To wojna, w której pierwszym celem nie musi być most, lotnisko ani magazyn amunicji. Czasami celem jest człowiek siedzący wieczorem przed telefonem. Jego strach. Jego przekonanie, że „to nie nasza wojna”, że pomoc Ukrainie kosztuje zbyt wiele albo że państwo nie potrafi zapewnić mu bezpieczeństwa.
W rosyjskiej strategii nie chodzi więc wyłącznie o zniszczenie infrastruktury. Chodzi również o niszczenie zaufania.
Wojna, której oficjalnie nie ma
Pełnoskalowa wojna Rosji z NATO pozostaje scenariuszem znacznie bardziej ryzykownym dla Moskwy niż działania prowadzone poniżej progu otwartego konfliktu. Rosja jest nadal zaangażowana militarnie przeciwko Ukrainie, ponosi straty i musiałaby liczyć się z reakcją całego Sojuszu.
Nie oznacza to jednak spokoju.
We wrześniu 2026 roku polski rząd mówił już otwarcie o eskalacji. Po rosyjskim ataku przeprowadzonym około dwóch kilometrów od polsko-ukraińskiej granicy premier Donald Tusk ostrzegał, że kolejne tygodnie i miesiące mogą przynieść wzrost liczby rosyjskich operacji oraz że nie można wykluczyć działań dotyczących również terytorium Polski.
Kilka dni wcześniej Ministerstwo Spraw Zagranicznych, odnosząc się do ustaleń dotyczących próby zamachu na lotnisku w Lipsku, pisało wprost o rosyjskich aktach sabotażu i atakach hybrydowych na terytorium państw NATO i Unii Europejskiej.
To już nie jest język teoretycznych analiz pisanych na przyszłość. To język opisujący zdarzenia, które rozgrywają się teraz.
Zastraszyć, zmęczyć, podzielić
Mechanizm jest stosunkowo prosty.
Rosja nie musi doprowadzić do zamknięcia wszystkich szlaków prowadzących z Zachodu na Ukrainę. Wystarczy, że ich ochrona stanie się coraz bardziej kosztowna, że każdy incydent będzie wymagał poderwania samolotów, uruchomienia systemów przeciwlotniczych, mobilizacji służb i kolejnych godzin nerwowego oczekiwania.
Ppłk rez. Maciej Korowaj zwraca uwagę, że celem Moskwy może być zmuszanie Polski do funkcjonowania w rytmie narzuconym przez przeciwnika. Nie trzeba zatrzymać transportu. Można sprawić, żeby jego utrzymanie stawało się coraz trudniejsze, droższe i politycznie bardziej obciążające.
Do tego dochodzi presja informacyjna.
Rosyjskie narracje próbują jednocześnie przekonywać, że NATO prowokuje wojnę, Ukraina usiłuje wciągnąć Polskę w konflikt, sankcje bardziej szkodzą Europie niż Rosji, a wydatki na obronność odbywają się kosztem zwykłych obywateli.
Wszystkie te przekazy mogą się wzajemnie wykluczać. Nie ma to większego znaczenia. Propaganda nie zawsze próbuje przekonać odbiorcę do jednej wersji wydarzeń. Czasem wystarczy sprawić, aby przestał wierzyć w jakąkolwiek.
Ministerstwo Cyfryzacji zwracało już uwagę, że po wcześniejszych przypadkach naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej rosyjskie i białoruskie kanały dezinformacyjne próbowały przerzucać odpowiedzialność na Ukrainę oraz podważać wiarygodność polskiego wojska i służb.
To klasyczna zasada operacji wpływu: zanim opadnie kurz, musi pojawić się kilkanaście różnych „wyjaśnień”.
Dron może być również narzędziem propagandy
Szczególnie niebezpieczne są incydenty, których pochodzenie nie jest natychmiast możliwe do jednoznacznego ustalenia.
18 października na Litwie eksplodował obiekt uznawany za drona, który wcześniej wleciał do litewskiej przestrzeni powietrznej od strony Polski. Władze Ukrainy wyraziły ubolewanie i wskazały możliwość, że bezzałogowiec mógł zostać sprowadzony z kursu przez rosyjskie systemy walki radioelektronicznej. Polska i Litwa podjęły działania wyjaśniające okoliczności zdarzenia.
I właśnie tutaj zaczyna się przestrzeń idealna dla wojny informacyjnej.
Kilka minut po wydarzeniu można już tworzyć narrację, że Ukraina świadomie wysłała drona nad państwo NATO. Kilka godzin później pojawiają się kolejne wersje. Każda podkopuje zaufanie pomiędzy sojusznikami.
Dlatego prowokacja XXI wieku nie musi przypominać incydentu gliwickiego z sierpnia 1939 roku. Nie potrzeba mundurów, sfingowanego napadu na radiostację i przygotowanej wcześniej scenografii. Wystarczy obiekt na radarze, kilkanaście kont w mediach społecznościowych i kilka tysięcy ludzi gotowych udostępnić sensacyjną wiadomość przed jej sprawdzeniem.
Gdzie kończy się prowokacja, a zaczyna wojna?
Granica nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać.
Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego kojarzymy przede wszystkim z klasycznym atakiem zbrojnym na jednego z sojuszników. NATO zaznacza jednak, że kwalifikacja konkretnego zdarzenia zależy od jego charakteru i skali. Sojusz oficjalnie dopuszcza możliwość uznania poważnego cyberataku albo ataku hybrydowego za „zbrojną napaść” mogącą prowadzić do zastosowania art. 5. Decyzja musiałaby być podejmowana indywidualnie w odniesieniu do konkretnego przypadku.
I właśnie ta nieostrość granicy jest jednym z najważniejszych pól rosyjskiej gry.
Moskwa może sprawdzać, ile Europa zaakceptuje. Jeden dron. Potem kolejny. Cyberatak. Sabotaż infrastruktury. Pożar magazynu. Przecięty kabel. Zakłócenia GPS.
Każde wydarzenie osobno może wydawać się niewystarczające do zdecydowanej reakcji.
Dopiero po pewnym czasie układają się w obraz przypominający mozaikę. Problem polega na tym, że gdy widzimy już cały obraz, część elementów dawno przestaliśmy traktować jako coś nadzwyczajnego.
Tomaszów nie znajduje się poza tą mapą
Dla mieszkańców Tomaszowa Mazowieckiego cała ta dyskusja może wydawać się odległa: Bałtyk, Litwa, granica polsko-ukraińska, Estonia.
Tyle że Tomaszów jest miastem silnie związanym z wojskiem. Tutaj stacjonuje 25 Brygada Kawalerii Powietrznej, której jednostki rozmieszczone są również w Nowym Glinniku i Leźnicy Wielkiej. Brygada jest przeznaczona do prowadzenia działań powietrzno-szturmowych i desantowo-szturmowych.
Nie oznacza to oczywiście, że należy budować atmosferę zagrożenia wokół miasta albo przedstawiać Tomaszów jako szczególny cel rosyjskich operacji. Nie ma podstaw do takich twierdzeń.
Jest jednak inny, znacznie bardziej konkretny wymiar bezpieczeństwa — odporność lokalnej społeczności.
Od 1 stycznia 2025 roku obowiązuje ustawa o ochronie ludności i obronie cywilnej. Nakłada ona konkretne obowiązki zarówno na gminy, jak i powiaty. Starosta ma m.in. koordynować współpracę służb, inspekcji i straży, pomagać gminom w pozyskiwaniu zasobów oraz wzmacniać lokalne inicjatywy dotyczące budowania społecznej odporności. Z kolei prezydent miasta kieruje realizacją zadań ochrony ludności na terenie gminy.
W Tomaszowie funkcjonuje również Wydział Zarządzania Kryzysowego i Monitoringu, odpowiedzialny m.in. za realizację zadań wynikających z przepisów o ochronie ludności i obronie cywilnej oraz przygotowanie miejskiego planu zarządzania kryzysowego.
Współczesne bezpieczeństwo zaczyna się więc dużo wcześniej niż w chwili ogłoszenia alarmu.
Od sprawnych systemów ostrzegania. Od zapasowych źródeł zasilania. Od przygotowania służb. Od wiedzy, gdzie znajdują się miejsca schronienia. Od umiejętności mieszkańców reagowania na komunikaty. I wreszcie — od zdolności odróżnienia informacji od manipulacji.
Najtańszą bronią jest strach
Rosja nie musi wygrać wojny z NATO na polu bitwy, jeśli udałoby jej się przekonać społeczeństwa Zachodu, że lepiej nie reagować.
Nie musi zmieniać polskiej polityki jednym spektakularnym uderzeniem. Może próbować zmieniać ją tysiącem drobnych nacisków.
Podpalenie. Awaria. Dron. Fałszywa informacja. Groźba atomowa w rosyjskiej telewizji. Kolejny wpis w mediach społecznościowych sugerujący, że sojusznicy nas porzucą.
Każde z tych zdarzeń może wyglądać niewinnie. Razem tworzą jednak strategię.
Dlatego najważniejszym pytaniem nie jest dzisiaj wyłącznie: czy Rosja zaatakuje NATO?
Znacznie bardziej aktualne brzmi: jak długo i jak skutecznie będzie próbowała osłabiać NATO, nie przekraczając granicy, po której musiałaby rozpocząć wojnę, której sama nie jest pewna?
I czy zachodnie społeczeństwa zrozumieją, że wojna hybrydowa zaczyna się znacznie wcześniej niż huk pierwszego wystrzału.



Napisz komentarz
Komentarze