Cisza, która może nas drogo kosztować
Wyobraźmy sobie zwyczajną sytuację. Rodzina siedzi w restauracji. Rodzice chcieliby spokojnie zjeść obiad, porozmawiać o minionym tygodniu, może nawet przez chwilę poczuć się jak przed narodzinami dziecka. Tymczasem trzyletni syn coraz głośniej domaga się uwagi, nie chce siedzieć przy stole, protestuje przeciwko wszystkiemu, co znajduje się na talerzu. Najpierw pojawia się prośba o spokój, później tłumaczenie, wreszcie zniecierpliwienie. Kiedy zawodzą wszystkie tradycyjne metody, z pomocą przychodzi smartfon. Wystarczy uruchomić bajkę, by sytuacja diametralnie się zmieniła. Dziecko milknie, rodzice mogą odetchnąć, a pozostali goście przestają spoglądać w ich stronę.
To scena, którą możemy zobaczyć niemal wszędzie: w przychodni, autobusie, kolejce do kasy, podczas rodzinnego spotkania, a nawet na placu zabaw. Smartfon stał się bowiem jednym z najbardziej uniwersalnych narzędzi współczesnego rodzicielstwa. Jest elektroniczną nianią, mobilną salą kinową, nagrodą za dobre zachowanie, sposobem na nudę i środkiem uspokajającym, którego działanie wydaje się niemal natychmiastowe. W przeciwieństwie do rozmowy, wspólnej zabawy czy cierpliwego tłumaczenia nie wymaga od dorosłego szczególnego zaangażowania. Wystarczy kilka ruchów palcem.
Tyle że za skutecznością tej metody może kryć się pułapka, której konsekwencje nie zawsze są widoczne od razu. Zwraca na nią uwagę dr Magda Rowicka z Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej, inicjatorka ogólnopolskiego projektu badawczego „Brzdąc w sieci”. W rozmowie z Polską Agencją Prasową psycholog wyjaśnia, że wielokrotne wręczanie dziecku telefonu w odpowiedzi na płacz czy krzyk może prowadzić do utrwalenia określonego zachowania. Maluch zaczyna kojarzyć emocjonalny protest z uzyskaniem atrakcyjnej nagrody.
Nie jest to oczywiście dowód dziecięcej przebiegłości ani świadomej manipulacji w dorosłym rozumieniu tego słowa. To jeden z podstawowych mechanizmów uczenia się. Jeżeli określone zachowanie wielokrotnie przynosi pożądany rezultat, wzrasta prawdopodobieństwo, że zostanie powtórzone. Dziecko nie musi znać zasad psychologii behawioralnej, by odkryć zależność między własnym płaczem a pojawieniem się telefonu. Wystarczy doświadczenie, które dorośli nieświadomie utrwalają.
Mały człowiek szybko poznaje reguły wielkiej gry
Dr Rowicka przywołuje w wywiadzie przykład dziecka obawiającego się wizyty u dentysty. Po wcześniejszym nieprzyjemnym doświadczeniu maluch reaguje lękiem i płaczem. Rodzic, chcąc pomóc mu przetrwać stresującą sytuację, daje telefon. Uwaga dziecka przenosi się na ekran, napięcie maleje, a wizyta staje się łatwiejsza do zniesienia. Jednorazowo takie działanie może wydawać się rozsądne, szczególnie kiedy dorosły staje przed koniecznością poradzenia sobie z silnymi emocjami kilkulatka. Jednak powtarzanie tego samego schematu może prowadzić do sytuacji, w której telefon stanie się oczekiwaną odpowiedzią na każdy dyskomfort.
Mechanizm ten działa również po stronie rodzica. Dorosły przekonuje się, że ekran stanowi skuteczny sposób zakończenia trudnej sytuacji, dlatego coraz chętniej z niego korzysta. Dziecko odkrywa natomiast, że protest może przyspieszyć pojawienie się urządzenia. Oboje utrwalają więc określony wzorzec zachowania, choć każde z zupełnie innych powodów.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że nie każde dziecięce zachowanie jest próbą wymuszenia czegoś na dorosłych. Płacz niemowlęcia czy gwałtowna reakcja przedszkolaka mogą wynikać z autentycznego strachu, przeciążenia bodźcami, zmęczenia, głodu albo zwyczajnej bezradności wobec emocji, których dziecko nie potrafi jeszcze nazwać. Problem nie polega zatem na tym, że dziecko płacze, lecz na tym, jak odpowiadają na ten płacz dorośli i czego uczą je powtarzające się reakcje.
Bo wychowanie nie jest przecież nieustanną walką o ciszę. Jego istotą powinno być stopniowe wyposażanie młodego człowieka w zdolność radzenia sobie z własnymi emocjami. A tej umiejętności nie da się zainstalować razem z kolejną aplikacją.
Od nagrody za warzywa do elektronicznego szantażu
Badania realizowane w ramach projektu „Brzdąc w sieci” ujawniły również, jak często urządzenia elektroniczne wykorzystywane są przez rodziców do sterowania zachowaniem dzieci. Telefon czy tablet przestają być wyłącznie źródłem rozrywki. Stają się rodzajem wychowawczej waluty, którą można przyznać za posłuszeństwo albo odebrać w ramach kary. Zjedzenie obiadu oznacza dodatkowy kwadrans z bajką, posprzątanie pokoju pozwala na dłuższą grę, a odmowa wykonania polecenia grozi całkowitym zakazem korzystania z urządzenia.
Dr Rowicka zwraca uwagę na szczególnie interesujący szczegół: sami rodzice uczestniczący w badaniach określali niekiedy takie postępowanie mianem „szantażu” i „korupcji”. Są to słowa mocne, ale dobrze oddające mechanizm, w którym cyfrowa przyjemność staje się podstawowym argumentem w rozmowie między dorosłym a dzieckiem.
Nie oznacza to, że każdy system nagród jest wychowawczo niewłaściwy. Problem pojawia się wtedy, gdy nagroda ekranowa zaczyna dominować nad innymi motywacjami, a dziecko wykonuje określone czynności przede wszystkim po to, by otrzymać dostęp do urządzenia. Zamiast odkrywać satysfakcję wynikającą z samodzielnego wykonania zadania, nauczenia się czegoś nowego czy wspólnego działania, zaczyna koncentrować się na elektronicznej gratyfikacji.
Łatwo dostrzec tu pewien paradoks. Dorośli oczekują od dzieci cierpliwości, samodzielności, odpowiedzialności i umiejętności odraczania przyjemności, ale jednocześnie sami proponują system, w którym niemal każda codzienna czynność może zostać natychmiast wynagrodzona dostępem do kolejnej porcji cyfrowej rozrywki. Chcemy wychowywać ludzi potrafiących panować nad swoimi potrzebami, a równocześnie pokazujemy im świat zorganizowany wokół szybkich nagród.
Zanim dziecko nauczy się mówić, już poznaje ekran
Skala zjawiska jest znacznie większa, niż mogłoby się wydawać. Jak wyjaśnia dr Rowicka, już pierwsza edycja projektu „Brzdąc w sieci” pokazała, że około co dziesiąte dziecko przed ukończeniem pierwszego roku życia było eksponowane na urządzenia ekranowe. W przypadku dzieci w trzecim i czwartym roku życia odsetek przekraczał 50 procent, natomiast wśród starszych przedszkolaków wynosił około trzech czwartych.
Oznacza to, że kontakt z technologią cyfrową zaczyna się dziś często jeszcze zanim dziecko nauczy się sprawnie mówić, samodzielnie jeść czy rozumieć podstawowe zasady otaczającego świata. Smartfon staje się elementem dziecięcego krajobrazu równie naturalnym jak zabawki, książeczki, klocki czy pluszowe zwierzęta. Różnica polega jednak na tym, że urządzenie elektroniczne jest w stanie nieustannie dostarczać nowych bodźców, zmieniających się obrazów i dźwięków, które przyciągają uwagę w sposób trudny do porównania z tradycyjną zabawą.
Badacze zwrócili uwagę także na samotne korzystanie z urządzeń. Według przywoływanych przez ekspertkę ustaleń ponad 60 procent dzieci bardzo często korzystało z ekranów bez towarzystwa rodzica, a wśród starszych przedszkolaków zjawisko to obejmowało niemal wszystkich badanych użytkowników urządzeń.
Powody takiego postępowania są zrozumiałe. Współcześni rodzice funkcjonują pod ogromną presją czasu, obowiązków zawodowych i domowych. Muszą przygotować posiłki, zrobić zakupy, posprzątać mieszkanie, wykonać pracę, a niekiedy zwyczajnie znaleźć kilkanaście minut na odpoczynek. Smartfon jest wtedy rozwiązaniem wygodnym, dostępnym i skutecznym. Nie wymaga organizowania zajęć ani wymyślania zabaw.
Trudno jednak nie postawić pytania, co dzieje się z rozwojem społecznym dziecka, jeżeli coraz większa część jego codzienności upływa w towarzystwie ekranu, a nie drugiego człowieka. Nie chodzi tu o idealizowanie przeszłości ani twierdzenie, że wcześniejsze pokolenia rodziców zawsze wychowywały dzieci lepiej. Chodzi o dostrzeżenie fundamentalnej różnicy między rozrywką, która angażuje dziecko w relację z drugim człowiekiem, a taką, którą przeżywa ono samotnie.
Czy smartfon rzeczywiście osłabia koncentrację?
Czwarta edycja badania „Brzdąc w sieci 4.0” przyniosła szczególnie interesujące obserwacje dotyczące tzw. funkcji wykonawczych, czyli zdolności odpowiadających między innymi za pamięć operacyjną, kontrolowanie reakcji i dostosowywanie zachowania do zmieniających się okoliczności.
Choć nazwa może kojarzyć się z naukowym laboratorium, funkcje wykonawcze towarzyszą dziecku właściwie przez cały dzień. Dzięki nim przedszkolak potrafi zapamiętać polecenie składające się z kilku elementów, poczekać na swoją kolej podczas zabawy, powstrzymać się od natychmiastowego działania albo zaakceptować konieczność przerwania ulubionej czynności. To również zdolności, które z czasem stają się fundamentem koncentracji, planowania i samodzielnego rozwiązywania problemów.
W badaniach wykorzystano zadania przypominające zabawy. Dzieci zapamiętywały położenie naklejek na rysunkowej postaci, wskazywały kierunek ruchu określonych rybek, reagowały na zmieniające się polecenia i sortowały obrazki według różnych zasad. Część testów przeprowadzano na urządzeniach elektronicznych, część w tradycyjnej formie. Pozwoliło to badaczom zaobserwować, że sposób wykonywania zadania również może wpływać na uzyskiwane wyniki.
Najważniejsze ustalenia wymagają jednak uważnej interpretacji. Kiedy naukowcy porównali ogólnie dzieci korzystające z urządzeń ekranowych z tymi, które z nich nie korzystały, nie stwierdzili różnic w funkcjach wykonawczych. Odmienny obraz pojawił się dopiero po wyodrębnieniu grupy dzieci spędzających przed ekranem wyjątkowo dużo czasu – rano, po powrocie z przedszkola i przed snem, często bez udziału dorosłych. W tej podgrupie wyniki były istotnie gorsze niż wśród dzieci niekorzystających z ekranów.
Nie oznacza to jednak, że badanie dowiodło szkodliwego wpływu smartfonów na rozwój poznawczy. Dr Rowicka wyraźnie podkreśla, że badanie przeprowadzono w jednym momencie, a zatem nie można ustalić, co było przyczyną, a co skutkiem zaobserwowanych zależności. Możliwe przecież, że dzieci o trudniejszym temperamencie, bardziej pobudliwe lub częściej doświadczające niepokoju otrzymują urządzenia częściej właśnie dlatego, że rodzicom trudniej je uspokoić.
To rozróżnienie ma ogromne znaczenie. W czasach, kiedy chwytliwe nagłówki bardzo łatwo zamieniają naukowe zależności w sensacyjne wyroki, uczciwość wymaga oddzielenia obserwacji od dowodu przyczynowości. Wyniki badań stanowią poważny powód do refleksji, ale nie uprawniają do twierdzenia, że każde dziecko korzystające z telefonu będzie miało trudności z koncentracją.
Edukacyjna aplikacja, czyli szkoła szybkiego klikania
Jednym z najbardziej zaskakujących wątków rozmowy z psycholog jest kwestia aplikacji reklamowanych jako edukacyjne. Rodzice chętnie wybierają programy, które mają uczyć liter, cyfr, kolorów czy logicznego myślenia. Wydaje się przecież, że skoro dziecko i tak korzysta z urządzenia, lepiej pozwolić mu rozwiązywać zadania niż oglądać przypadkowe filmiki. Na podobnym przekonaniu opiera się ogromna część rynku cyfrowych produktów kierowanych do najmłodszych.
Tymczasem badacze zaobserwowali, że większa ilość czasu spędzanego w aplikacjach określanych jako edukacyjne wiązała się z gorszym funkcjonowaniem wykonawczym. Zależność taką odnotowano zarówno we wcześniejszych badaniach, jak i w czwartej edycji projektu. Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie aplikacje edukacyjne są bezwartościowe. Wskazuje jednak, że sam marketingowy przymiotnik „edukacyjny” nie stanowi gwarancji rzeczywistych korzyści rozwojowych.
Problem może tkwić w konstrukcji wielu takich programów. Dziecko wybiera właściwą odpowiedź, a ekran natychmiast nagradza je feerią barw, muzyką, punktami i animacjami. Po każdym niewielkim sukcesie pojawia się kolejna porcja atrakcyjnych bodźców. W efekcie uwaga malucha może przesuwać się z samego zadania na oczekiwanie nagrody, która nastąpi po jego wykonaniu.
Dr Rowicka zwróciła uwagę, że w drugiej edycji badań dzieci intensywnie korzystające z podobnych aplikacji odpowiadały bardzo szybko, ale jednocześnie popełniały wiele błędów. Badacze rozważali hipotezę, że mogły przenosić do testów sposób działania wyuczony podczas korzystania z programów opartych na szybkim klikaniu i natychmiastowej gratyfikacji. Pozostaje to jednak interpretacją wyników, a nie definitywnie potwierdzonym mechanizmem.
Warto zatem zastanowić się, czego naprawdę chcemy nauczyć dziecko. Czy wystarczy, że błyskawicznie wskaże właściwą literę, czy raczej zależy nam na tym, aby potrafiło pomyśleć, popełnić błąd, poprawić go i samodzielnie dojść do rozwiązania? Edukacja nie powinna być wyłącznie wyścigiem po kolejną cyfrową gwiazdkę. Czasami jej największą wartością jest właśnie konieczność zatrzymania się, skupienia i podjęcia wysiłku.
Dziecko potrzebuje także nudy, ciszy i porażki
Współczesne dzieci dorastają w świecie, który niezwykle szybko odpowiada na ich potrzeby. Gdy nudzi się dorosły, wyciąga telefon i przegląda wiadomości. Gdy musi poczekać w kolejce, uruchamia media społecznościowe. Kiedy czuje niepokój, często odruchowo sprawdza powiadomienia. Trudno zatem dziwić się najmłodszym, że podobnie reagują na własną nudę i frustrację. W dużej mierze obserwują przecież zachowania swoich rodziców.
Tymczasem umiejętność radzenia sobie z nieprzyjemnymi emocjami jest jednym z ważniejszych elementów dojrzewania. Dziecko musi stopniowo odkryć, że nie każda potrzeba może zostać zaspokojona natychmiast, że czasami trzeba poczekać, zaakceptować odmowę, zmierzyć się z trudnym zadaniem albo przeżyć rozczarowanie. Nie oznacza to pozostawiania go samego z problemami. Przeciwnie – właśnie obecność dorosłego, jego cierpliwość i umiejętność nazywania emocji pomagają dziecku rozwijać własne sposoby uspokajania się.
Jeżeli jednak za każdym razem, gdy pojawia się trudność, rozwiązaniem staje się smartfon, istnieje ryzyko, że dziecko będzie coraz częściej oczekiwać zewnętrznego bodźca zamiast stopniowo rozwijać samodzielne strategie regulowania napięcia. Elektroniczna rozrywka może na chwilę odwrócić uwagę od problemu, ale niekoniecznie pomaga zrozumieć, dlaczego pojawiły się złość, strach czy smutek.
Nie sposób nie dostrzec w tym również szerszego społecznego paradoksu. Nigdy wcześniej nie mieliśmy tak łatwego dostępu do wiedzy, rozrywki i komunikacji, a jednocześnie coraz częściej doświadczamy trudności z pozostawaniem przez chwilę bez dodatkowych bodźców. Technologia pozwoliła nam niemal całkowicie wyeliminować nudę z codzienności, choć właśnie chwile pozornej bezczynności mogą stwarzać przestrzeń dla wyobraźni, samodzielnej zabawy i odpoczynku.
Wieczorna bajka może być złym zakończeniem dnia
Szczególną uwagę ekspertka zwraca na korzystanie z urządzeń przed snem. Choć w badaniu nie udało się oddzielić wpływu poszczególnych pór dnia, ponieważ dzieci korzystające z ekranów wieczorem zwykle korzystały z nich intensywnie także wcześniej, dr Rowicka zdecydowanie odradza podawanie dziecku telefonu bezpośrednio przed zaśnięciem.
Wieczór powinien być czasem stopniowego wyciszania organizmu. Tymczasem dynamiczne filmy, gry, głośne dźwięki i szybko zmieniające się obrazy mogą utrudniać osiągnięcie spokoju. Dziecko może wprawdzie zasnąć ze zmęczenia po intensywnej rozrywce, ale – jak podkreśla psycholog – samo zaśnięcie nie oznacza jeszcze dobrej jakości odpoczynku.
Dlatego znaczenie mają codzienne rytuały, które z perspektywy dorosłego mogą wydawać się mało atrakcyjne w porównaniu z możliwościami współczesnej technologii. Wspólne czytanie książki, spokojna rozmowa, opowieść o wydarzeniach minionego dnia czy zwyczajne przytulenie nie dostarczają tak intensywnych wrażeń jak ekran. Dają jednak coś, czego żadna aplikacja nie jest w stanie w pełni zastąpić – bliskość, poczucie bezpieczeństwa i doświadczenie bycia ważnym dla drugiego człowieka.
Nie chodzi przy tym o tworzenie kolejnej listy nierealistycznych wymagań wobec rodziców. Każda rodzina ma trudniejsze dni, każdy dorosły bywa zmęczony, a czasami wspólne obejrzenie bajki może być wartościowym elementem wieczoru. Istotne jest raczej to, aby korzystanie z technologii było świadomym wyborem, a nie automatyczną odpowiedzią na każdą trudną sytuację.
Telefon może łączyć. Pod warunkiem, że nie zastępuje człowieka
Wnioski płynące z badań „Brzdąc w sieci” nie są wezwaniem do całkowitego usunięcia technologii z życia dzieci. Taki postulat byłby zresztą mało realistyczny. Dzisiejsi przedszkolacy będą dorastać w rzeczywistości, w której urządzenia cyfrowe odgrywają coraz większą rolę w nauce, pracy, komunikacji i rozrywce. Zadaniem rodziców nie jest więc wychowanie pokolenia, które nigdy nie dotknie ekranu, lecz nauczenie najmłodszych rozsądnego i świadomego korzystania z technologii.
Dr Rowicka proponuje, aby wybierając aplikacje, zwracać uwagę na ich rzeczywistą wartość. Dobre programy powinny zachęcać do tworzenia, budowania, eksperymentowania i planowania, a nie jedynie nagradzać przypadkowe lub bardzo szybkie kliknięcia. Warto sprawdzić, czy dziecko musi włożyć wysiłek w wykonanie zadania, czy ma możliwość popełnienia błędu i samodzielnego znalezienia rozwiązania. Istotne jest również to, aby cyfrowe nagrody nie dominowały nad samą czynnością.
Jeszcze ważniejsza okazuje się jednak obecność dorosłego. Wspólne obejrzenie bajki, rozmowa o zachowaniu bohaterów, gra wymagająca współpracy czy wykorzystanie urządzenia do poznawania świata mogą stać się okazją do budowania relacji. W takim przypadku telefon nie pełni funkcji elektronicznej niani, lecz jest jednym z wielu narzędzi wspólnego spędzania czasu.
Różnica jest fundamentalna. Nie chodzi przecież o samo światło emitowane przez ekran ani o to, że dziecko trzyma w dłoni nowoczesne urządzenie. Znaczenie mają okoliczności, czas korzystania, rodzaj treści oraz rola, jaką technologia odgrywa w życiu rodziny.
Największym luksusem współczesnego dziecka może być uwaga rodzica
Kiedy Marshall McLuhan opisywał media jako przedłużenia ludzkich możliwości, świat cyfrowych urządzeń mieścił się jeszcze przede wszystkim w wyobraźni. Dzisiaj smartfon stał się przedłużeniem naszej pamięci, narzędziem komunikacji, źródłem wiedzy, a niekiedy także sposobem regulowania własnych emocji. Zmienił nie tylko sposób, w jaki pracujemy i odpoczywamy, ale również to, jak wychowujemy dzieci.
Nie ma sensu udawać, że technologię da się zatrzymać. Można jednak zdecydować, jakiego miejsca udzielimy jej w rodzinnych relacjach. Czy będzie pomocnym narzędziem, po które sięgamy w określonych sytuacjach, czy stanie się nieodłącznym uczestnikiem każdego posiłku, spaceru, podróży i wieczornego odpoczynku? Czy dziecko będzie poznawało świat także poprzez bezpośrednie doświadczenia i relacje z innymi ludźmi, czy coraz częściej za pośrednictwem algorytmów podsuwających następny film, następną grę i następną nagrodę?
Badania dr Magdy Rowickiej nie pozwalają postawić znaku równości między korzystaniem ze smartfona a problemami rozwojowymi. Pokazują jednak, że znaczenie ma nie tylko obecność ekranu, lecz przede wszystkim sposób, w jaki zostaje on wprowadzony do dziecięcej codzienności. Szczególnej uwagi wymaga intensywne, samotne korzystanie z urządzeń oraz wykorzystywanie ich jako podstawowego sposobu uspokajania dziecka.
Może więc najważniejsze pytanie nie brzmi, ile minut dziennie dziecko powinno spędzać ze smartfonem. Być może warto częściej pytać, ile czasu spędza z nami – bez telefonu, bez rozpraszających powiadomień, bez konieczności konkurowania o naszą uwagę z cyfrowym światem.
Bo dziecko, które płacze, nie zawsze potrzebuje kolejnej bajki. Czasami potrzebuje, żeby ktoś usiadł obok, wysłuchał go, przytulił albo po prostu pozwolił mu spokojnie przeżyć trudną chwilę.
A kiedy już nauczy się, że na każde niepowodzenie nie musi odpowiadać natychmiastowym poszukiwaniem elektronicznej pociechy, zdobędzie umiejętność, której nie zastąpi nawet najbardziej zaawansowana technologia.
Umiejętność radzenia sobie z rzeczywistym światem – także wtedy, kiedy nie wszystko układa się po jego myśli.
Źródło: Polska Agencja Prasowa – wywiad Miry Suchodolskiej z dr Magdą Rowicką, psycholog z Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej, dotyczący projektu „Brzdąc w sieci 4.0”. Badania realizowano na zlecenie Krajowego Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom ze środków Funduszu Rozwiązywania Problemów Hazardowych.



Napisz komentarz
Komentarze