📱 Kontrola znika, zagrożenia rosną. Około 13. roku życia rodzice zaczynają ograniczać nadzór nad aktywnością dzieci w internecie. Tymczasem nastolatki stają przed coraz większymi wyzwaniami cyfrowego świata.
⚠️ Nastolatki milczą o problemach. Około 18% młodych Polaków nikomu nie mówi o trudnych doświadczeniach w sieci. Rodzicom zwierza się mniej niż jedna trzecia, a nauczycielom zaledwie 3%.
👨👩👧 Rodzice też muszą zmienić nawyki. Badania wskazują na związek między problematycznym korzystaniem z internetu przez dorosłych i ich dzieci. Samo pouczanie nie wystarczy, jeśli rodzice nie dają dobrego przykładu.
🤝 Rozmowa ważniejsza niż zakazy. Prof. Jacek Pyżalski podkreśla, że nadmierna kontrola może ograniczać samodzielność dziecka. Najważniejsze są zaufanie, zainteresowanie jego cyfrowym życiem i budowanie dobrej relacji.
PAP: Państwa badanie pokazuje, że rodzice jedenasto- i dwunastolatków dosyć często kontrolują, ograniczają i ustalają zasady korzystania z internetu. Kiedy dziecko kończy 13 lat, zaczynają odpuszczać, jakby nagle osiągnęło cyfrową dojrzałość.
Prof. Jacek Pyżalski: Rzeczywiście, im starsze dziecko, tym mniej zasad i technicznych środków kontroli stosują rodzice. Nie pytaliśmy ich jednak o powody, więc mogę jedynie postawić hipotezę: nastolatek staje się coraz bardziej samodzielny, nie daje się już kontrolować tak łatwo jak młodsze dziecko. A rodzice często nie wiedzą, czym tę kontrolę w naturalny sposób zastąpić.
Tymczasem nie chodzi o to, żeby piętnastolatka traktować jak dziewięciolatka. Trzeba zmienić sposób wychowawczego oddziaływania. Zamiast kontrolować każdy ruch, należy mu towarzyszyć, interesować się jego cyfrowym życiem. Problem zaczyna się wtedy, kiedy rodzice rezygnują z kontroli, ale w jej miejsce nie pojawia się nic.
PAP: Tylko jak towarzyszyć nastolatkowi, który coraz mocniej domaga się prywatności i nie życzy sobie, żeby rodzice zaglądali mu przez ramię?
J.P.: Musimy zaakceptować, że dorastające dzieci mają coraz więcej własnych spraw, o których nie wszystko wiemy. Tak było zawsze, również przed erą internetu. Najważniejsze, żebyśmy mieli z nimi na tyle dobrą relację, by przyszły do nas, kiedy online wydarzy się coś trudnego albo niebezpiecznego.
W najnowszym międzynarodowym badaniu EU Kids Online 2026, które prowadziliśmy w 19 krajach, pytaliśmy młodych ludzi, komu powiedzieli o trudnej sytuacji w internecie. Około 18 proc. polskich nastolatków nie powiedziało nikomu. Najczęściej zwierzali się rówieśnikom, nieco mniej niż jedna trzecia powiedziała rodzicom, a zaledwie 3 proc. nauczycielom.
PAP: Dlaczego nie przychodzą do rodziców? Nie ufają im?
J.P.: Czasem nie ufają, czasem się wstydzą, ale często boją się reakcji. Myślą: jeśli powiem rodzicom, że w internecie spotkało mnie coś złego, zabiorą mi telefon albo odetną mnie od sieci. Niektórzy po prostu nie wierzą, że dorośli potrafią im pomóc.
Co ciekawe, podobne mechanizmy występowały przed epoką internetu. Dzieci również wtedy nie opowiadały dorosłym o wszystkim, co je spotykało. Dlatego tak ważne jest budowanie relacji od najmłodszych lat.
Jeśli przez całe dzieciństwo pytaliśmy tylko „Co w szkole?”, słyszeliśmy „Dobrze” i na tym kończyła się rozmowa, to trudno oczekiwać, że trzynastolatek nagle zacznie nam opowiadać, z kim rozmawia w internecie, jakie treści ogląda i czego się boi. Takiej relacji nie da się zbudować z dnia na dzień.
PAP: Rodzice zapewniają, że rozmawiają z dziećmi o internecie, interesują się ich aktywnością, ustalają zasady. Tyle że dzieci znacznie rzadziej to potwierdzają. Ktoś tu rozmija się z prawdą. Rodzice kłamią?
J.P.: Nie nazwałbym tego kłamstwem. Powinniśmy pomyśleć raczej o mechanizmie aprobaty społecznej. Lubimy myśleć o sobie dobrze, a własne zachowania postrzegamy w korzystniejszym świetle. Rodzic może być szczerze przekonany, że interesuje się cyfrowym życiem dziecka, choć w rzeczywistości robi znacznie mniej, niż mu się wydaje.
Możliwe też, że podejmuje jakieś działania, ale nie docierają one do dziecka. To, co dorosły uważa za troskę i zainteresowanie, nastolatek może odbierać zupełnie inaczej. Wiemy, że istnieje rozbieżność między deklaracjami rodziców i dzieci. Nie wiemy natomiast dokładnie, skąd się bierze.
PAP: Jest jeszcze jeden niewygodny dla dorosłych wniosek. Rodzice godzinami scrollują, a potem wygłaszają dzieciom kazania o szkodliwości smartfonów. Tyle że państwa badanie pokazuje związek między cyfrowymi nawykami obu pokoleń. Czy dzieci bardziej słuchają tego, co mówimy, czy patrzą na to, co robimy?
J.P.: Nasze badanie bardzo wyraźnie pokazuje związek między problematycznym korzystaniem z internetu przez rodziców i dzieci. Im częściej takie zachowania występują u dorosłych, tym częściej obserwujemy je również u młodych ludzi.
To pokazuje, jak ważne jest modelowanie zachowań. Wychowujemy nie tylko słowami, ale przede wszystkim tym, co sami robimy. Bardzo trudno przekonywać dziecko, żeby nie angażowało się w określone ryzykowne zachowania, jeśli sami je podejmujemy. Nie wystarczy mówić, że czegoś nie wolno. Dziecko widzi, jak naprawdę funkcjonujemy.
PAP: Ale jest też druga strona medalu. Kontrola rodzicielska wiąże się z ograniczeniem zachowań ryzykownych, lecz może jednocześnie hamować pozytywną, twórczą aktywność w internecie. Czy próbując chronić dzieci, nie wylewamy ich razem z kąpielą?
J.P.: Takie ryzyko istnieje, choć zaobserwowane w badaniu zależności nie były bardzo silne. W internecie szanse i zagrożenia znajdują się bardzo blisko siebie. Żeby młody człowiek mógł rozwijać zainteresowania, zdobywać doświadczenia i uczyć się samodzielności, potrzebuje pewnej swobody.
Nie oznacza to, że mamy rzucać go na głęboką wodę. Ale nadmierna kontrola również może szkodzić. Jeśli rodzic próbuje sprawdzać każdą aktywność starszego nastolatka, czyta jego wiadomości, przegląda korespondencję, to czym różni się to od otwierania jego listów albo czytania pamiętnika?
Przecież sami uznalibyśmy takie zachowanie za naruszenie prywatności. Dlaczego więc w internecie mielibyśmy stosować inne zasady? Dorastający człowiek stopniowo zyskuje niezależność. Internet nie jest tutaj wyjątkiem.
PAP: Z państwa badań wynika, że młodzi ludzie często uciekają w internet, żeby poprawić sobie nastrój, rozładować napięcie, odzyskać spokój. Czy internet stał się dla nich czymś w rodzaju środka przeciwbólowego na codzienne problemy?
J.P.: Coraz więcej badań pokazuje, że nie możemy analizować wpływu internetu w oderwaniu od sytuacji młodego człowieka. Trzeba wiedzieć, kim jest, czego doświadcza, w jakim stanie emocjonalnym korzysta z technologii, co w niej robi i z kim się kontaktuje.
Dziecko przeżywające trudności emocjonalne korzysta z internetu inaczej niż takie, które podobnych problemów nie ma. Zresztą jeszcze przed epoką internetu młodzi ludzie z różnymi trudnościami szukali grup i środowisk, które nie zawsze dobrze na nich wpływały. Dzisiaj mogą znaleźć takie społeczności w sieci.
Internet nie jest przecież tylko narzędziem. To również przestrzeń, w której funkcjonują ludzie, tworzą się grupy i społeczności. Młodzi ludzie, którzy mają problemy, zawsze szukali środowisk, w których mogli znaleźć podobnych sobie. Nie zawsze wpływ takich relacji jest pozytywny. Dziś takie miejsca znajdują również w internecie. To trochę stare wino w nowej butelce.
PAP: Im bardziej młodzi ludzie są zadowoleni ze swojego życia, tym rzadziej korzystają z internetu w sposób problematyczny. Co jest pierwsze: dziecko, które źle się czuje i szuka ukojenia w sieci, czy internet, przez który zaczyna czuć się coraz gorzej?
J.P.: Jedno i drugie. To mechanizm błędnego koła. Problemy emocjonalne mogą sprawiać, że młody człowiek zaczyna korzystać z internetu w określony sposób, a ten sposób korzystania może z kolei pogłębiać jego problemy.
Jedno napędza drugie. Dlatego nie można powiedzieć, że internet jest wyłącznie przyczyną trudności psychicznych młodzieży. Często staje się również miejscem, do którego młodzi ludzie przynoszą problemy istniejące już wcześniej.
PAP: Nastolatki mają kompleksy dotyczące wyglądu, inteligencji, charakteru. A potem otwierają media społecznościowe i widzą ludzi piękniejszych, szczuplejszych, szczęśliwszych. Czy te platformy nie zamieniają zwykłych młodzieńczych niepewności w poważne problemy?
J.P.: Potrafią je pogłębiać, co potwierdzają również badania międzynarodowe. W mediach społecznościowych ludzie często pokazują siebie w sposób nierealistyczny. Widzimy wyidealizowane twarze, sylwetki, urodę. Mamy filtry, które usuwają niedoskonałości, poprawiają proporcje twarzy czy ciała.
Młodzi ludzie często wiedzą, że te obrazy są poprawiane. Ale to nie znaczy, że przestają się porównywać. Ktoś, kto ma kompleksy dotyczące wyglądu, jest nieustannie bombardowany wizerunkami osób szczuplejszych, piękniejszych, bardziej umięśnionych. Patrzy i myśli: nie wyglądam tak, jak powinienem.
To może pogłębiać niezadowolenie z siebie i prowadzić do trudności emocjonalnych. Dochodzi do tego promowanie różnych sposobów odchudzania czy poprawiania wyglądu, które bywają po prostu szkodliwe.
PAP: Wśród nowych zagrożeń wymieniają państwo wykorzystywanie sztucznej inteligencji do odrabiania prac domowych, ukrywane przed nauczycielami. Czy szkoła przegrywa z AI?
J.P.: Problem zaczyna się wtedy, kiedy uczeń oddaje sztucznej inteligencji cały wysiłek poznawczy. Coraz więcej wiemy o tym, że takie korzystanie z AI nie sprzyja uczeniu się. Nie ma powodu do paniki, ale trudno uznać to za zjawisko pozytywne. Jest sprzeczne z podstawowym celem edukacji.
PAP: Może więc zamiast walczyć z AI, szkoła powinna zmienić sposób oceniania? Nie sprawdzać wypracowania, które napisał chatbot, tylko to, co uczeń rzeczywiście wie i potrafi?
J.P.: Oczywiście. I takie zmiany już zachodzą, również na uniwersytetach, nie tylko w Polsce. Wracają tradycyjne sposoby sprawdzania efektów uczenia się.
Bo jeśli dzisiaj nauczyciel czy wykładowca zadaje pracę do napisania na komputerze, którą w całości może wykonać model językowy, to równie dobrze mógłby zlecić ją bezpośrednio sztucznej inteligencji, z pominięciem ucznia czy studenta. Po co udawać, że w ten sposób sprawdzamy wiedzę?
PAP: A od jakiego wieku dzieci zaczynają świadomie korzystać z AI, choćby po to, żeby dostać lepszą ocenę?
J.P.: Nie mam danych pozwalających wskazać konkretny wiek. Wiemy natomiast z badań ze wspomnianych już badań EU Kids Online 2026 roku, że około 80 proc. dzieci w wieku 12–16 lat celowo korzystało z modeli językowych w miesiącu poprzedzającym badanie. Mniej więcej jedna czwarta tej grupy wykorzystywała je między innymi do skracania i analizowania tekstów.
Jest jeszcze coś ważniejszego. Sztuczna inteligencja została już wbudowana niemal we wszystkie popularne narzędzia cyfrowe. Jest w wyszukiwarkach, komunikatorach, programach pocztowych, edytorach tekstu czy programach do prezentacji.
Dzisiaj można korzystać z AI, nawet nie otwierając osobnej strony z chatbotem. W praktyce niemal każdy młody człowiek korzystający z popularnych narzędzi staje się użytkownikiem modeli sztucznej inteligencji. To ogromna zmiana w porównaniu z sytuacją sprzed kilku lat.
PAP: W rekomendacjach piszą państwo, że największy potencjał wychowawczy tkwi nie w zakazach, ale we wspólnych doświadczeniach, rozmowie i uczeniu się samokontroli. Ładnie brzmi, tylko co konkretnie ma zrobić rodzic, który widzi, że dziecko coraz bardziej zamyka się w świecie internetu?
J.P.: Przede wszystkim powinien wiedzieć, co dzieje się w życiu dziecka, także w internecie, i umieć z nim o tym rozmawiać. Musi również rozumieć, że jedenastolatek i szesnastolatek mają zupełnie inne potrzeby. Nie można stosować wobec nich tych samych metod wychowawczych. Warto interesować się tym, co młodzi ludzie oglądają, czym żyją, jak się komunikują.
PAP: Został pan zaproszony do prac przy wyborze Młodzieżowego Słowa Roku. Niestety, młodzieżowy język jest dziś pełen anglicyzmów, które dorosłych potrafią doprowadzić do szału. Czy rodzice powinni śledzić takie plebiscyty, wiedzieć, co znaczą „sigma”, „aura” czy „bro”?
J.P.: A dlaczego nie? Zawsze można się tym zainteresować. To przecież kolejny temat do rozmowy z dzieckiem. Nie chodzi o to, żeby rodzic na siłę posługiwał się młodzieżowym slangiem, ale żeby interesował się światem, w którym funkcjonuje jego dziecko. To właśnie jest najważniejsze.
Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)



Napisz komentarz
Komentarze