumentalne i narastające napięcie.
Chwilami można pomyśleć o Porcupine Tree z okresu „In Absentia”, chwilami o bardziej eksperymentalnych fragmentach solowej twórczości Stevena Wilsona. To skojarzenie jest szczególnie ciekawe, ponieważ Morse i Wilson reprezentują dwa różne bieguny współczesnego rocka progresywnego.
Wilson często posługuje się niedopowiedzeniem, chłodem i egzystencjalnym lękiem. Morse wybiera emocjonalną bezpośredniość, duchowe uniesienie i afirmację. W „Seemingly Sincere” te dwa światy na moment się do siebie zbliżają.
Utwór ma w sobie niepokój, którego nie można od razu rozbroić refrenem. Potem przychodzą instrumentalne spiętrzenia. Perkusja Mike’a Portnoya nabiera niezwykłej energii. Gitara i instrumenty klawiszowe prowadzą dialog, który przypomina gorącą polemikę dwóch ludzi próbujących przekrzyczeć własne wątpliwości.
Portnoy pozostaje muzykiem wyjątkowym nie dlatego, że potrafi zagrać wiele nut w bardzo krótkim czasie. Takich perkusistów znajdziemy dzisiaj niemało. Jego siła polega na teatralnym rozumieniu rytmu. Wie, kiedy uderzyć z całą mocą, kiedy zostawić pustkę i kiedy pojedynczym przejściem zapowiedzieć nadciągającą katastrofę. Właśnie dlatego tak dobrze odnajduje się w muzyce Morse’a. Jeden z nich buduje wielkie muzyczne opowieści. Drugi potrafi nadać tym opowieściom dramatyczny puls.
Victor J. Giol z The Prog Report uznał „Seemingly Sincere” za jeden z najważniejszych momentów albumu, zwracając uwagę na rozbudowaną partię instrumentalną i popis perkusyjny Portnoya.
Z kolei Scott Medina z Sonic Perspectives docenił nietypowy, elektroniczny początek i stopniowe rozwijanie kompozycji.
W swojej recenzji zauważył też, że materiał porusza się po dość przewidywalnych torach, mimo znakomitego wykonania. Jego ogólna ocena wyniosła 8,6/10, przy czym oryginalność otrzymała tylko 6,5/10.
To ważne zastrzeżenie.
Bo „Seemingly Sincere” pokazuje, że Morse wciąż potrafi wyjść poza dobrze znany repertuar własnych środków, choć nie zawsze ma ochotę robić to konsekwentnie. Gdy muzyka zaczyna naprawdę niepokoić, pojawia się charakterystyczny, łatwo rozpoznawalny refren. Jakby kompozytor nie chciał zbyt długo pozostawiać słuchacza w niepewności. A przecież niepewność jest jednym z najciekawszych stanów, jakie sztuka może wywołać.
Objawienie musi być głośne
„The Light on the Road to Damascus” wprowadza opowieść w punkt kulminacyjny. Droga do Damaszku to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli przemiany w kulturze europejskiej. Niezależnie od religijnych przekonań, rozumiemy sens tego obrazu: człowiek zmierza w jednym kierunku, a potem wydarza się coś, co każe mu zakwestionować całe dotychczasowe życie. To moment podobny do dramatycznego rozpoznania w antycznej tragedii. Bohater odkrywa, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażał. Morse oczywiście nie pozwala, aby wydarzenie o tak fundamentalnym znaczeniu odbyło się przy akompaniamencie jednej gitary akustycznej.
„The Glory of the Lord” przynosi wielkie chóry, potężne brzmienie i gitarowy rozmach. Szczególnie efektownie prezentuje się solowa partia Erica Gillette’a. Wszystko zmierza ku oczyszczeniu i wyzwoleniu. I tutaj znów pojawia się pytanie o granice muzycznego patosu. Morse nie zna pojęcia półśrodków. Jeśli ma opowiedzieć o objawieniu, otwiera całe niebo. Jeśli ma przedstawić łaskę, pozwala jej zabrzmieć przez wielopiętrowe chóry. Jeśli jego bohater odnajduje prawdę, muzyka natychmiast zaczyna świętować. Można to pokochać. Można także poczuć się przytłoczonym.
Mike Ainscoe, recenzując album dla At The Barrier 11 września 2020 roku, trafnie zwrócił uwagę na niezwykle emocjonalny charakter finałowej części albumu.
Napisał o niej:
„The final quarter-hour of the album is pure uplifting Morse”
Czyli w moim tłumaczeniu: „Ostatni kwadrans albumu to Morse w swojej najczystszej, podnoszącej na duchu postaci”. To rzeczywiście esencja jego stylu. Nie ma tu ironii, dystansu ani postmodernistycznej gry z odbiorcą. Jest absolutna powaga. W czasach, gdy kultura popularna często boi się wzniosłości, taka postawa może wydawać się anachroniczna. Ale może właśnie dlatego jest potrzebna?
Finał, który chce ocalić cały świat
Końcowe „Now I Can See/The Great Commission” spełnia funkcję wielkiego muzycznego rozwiązania. Po wcześniejszych konfliktach, napięciach i dramatycznych zwrotach następuje uspokojenie. Pojawia się poczucie spełnienia. Kompozycja domyka historię w sposób niemal filmowy. Gdyby „Sola Gratia” była wielką produkcją kinową, właśnie tutaj kamera wzniosłaby się ponad pustynny krajobraz, pokazując samotną postać wyruszającą w nową drogę. Nad horyzontem pojawiłoby się światło. Następnie rozpoczęłyby się napisy końcowe. Wszystko byłoby dokładnie na swoim miejscu.
I właśnie ta perfekcyjna dramaturgiczna przewidywalność jest jednocześnie siłą i słabością albumu. Morse nie pozostawia nas z otwartą raną. Nie kończy muzycznej opowieści pytaniem. Nie proponuje rozwiązania, które wymagałoby od słuchacza samodzielnego dopowiedzenia sensu. Daje pocieszenie. Dla jednych będzie to największa wartość tej muzyki. Dla innych — największe ograniczenie.
Mike Portnoy i Randy George. Fundament, którego nie widać
W opowieści o „Sola Gratia” nie sposób pominąć muzyków, bez których ta konstrukcja mogłaby runąć pod ciężarem własnych ambicji. Mike Portnoy jest jednym z tych perkusistów, których rozpoznaje się po kilku taktach. Jego gra zawsze zawiera element dramaturgiczny, a niekiedy wręcz aktorski. Tam, gdzie inni muzycy po prostu utrzymują tempo, on zmienia dynamikę sceny. W kompozycjach Morse’a sprawdza się to znakomicie, ponieważ mamy do czynienia z muzyką wymagającą nieustannej zmiany perspektywy. Raz potrzebna jest subtelność kameralnego koncertu. Chwilę później wybucha rockowa burza. Portnoy potrafi przeprowadzić słuchacza przez obie sytuacje tak, aby nie odczuwał gwałtownego zerwania narracji.
Randy George pełni funkcję równie istotną, choć znacznie mniej widowiskową. Jego bas porządkuje tę skomplikowaną architekturę, ale nie ogranicza się do roli rytmicznego fundamentu. W bardziej złożonych fragmentach staje się samodzielnym głosem instrumentalnym. Przypomina mi to rolę Chrisa Squire’a w Yes. Nie chodzi o identyczne brzmienie czy sposób frazowania. Chodzi o przekonanie, że gitara basowa może współtworzyć narrację, a nie tylko podążać za stopą perkusji.
Na uznanie zasługują także partie smyczkowe, uzupełniające emocjonalny krajobraz albumu. Nie są one jedynie ozdobą. W spokojniejszych fragmentach tworzą przestrzeń, której nie dałoby się uzyskać wyłącznie przy pomocy instrumentów elektrycznych. Brzmienie jest przy tym wyjątkowo przejrzyste. Każdy instrument otrzymał swoje miejsce. Nawet w najbardziej rozbudowanych fragmentach można śledzić poszczególne linie bez wrażenia dźwiękowego chaosu. To szczególnie imponujące, jeżeli przypomnimy sobie pandemiczne warunki nagrywania materiału.
Czy Neal Morse stał się więźniem własnego geniuszu?
W tym miejscu należy postawić pytanie, które podczas obcowania z „Sola Gratia” powraca uporczywie. Czy Morse wciąż rozwija swój język muzyczny, czy jedynie udoskonala sposób opowiadania tych samych historii? Nie jest to zarzut błahy. W latach siedemdziesiątych Genesis potrafili przejść od pastoralnych miniatur do surrealistycznego teatru „The Lamb Lies Down on Broadway”. King Crimson nieustannie rozbijali własne muzyczne formuły. Pink Floyd przebyli drogę od psychodelicznych eksperymentów Syda Barretta do monumentalnego, filozoficznego rocka stadionowego.
Tymczasem Morse od wielu lat pozostaje wierny wypracowanemu językowi. Rozbudowana uwertura. Cięższy fragment. Ballada. Instrumentalna kulminacja. Wielki, podniosły finał. Ten schemat pojawiał się już na jego wcześniejszych albumach, niekiedy w niemal identycznej dramaturgicznej kolejności. Oczywiście można powiedzieć, że również Johann Sebastian Bach przez całe życie rozwijał własną, natychmiast rozpoznawalną estetykę. Ale nie każda wierność stylowi jest rozwojem. Czasami staje się manierą.
Na „Sola Gratia” takich momentów nie brakuje. Niektóre przejścia brzmią znajomo. Pewne rozwiązania harmoniczne łatwo przewidzieć. Chóralne kulminacje nie zawsze mają proporcjonalną siłę emocjonalną do swojej głośności. Morse chwilami przypomina wybitnego pisarza, który po raz kolejny opowiada tę samą historię, zmieniając bohaterów i dekoracje. Mimo wszystko trudno oderwać się od lektury, ponieważ autor wciąż znakomicie włada językiem. Tak właśnie odbieram „Sola Gratia”. Nie jako artystyczną rewolucję. Raczej jako mistrzowskie rozwinięcie czegoś, co doskonale znamy.
Muzyka religijna, która nie musi być wyłącznie dla wierzących
Najbardziej fascynujący w albumie Morse’a pozostaje jednak jego religijny charakter. Współczesna kultura popularna rzadko traktuje wiarę z taką dosłownością i taką powagą. Religia bywa wykorzystywana jako estetyczny kostium, źródło symboliki lub punkt wyjścia do krytyki społecznej. Morse robi coś innego. On naprawdę wierzy w to, o czym śpiewa. I nie zamierza tego ukrywać. Ta bezkompromisowość jest jednocześnie ujmująca i ryzykowna.
Dla słuchacza niewierzącego niektóre fragmenty mogą przypominać rozbudowaną muzycznie formę kazania. Nie ma sensu temu zaprzeczać. Jednocześnie byłoby wielkim uproszczeniem odmawiać tej muzyce uniwersalnego znaczenia tylko dlatego, że wyrasta z chrześcijańskiej duchowości. Przecież nie trzeba podzielać teologii Bacha, aby wzruszać się jego „Pasją według św. Mateusza”. Nie trzeba wierzyć w metafizyczny porządek świata przedstawionego w „Boskiej komedii”, aby zachwycać się wyobraźnią Dantego. Nie trzeba też przyjmować wszystkich odpowiedzi Dostojewskiego, żeby zrozumieć jego pytania.
Podobnie jest z „Sola Gratia”. Pod religijną warstwą kryje się opowieść o człowieku, który musi uznać własny błąd. A to doświadczenie nie ma żadnego wyznaniowego monopolu. Każdy z nas zna ludzi, którzy przez całe życie bronili swoich przekonań z tak wielką zaciekłością, że przestali dostrzegać cierpienie innych. Niektórzy z nich nigdy się nie zmienili. Inni potrzebowali własnej drogi do Damaszku. Może bez olśniewającego światła. Może bez głosu z nieba. Czasami wystarcza rozmowa, osobista tragedia albo spotkanie z człowiekiem, którego wcześniej uważało się za wroga. I właśnie ten uniwersalny wymiar przesądza o wartości dzieła Morse’a.
Czy „Sola Gratia” jest arcydziełem?
Przynajmniej nie w takim znaczeniu, w jakim używam tego słowa wobec „Selling England by the Pound”, „Close to the Edge”, „The Dark Side of the Moon” czy „In the Court of the Crimson King”. Tamte albumy nie tylko doskonaliły istniejący język muzyczny. One ten język współtworzyły albo przesuwały jego granice.
„Sola Gratia” nie wyznacza nowego kierunku rozwoju rocka progresywnego. Nie otwiera drzwi, których wcześniej nikt nie zauważył. Nie przynosi też rewolucji w dyskografii samego Morse’a. Jest natomiast dziełem dojrzałego kompozytora, który wie, jak budować emocje, jak wykorzystywać instrumentalną wirtuozerię i jak podporządkować rozbudowaną formę muzyczną konkretnej opowieści.
Najbardziej przekonuje mnie w momentach skupienia. W „Overflow”, kiedy muzyka niemal zatrzymuje się, aby pozwolić przemówić emocjom. W „Never Change”, gdzie gitarowa melancholia okazuje się silniejsza niż najbardziej monumentalne chóry. W „Seemingly Sincere”, kiedy przez chwilę mamy wrażenie, że Morse porzuca własne przyzwyczajenia i wkracza na teren bardziej niepokojący, mniej przewidywalny.
Najmniej przekonuje mnie tam, gdzie zaczyna nadmiernie celebrować własną wzniosłość. Nie każdy triumf wymaga fanfar. Nie każda prawda potrzebuje chóru. I nie każde duchowe uniesienie staje się głębsze tylko dlatego, że towarzyszy mu coraz więcej instrumentów.
Zamiast zakończenia. Człowiek, który musiał stracić wzrok, żeby zobaczyć
W Ewangelii według św. Jana czytamy: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8,32). Historia Szawła opowiedziana na „Sola Gratia” zdaje się dopisywać do tego zdania przewrotny komentarz. Czasami, żeby zobaczyć prawdę, trzeba najpierw oślepnąć. I wcale nie chodzi tutaj wyłącznie o biblijny cud. Chodzi o utratę złudzeń. O bolesny moment, w którym człowiek przestaje być pewien wszystkiego, co wcześniej uważał za oczywiste.
Morse opowiada o tej przemianie językiem wielkiego rockowego widowiska. Czasami zbyt dosłownie. Czasami zbyt patetycznie. Niekiedy z zachwycającą muzyczną wyobraźnią.
Bywa, że brzmi jak Rick Wakeman prowadzący kościelny chór. Innym razem przypomina Petera Gabriela śpiewającego o ludzkim cierpieniu albo Davida Gilmoura pozwalającego gitarze powiedzieć to, czego nie potrafią wyrazić słowa.
Ale zawsze pozostaje sobą. A to w muzyce współczesnej nie jest wcale tak częste, jak mogłoby się wydawać.
„Sola Gratia” to album o łasce, lecz również o pysze. O przemocy rodzącej się z przekonania o własnej nieomylności. O trudności przyznania się do błędu i o możliwości rozpoczęcia wszystkiego od nowa.
To także muzyczna deklaracja wiary w sens wielkich form, rozbudowanych kompozycji i sztuki, która nie boi się poważnych tematów.
Można zarzucać Morse’owi powtarzalność. Można irytować się jego patosem. Można nawet nie podzielać ani jednego z jego religijnych przekonań.
Ale gdy w finale wybrzmiewają ostatnie dźwięki fortepianu, zostaje coś ważniejszego niż dyskusja o technice gitarowej, progresywnych podziałach rytmicznych czy brzmieniu syntezatorów.
Pozostaje pytanie, czy człowiek naprawdę potrafi się zmienić.
Morse odpowiada bez wahania: tak.
Dostojewski zapewne długo by z nim dyskutował.
A ja mam wrażenie, że właśnie z tej dyskusji mógłby powstać jeszcze znakomitszy album.



Napisz komentarz
Komentarze