Muzyczna spowiedź
Neal Morse – „Sola Gratia”. Gdy prześladowca spotyka Boga, a rock progresywny staje się muzyczną spowiedzią
Są płyty, których się słucha. Są takie, które się podziwia. I wreszcie są albumy, w których trzeba zamieszkać na pewien czas, niczym w starym domu pełnym tajemnic, wspomnień i zamkniętych od lat pokoi. „Sola Gratia” Neala Morse’a należy właśnie do tej ostatniej kategorii. To ponad godzina muzyki, w której rock progresywny spotyka Biblię, teatralny rozmach zderza się z intymnością wyznania, a człowiek przekonany o własnej nieomylności musi stanąć wobec prawdy, która rozsypuje jego świat w gruzy. Nie jest to album doskonały. Bywa przewidywalny, chwilami nazbyt patetyczny, miejscami przypomina wcześniejsze dzieła autora. Ale ma coś, czego coraz częściej brakuje współczesnej muzyce: przekonanie, że sztuka powinna mówić o sprawach ostatecznych. I że czasami najważniejsze dźwięki rodzą się dopiero wtedy, kiedy człowiek przestaje wierzyć we własną nieomylność.
Wczoraj, 07:02