Joseph Conrad i człowiek, który zgubił własny dom
W 1896 roku Joseph Conrad, właściwie Józef Teodor Konrad Korzeniowski, opublikował powieść „An Outcast of the Islands”, znaną w Polsce jako „Wyrzutek”. Jej bohater, Peter Willems, trafia do świata malajskiego archipelagu, gdzie stopniowo wikła się w konflikt pomiędzy własnymi ambicjami, namiętnościami i rzeczywistością, której nie potrafi zrozumieć. To opowieść o moralnym zagubieniu, wykorzenieniu i człowieku przekonanym o własnej wyższości, który okazuje się niezdolny do życia w obcej kulturze. Ponad sto lat później Colin Bass sięgnął po ten sam tytuł, tworząc jeden z najciekawszych albumów swojej kariery. Nie był to przypadek ani literacka dekoracja. W wywiadzie z kwietnia 1999 roku przyznał, że czytał Conrada podczas pracy nad materiałem. Fascynowały go przede wszystkim izolacja, utrata korzeni i niezdolność odnalezienia się w obcym świecie. Zastrzegał jednak, że płyta nie jest dosłowną adaptacją powieści ani klasycznym albumem koncepcyjnym. Literatura stanowiła punkt wyjścia do osobistej refleksji.
W tym miejscu warto przywołać również „Lorda Jima” i „Jądro ciemności”. U Conrada podróż geograficzna bardzo często staje się wyprawą w nieznane obszary ludzkiej świadomości. Człowiek wyrusza na koniec świata, a ostatecznie musi zmierzyć się z samym sobą. Bass wykorzystuje podobny motyw, ale nadaje mu znacznie łagodniejszy charakter. Tam, gdzie Conrad odkrywał moralne przepaście, muzyk częściej poszukuje możliwości pojednania. Tam, gdzie bohaterowie pisarza pozostawali samotni wobec konsekwencji własnych wyborów, Bass zdaje się wierzyć, że nawet po najdłuższej podróży istnieje droga powrotna. Dlatego „An Outcast of the Islands” jest albumem melancholijnym, ale nie rozpaczliwym. Refleksyjnym, lecz nie ponurym. I zaskakująco pełnym ciepła.
Z Camel do Poznania. Brytyjska melancholia spotyka polską wrażliwość
Colin Bass był już wówczas od lat związany z Camel, jednym z najważniejszych zespołów brytyjskiego rocka progresywnego. Grupa Andrew Latimer'a stworzyła własny język muzyczny, oparty na melodyjnej gitarze, subtelnych instrumentach klawiszowych i charakterystycznym poczuciu melancholii. Wystarczy przypomnieć „Mirage”, „The Snow Goose”, „Moonmadness” czy „Harbour of Tears”, aby zrozumieć, jak ważną rolę odgrywały tam przestrzeń i instrumentalna narracja. Bass był jednak artystą o znacznie szerszych doświadczeniach. Występował także w 3 Mustaphas 3, zespole eksplorującym muzykę różnych regionów świata, a pod pseudonimem Sabah Habas Mustapha nagrywał materiał inspirowany Indonezją, szczególnie tamtejszym dangdutem. Był zatem nie tylko basistą progresywnego rocka, lecz prawdziwym muzycznym podróżnikiem.
Te doświadczenia spotkały się w Polsce. „An Outcast of the Islands”, wydany w 1998 roku, powstawał w dużej mierze w poznańskim studiu Giełda, przy współudziale muzyków Quidam i Abraxas. W nagraniach uczestniczyli między innymi gitarzyści Maciej Meller i Szymon Brzeziński, klawiszowcy Zbigniew Florek i Marcin Błaszczyk, a także Wojciech Karolak i Jacek Piskorz. Pojawili się Andrew Latimer oraz Dave Stewart, a muzyczne pejzaże wzbogacili instrumentaliści Filharmonii Poznańskiej pod dyrekcją Kim Burton. To zestawienie miało znaczenie wykraczające poza zwykłą współpracę studyjną. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych polski neoprogresywny rock przeżywał niezwykle interesujący okres. Collage, Abraxas i Quidam budowali własne artystyczne światy, a ich współpraca z Bassem pokazała, że rodzimi muzycy mogą być pełnoprawnymi partnerami uznanych artystów brytyjskiej sceny progresywnej. Nie byli jedynie wykonawcami przygotowanych partii. Wnieśli własną wrażliwość i instrumentalną osobowość.
„Macassar” i „As Far As I Can See”. Między wielką podróżą a prostą melodią
Album otwiera „Macassar”, ponad sześciominutowa kompozycja instrumentalna, której tytuł przywołuje indonezyjski Makasar, portowe miasto na wyspie Celebes, znanej również jako Sulawesi. Od pierwszych chwil otrzymujemy muzykę przywodzącą na myśl najlepsze instrumentalne fragmenty Camel. Rozbudowane partie instrumentów klawiszowych, melodyjna gitara i spokojnie rozwijająca się dramaturgia tworzą pejzaż, którego nie interesuje pośpiech. Szczególnie wyraźnie słychać tu szkołę gitarowej ekspresji Andrew Latimera. Nie jest to wirtuozeria polegająca na demonstracji szybkości. Wystarczy kilka dźwięków, odpowiednie vibrato i starannie poprowadzona fraza, aby powstała melodia bardziej przejmująca niż wielominutowy techniczny popis. Można porównać Latimera z Davidem Gilmourem, choć ten drugi chętniej buduje monumentalne przestrzenie, podczas gdy gitarzysta Camel pozostaje bardziej kameralny, pastoralny i chwilami niemal baśniowy. „Macassar” ma w sobie coś z „The Snow Goose” i „Nude”, ale również osobisty charakter muzycznej podróży przez Ocean Indyjski. Nie otrzymujemy dokładnej mapy. Pozwalamy po prostu prowadzić się melodii.
Zupełnie inaczej działa „As Far As I Can See”, jedna z najbardziej przystępnych kompozycji wydawnictwa. To klasyczna rockowa ballada, spokojna, melodyjna, niemal radiowa. Miłośnik skomplikowanych struktur progresywnych może poczuć rozczarowanie, ale stworzenie naprawdę pięknej, prostej piosenki bywa przecież trudniejsze niż napisanie wielominutowej suity. Paul McCartney potrafił osiągać niezwykłą intensywność emocjonalną przy pomocy kilku akordów, a Nick Drake udowadniał, że delikatny głos i akustyczna gitara mogą zbudować świat bardziej złożony niż niejedna symfoniczna kompozycja. Bass należy do muzyków rozumiejących wartość prostoty. Jego wokal jest ciepły, miękki, pozbawiony teatralnego patosu. Nie posiada dramatycznej ekspresji Petera Gabriela ani charakterystycznej melancholii Steve’a Hogartha. Brzmi raczej jak człowiek, który nie próbuje udowadniać własnej wyjątkowości, lecz zwyczajnie opowiada historię. Zarazem właśnie w takich fragmentach pojawia się największe ryzyko albumu: nadmierna łagodność, chwilami zbliżająca muzykę do estetyki soft rocka lat osiemdziesiątych.
„Goodbye to Albion”. Pożegnanie kraju, którego nie da się zabrać ze sobą
Krótkie „First Quartet”, wykorzystujące brzmienie instrumentów smyczkowych, przygotowuje słuchacza do jednej z najpiękniejszych kompozycji albumu – „Goodbye to Albion”. Albion to stara, poetycka nazwa Wielkiej Brytanii, przywołująca obrazy białych klifów, zielonych wzgórz i kraju istniejącego nie tylko na mapie, lecz także w ludzkiej wyobraźni. Pożegnanie Albionu może więc oznaczać znacznie więcej niż zwykły wyjazd. To rozstanie z miejscem pochodzenia, dzieciństwem i krajobrazem, który przez lata budował poczucie przynależności. Właśnie tutaj melancholijna wrażliwość Colina Bassa ujawnia się najpełniej. Kompozycja rozwija emocje stopniowo, bez gwałtownych kontrastów i demonstracyjnego rozmachu. Jest w niej coś z późnego Camel, szczególnie z „Harbour of Tears”, albumu również poświęconego emigracji i bolesnym rozstaniom. Można odnaleźć także podobieństwo do atmosfery „Watermark” Enyi, choć nie ze względu na identyczne instrumentarium, lecz zdolność tworzenia muzycznej przestrzeni pełnej nostalgii.
W „Goodbye to Albion” tęsknota nie jest jednak rozpaczą. Nie mamy do czynienia z człowiekiem, który utracił wszystko. Raczej z kimś, kto wie, że wyruszając w drogę, zawsze pozostawia za sobą fragment własnego życia. To niezwykle dojrzałe spojrzenie. Piotr Michalski z serwisu Rock Area, opisując po latach koncertowe wykonania utworów Bassa, wyróżniał właśnie „Goodbye to Albion”, podkreślając jego nastrój, piękną melodię i rolę fletu Jacka Zasady. Trudno się dziwić. To jedna z tych kompozycji, które zatrzymują słuchacza nie dzięki niezwykłej technice czy monumentalnej aranżacji, ale dlatego, że pozwalają mu na chwilę pozostać sam na sam z własnymi wspomnieniami. Szczególnie przejmująco może zabrzmieć dla kogoś, kto sam doświadczył emigracji i wie, że powrót do kraju nie zawsze oznacza powrót do świata, który kiedyś pozostawiliśmy.
„The Straits of Malacca”, „Aïssa” i „Denpasar Moon”. Muzyczny archipelag
„The Straits of Malacca” przenosi nas ponownie w świat instrumentalnych pejzaży. Cieśnina Malakka, oddzielająca Półwysep Malajski od Sumatry, od stuleci stanowi jeden z najważniejszych szlaków żeglugowych świata. U Bassa geografia staje się jednak przede wszystkim źródłem nastroju. Nie jest to etnograficzna rekonstrukcja lokalnej muzyki, lecz osobiste wspomnienie podróży, przefiltrowane przez doświadczenia brytyjskiego muzyka znającego również indonezyjskie tradycje. W kompozycji odnajdziemy charakterystyczną delikatność gitary i klawiszowe przestrzenie bliskie Camel, ale atmosfera pozostaje bardziej egzotyczna. Nie w sensie taniej orientalnej dekoracji. Raczej jako poczucie oddalenia od znanego świata. Bass nie próbuje dokładnie opisać krajobrazu. Chce przywołać emocje towarzyszące jego oglądaniu.
Krótka „Aïssa” należy do najbardziej intymnych momentów albumu. Na pierwszy plan wysuwa się bas bezprogowy, instrument potrafiący w odpowiednich rękach zabrzmieć niemal jak ludzki głos. Charakterystyczne płynne przejścia pomiędzy dźwiękami nadają muzyce niezwykłą miękkość. Można przypomnieć Jaco Pastoriusa, który zrewolucjonizował sposób myślenia o gitarze basowej, udowadniając, że nie musi ona pozostawać wyłącznie rytmicznym fundamentem. Colin nie próbuje naśladować jego wirtuozerii. Interesuje go śpiewność instrumentu. Jakby muzyk, który przez lata towarzyszył wielkim gitarowym opowieściom Andrew Latimera, postanowił na chwilę sam zostać narratorem. I nie potrzebował do tego ani jednego słowa.
Jeszcze inne oblicze albumu przynosi „Denpasar Moon”, kompozycja związana z wcześniejszą działalnością Bassa pod pseudonimem Sabah Habas Mustapha. Jego zainteresowanie indonezyjskim dangdutem i lokalną kulturą muzyczną nie było powierzchowną modą. Wynikało z rzeczywistych podróży i doświadczeń. W rozmowie z 1999 roku artysta przyznał, że właśnie te inspiracje stanowiły jeden z punktów wyjścia do pracy nad „An Outcast of the Islands”. „Denpasar Moon” ma czytelną melodię, łagodny rytm i atmosferę pogodnej nostalgii. Można porównać go z niektórymi nagraniami Paula Simona z okresu „Graceland” czy „The Rhythm of the Saints”, gdzie spotkanie kultur stawało się inspiracją do tworzenia komunikatywnych piosenek. Bass korzysta z odmiennej tradycji, ale łączy ich przekonanie, że muzyczna podróż pozwala odkrywać nowe sposoby opowiadania o świecie. Nie każda wyspa na tym archipelagu musi posiadać wielkie góry. Czasami wystarczy niewielka plaża i światło księżyca.
„No Way Back” i „Burning Bridges”. Nie wszystkie mosty można odbudować
Po kolejnym kameralnym przerywniku, „Second Quartet”, album przechodzi do bardziej zdecydowanych kompozycji. „No Way Back” należy do utworów, w których progresywny rodowód wykonawców ujawnia się szczególnie wyraźnie. Muzyka rozwija się stopniowo, pojawiają się mocniejsze gitary, a dramaturgia nabiera rockowej energii. W recenzji opublikowanej w marcu 1999 roku na ArtRock.pl autor podpisujący się jako Polshaq wyróżnił przede wszystkim partie Szymona Brzezińskiego z Abraxas. To ważna obserwacja, ponieważ pokazuje, że polscy muzycy nie byli jedynie wykonawcami wcześniej przygotowanych aranżacji, lecz współtworzyli indywidualną osobowość albumu. W „No Way Back” można odnaleźć zarówno charakterystyczny dla Camel sposób prowadzenia melodii, jak i dramatyzm polskiego neoprogresywnego rocka. To muzyka, która rozwija się jak opowieść, a nie jak zbiór technicznych ćwiczeń.
„Holding Out My Hand” przynosi bardziej refleksyjny nastrój. Już sam tytuł – „Wyciągając dłoń” – sugeruje próbę odbudowania więzi. W kontekście albumu inspirowanego historią wygnania gest ten nabiera szczególnego znaczenia. Wyciągnięta ręka staje się przeciwieństwem izolacji, możliwością porozumienia i powrotu do drugiego człowieka. Jeszcze wyraźniej temat odpowiedzialności i nieodwracalnych decyzji pojawia się w „The Outcast” oraz „Burning Bridges”. Pierwsza z tych kompozycji przywołuje tragizm tytułowego wyrzutka, druga wykorzystuje niezwykle czytelną metaforę palonych mostów. Człowiek może odejść, zerwać więzi, odrzucić przeszłość, ale co dzieje się wtedy, kiedy chciałby wrócić i odkrywa, że sam zniszczył drogę powrotną? To temat niemal gotowy na powieść Grahama Greene'a, u którego moralne wybory bardzo rzadko pozostają wolne od konsekwencji. Muzycznie „Burning Bridges” jest jednym z mocniejszych fragmentów płyty, pokazującym, że Bass potrafi wyjść poza bezpieczną estetykę łagodnego art rocka, nie sięgając przy tym po niepotrzebną agresję.
„Reap What You Sow”. Człowiek zbiera owoce własnych decyzji
Końcowa część albumu przynosi refleksję nad konsekwencjami życiowych wyborów. „Reap What You Sow” odwołuje się już w samym tytule do starej zasady, że człowiek zbiera to, co zasiał. To motyw obecny w kulturze od tragedii greckiej przez dramaty Szekspira aż po powieści Dostojewskiego. Bass nie potrzebuje jednak wielkiego teatralnego gestu. Jego interpretacja pozostaje spokojna, zakorzeniona w melodyjnym rocku, bluesie i delikatnych inspiracjach gospel. Nie śpiewa jak człowiek pragnący usprawiedliwić własne błędy. Raczej jak ktoś, kto rozumie, że doświadczenie ma swoją cenę. Szczególnie interesująco utwór koresponduje z wcześniejszym „Burning Bridges”. Najpierw pojawia się dramatyczny gest zerwania więzi, później refleksja nad jego konsekwencjami. Nie musi to oznaczać, że obie kompozycje tworzą zamierzoną, linearną historię. Album zachęca jednak do podobnych odczytań.
Finałowe „Trying to Get to You” zamyka całość w niemal kameralnej atmosferze. Akustyczna gitara, ciepły wokal i odgłosy tropikalnej przyrody przenoszą słuchacza do świata osobistych wspomnień Bassa. Po wszystkich podróżach, symfonicznych aranżacjach i instrumentalnych rozwinięciach pozostaje coś najprostszego: człowiek próbujący dotrzeć do drugiego człowieka. To zakończenie ma w sobie coś z późnych nagrań Nicka Drake’a, choć pozbawione jest ich głębokiej rozpaczy. Bass patrzy na rzeczywistość łagodniej. Nie oznacza to braku smutku, lecz zdolność zaakceptowania go jako części życia. Album rozpoczyna się wyprawą przez egzotyczne krajobrazy, a kończy niemal szeptem. Jakby jego bohater odkrył, że największą wartością podróży nie jest liczba odwiedzonych miejsc, lecz możliwość odnalezienia kogoś, do kogo naprawdę chciałby powrócić.
Co napisali krytycy? Między zachwytem a zarzutem nadmiernej łagodności
„An Outcast of the Islands” wywołał wśród recenzentów różne reakcje. Francuski magazyn „Big Bang” określił go jako „An album of rare elegance” – „Album o rzadko spotykanej elegancji”. Argentyński „Mellotron” użył słów „Magnificent... essential album”, czyli „Wspaniały... album niezbędny”. Obie opinie zostały przywołane w oficjalnych materiałach Colina Bassa i dobrze pokazują entuzjazm części zagranicznej prasy progresywnej. Z kolei Kristian Selm z niemieckiego „Progressive Newsletter” docenił melodyjne brzmienie bliskie Camel, ciepły wokal i różnorodność aranżacji, kończąc recenzję z maja 1999 roku słowami „Einfach schön!” – „Po prostu piękne!”. Zauważał jednak, że płyta może okazać się zbyt spokojna dla słuchaczy oczekujących bardziej dynamicznego rocka.
Równie interesujące były polskie reakcje. Recenzent podpisany jako „Naczelny” na ArtRock.pl przyznał albumowi 9/10, uznając go za jedno z najważniejszych muzycznych wydarzeń 1998 roku i podkreślając poziom produkcji oraz udział rodzimych instrumentalistów. Pisał krótko: „Płyta jest wprost niesamowita”. Inny autor tego samego serwisu, Polshaq, ocenił wydawnictwo znacznie ostrożniej, na 6/10. Zarzucał mu stylistyczne rozproszenie, nadmiar łagodnych ballad i niedostatek rozbudowanych form progresywnych, wyróżniając jednak „No Way Back”, „Holding Out My Hand” i „Burning Bridges”. Z kolei recenzenci Dutch Progressive Rock Page doceniali melodyjność albumu, umiejętności polskich muzyków oraz jego związek z najlepszą tradycją Camel. Te różnice pokazują, że spór nie dotyczył przede wszystkim jakości wykonania. Koncentrował się wokół pytania, czy rock progresywny musi wciąż udowadniać własną ambitność skomplikowanymi strukturami, czy może osiągać artystyczną dojrzałość również poprzez prostotę.
Sam skłaniam się ku drugiej odpowiedzi. „An Outcast of the Islands” nie jest nieoficjalną płytą Camel, choć obecność Andrew Latimera i Dave’a Stewarta prowokuje do takiego skojarzenia. Nie osiąga formalnej spójności „The Snow Goose” ani emocjonalnej jedności „Harbour of Tears”, ale proponuje znacznie szerszy wachlarz inspiracji. Obok instrumentalnych pejzaży znajdują się ballady, muzyka kameralna, folk i ślady indonezyjskich doświadczeń autora. Różnorodność jest zarówno jego siłą, jak i słabością. Część spokojniejszych kompozycji może sprawiać wrażenie zbyt podobnych do siebie, a symfoniczne miniatury nie zawsze są dramaturgicznie niezbędne. Jednak największą wartością pozostają melodie, naturalne brzmienie instrumentów i niezwykła muzyczna wrażliwość. To album artysty, który nie musi już nikomu udowadniać, że potrafi grać szybko, komponować skomplikowanie i tworzyć widowiskowe aranżacje.
Zamiast zakończenia. Wygnaniec, który znalazł własny archipelag
Wielką siłą prozy Josepha Conrada jest przekonanie, że podróż nie polega wyłącznie na przemieszczaniu się pomiędzy punktami na mapie. Czasami staje się próbą moralną, niekiedy ucieczką, a często sposobem odkrycia rzeczy, których człowiek wolałby o sobie nie wiedzieć. Colin Bass sięgnął po tę tradycję, ale nadał jej bardziej pogodną postać. „An Outcast of the Islands” nie jest opowieścią o człowieku skazanym na samotność. Jest raczej próbą połączenia rozproszonych fragmentów własnego życia. Indonezja, Wielka Brytania, Polska, Camel, 3 Mustaphas 3, blues, folk i rock progresywny – wszystkie te światy mogły pozostać osobnymi rozdziałami jego biografii. Bass połączył je w jedną muzyczną opowieść, w której tytułowy archipelag przestaje być miejscem wygnania, a staje się metaforą doświadczeń.
Nieprzypadkowo album powstał w Polsce, kraju, którego tradycja literacka i historyczna została naznaczona emigracją, utratą ojczyzny i tęsknotą za domem. Od Wielkiej Emigracji romantycznej, przez dramaty XX wieku, aż po współczesne migracje zarobkowe polska kultura nieustannie powraca do pytania o znaczenie miejsca pochodzenia. Jest w tym pewna piękna ironia: brytyjski muzyk inspiruje się powieścią pisarza urodzonego jako Polak, opowiadającego o europejskim wygnańcu w Azji, a następnie nagrywa album w Poznaniu z udziałem polskich instrumentalistów. Trudno o lepszą ilustrację świata, w którym kultura nie zna prostych granic.
Czy „An Outcast of the Islands” jest arcydziełem? Nie nazwałbym go dziełem całkowicie doskonałym. Zbyt wiele tutaj łagodnych ballad, aby utrzymać jednakowo silne napięcie przez cały czas trwania płyty. Nie wszystkie kompozycje posiadają taką samą siłę, a część aranżacji pozostaje nadmiernie zachowawcza. Ale są momenty, do których chce się wracać: „Macassar”, „Goodbye to Albion”, „The Straits of Malacca”, „Aïssa”, „No Way Back” i „Burning Bridges”. Nie olśniewają słuchacza za wszelką cenę. Zapraszają go do wspólnej podróży, bez pośpiechu i bez wielkich deklaracji. W „Wyrzutku” Conrada podróż prowadzi człowieka ku katastrofie, ponieważ nie potrafi on zrozumieć świata ani własnych słabości. U Colina Bassa staje się możliwością pojednania.
Bo największym odkryciem podróżnika nie zawsze jest nowa wyspa. Czasami okazuje się nim człowiek, z którym warto na niej pozostać.
Ocena końcowa: 9/10
„An Outcast of the Islands” to jeden z najpiękniejszych albumów na pograniczu art rocka, rocka progresywnego i muzyki świata. Zachwyca melodyjnością, instrumentalną elegancją, ciepłym głosem Colina Bassa oraz niezwykłym spotkaniem brytyjskich i polskich muzyków. Największymi atutami są „Macassar”, „Goodbye to Albion”, „The Straits of Malacca”, „Aïssa”, „No Way Back” i „Burning Bridges”. Słabszą stroną pozostaje nadmiar spokojnych ballad i nie zawsze konsekwentna dramaturgia całości. Mimo tych zastrzeżeń to dzieło dojrzałe, pełne emocji i zaskakująco odporne na upływ czasu. Album, który przypomina, że muzyczna wielkość nie zawsze wymaga rewolucji. Czasami wystarczy piękna melodia i człowiek, który potrafi ją opowiedzieć.
Colin Bass – „An Outcast of the Islands” (Kartini Music, 1998). Przywołane opinie krytyków pochodzą z „Big Bang”, „Mellotron”, „Progressive Newsletter”, ArtRock.pl oraz Dutch Progressive Rock Page. Krótkie cytaty pozostawiono w oryginale, a polskie przekłady i interpretacje literacko-muzyczne są autorskie.



Napisz komentarz
Komentarze