Rzymski metal wyrusza na podbój kosmosu
Oficjalny tytuł dziewiątego albumu studyjnego Secret Rule brzmi „UNInVERSE” – to celowa gra słów odwołująca się do wszechświata, odwrócenia dotychczasowego porządku i poszukiwania nowej rzeczywistości. Płyta ukazała się 24 listopada 2023 roku nakładem Lucky Bob Records. Grupa, założona w Rzymie w 2014 roku przez wokalistkę Angelę Di Vincenzo oraz gitarzystę i producenta Andy'ego Menario, przez kolejne lata konsekwentnie rozwijała styl oparty na połączeniu ciężkich gitar, elektronicznych faktur, symfonicznych aranżacji i wyrazistych melodii. Niełatwo uwolnić się przy tym od porównań z Within Temptation, Delain, Amaranthe czy Lacuna Coil. Wszystkie te zespoły poruszają się po częściowo wspólnym terytorium, lecz inaczej rozumieją proporcje pomiędzy metalowym ciężarem a przebojowością. Within Temptation budują monumentalne widowiska, Delain szczególnie starannie konstruują refreny, Amaranthe nie boją się niemal tanecznej elektroniki, a Lacuna Coil pozostają silniej zakorzenieni w mrocznym, alternatywnym brzmieniu. Secret Rule próbują pogodzić te światy. Czasami z imponującym skutkiem, niekiedy za cenę utraty indywidualności.
„UNInVERSE” jest jednak przedsięwzięciem bardziej ambitnym niż kolejny zbiór efektownych metalowych piosenek. Według koncepcji przedstawionej przez muzyków album opowiada o ewolucji wszechświata, przemianach ludzkości i możliwości uniknięcia cywilizacyjnego upadku. To temat, wobec którego nawet Stephen Hawking potrzebowałby chwili zastanowienia. W warstwie symbolicznej kosmos nie jest jedynie dekoracją z filmu science fiction. Staje się obrazem ludzkiej świadomości, pamięci i wewnętrznych konfliktów. Angela Di Vincenzo wyjaśniała w rozmowach promujących wydawnictwo, że zespół interesuje poszukiwanie równowagi pomiędzy chaosem a porządkiem, zarówno w wymiarze kosmicznym, jak i osobistym. Można dostrzec w tym echo Heraklita, przekonanego o nieustannej zmienności świata, a także Nietzschego, dla którego życie pozostawało procesem przekraczania własnych ograniczeń. W zupełnie innym języku o miejscu człowieka we wszechświecie opowiadał Carl Sagan, przypominając, że materia, z której jesteśmy zbudowani, powstała w gwiazdach. Secret Rule próbują podobną perspektywę przenieść na język metalu. Problem polega jedynie na tym, czy muzyka zawsze potrafi udźwignąć ciężar tak wielkich idei.
Od chaosu do równowagi. „Disorder” i „Equilibrium”
Album rozpoczyna „Disorder”, którego tytuł nie pozostawia większych wątpliwości. Wchodzimy do rzeczywistości pozbawionej dawnego porządku, świata, w którym chaos jest nie tylko zagrożeniem, lecz również punktem wyjścia do przemiany. Muzycznie otrzymujemy mocny rytm, wyraźnie zaznaczony bas, gitarowe riffy i nowoczesną produkcyjną precyzję. Andy Menario nie próbuje imponować szybkością ani technicznymi akrobacjami. Buduje ciężką, rytmiczną konstrukcję podporządkowaną głosowi Angeli. To charakterystyczny sposób komponowania Secret Rule: gitary tworzą architekturę, sekcja rytmiczna nadaje jej fundament, elektronika odpowiada za atmosferę, ale właściwa opowieść zostaje powierzona wokalistce. „Disorder” przypomina niektóre nagrania Amaranthe lub późniejszego Within Temptation – jest ciężki, dynamiczny i melodyjny. Pojawia się jednak pewien paradoks. Zespół opowiada o chaosie, podczas gdy sama muzyka pozostaje niemal perfekcyjnie uporządkowana. Każda zmiana dynamiki, każdy refren i instrumentalne przejście pojawiają się dokładnie tam, gdzie można ich oczekiwać. Gdyby Franz Kafka pisał piosenkę o rozpadzie rzeczywistości, prawdopodobnie nie pozwoliłby, aby wszystko odbywało się tak przewidywalnie.
Znacznie bardziej interesujące okazuje się „Equilibrium”. Orkiestrowe wprowadzenie nadaje kompozycji niemal filmowy charakter, po czym wchodzą cięższe instrumenty, tworząc napięcie pomiędzy monumentalnością a melodyjną bezpośredniością. Angela Di Vincenzo ma tutaj znacznie więcej przestrzeni na emocjonalną interpretację. Potrafi być delikatna, a chwilę później stanowcza, nie tracąc przy tym charakterystycznej barwy. W muzyce słychać inspiracje Nightwish i Xandrią, lecz Secret Rule nie próbują tworzyć klasycznej metalowej opery. Bliżej im do współczesnego hymnu o odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Albert Camus uważał, że człowiek musi konfrontować się z absurdem istnienia bez nadziei na ostateczne odpowiedzi. Włosi wybierają bardziej optymistyczną perspektywę: nawet w świecie pogrążonym w chaosie istnieje możliwość odrodzenia. Thomas Kumke z „Metal Temple” szczególnie docenił „Equilibrium”, wskazując na emocjonalną siłę wokalu oraz rolę orkiestrowych aranżacji. Trudno odmówić tej kompozycji urody, choć czasami chciałoby się mniej wielkiej symfonicznej deklaracji, a więcej dramatycznego niedopowiedzenia.
„Shards of Time”. Pamięć rozbita na tysiąc kawałków
Jedną z kompozycji najpełniej realizujących filozoficzny zamysł albumu jest „Shards of Time”. Tytułowe odłamki czasu przywołują obraz ludzkiej pamięci rozpadającej się na fragmenty. Marcel Proust przez tysiące stron próbował pokazać, że przeszłość nie istnieje w naszej świadomości jako uporządkowane archiwum. Powraca nieoczekiwanie, poprzez obrazy, emocje i skojarzenia. Christopher Nolan w swoich filmach wielokrotnie traktował czas jako konstrukcję, którą można rozbić i oglądać z różnych perspektyw. Secret Rule wykorzystują podobną symbolikę do opowiedzenia o ludzkim przemijaniu. Muzycznie jest to jedna z bardziej przekonujących kompozycji na płycie. Ciężkie gitarowe riffy kontrastują z melodyjnym wokalem, subtelniejsze fragmenty pozwalają odpocząć od metalowego rozmachu, a melancholijny charakter refrenu nadaje całości emocjonalną głębię. Nie mamy tutaj wyłącznie kolejnego stadionowego hymnu. Pojawia się rzeczywiste poczucie utraty i nieodwracalności czasu. „Shards of Time” przypomina patrzenie w rozbite lustro: w każdym fragmencie dostrzegamy własną twarz, ale żaden nie pokazuje jej w całości.
Podobne egzystencjalne napięcie pojawia się w „Gravity on Us”, choć muzyka staje się znacznie spokojniejsza. Grawitacja jest tutaj metaforą sił przyciągających człowieka do rzeczywistości, nawet kiedy pragnąłby się od niej uwolnić. To odwrócenie romantycznego marzenia o nieskrępowanej wolności. Chcielibyśmy wznieść się ponad codzienność, ale pozostajemy związani z pamięcią, doświadczeniami i relacjami. Orkiestrowe aranżacje, wyważona rytmika i balladowa atmosfera pozwalają Angeli rozwinąć bardziej liryczną interpretację. Jej głos przypomina chwilami Sharon den Adel, lecz jest mocniej osadzony w rockowej ekspresji, mniej eteryczny i bardziej bezpośredni. „Gravity on Us” jest emocjonalnie przekonujące, choć muzycznie nie wychodzi daleko poza sprawdzoną formułę. Zespół znakomicie rozumie mechanikę melodyjnego metalu, ale nie zawsze potrafi zaskoczyć słuchacza.
„UNInVERSE”. Wielki temat i mała prawda o człowieku
Tytułowy „UNInVERSE” stanowi centralny punkt całego przedsięwzięcia. Łączy gitarowy ciężar, elektroniczne faktury i symfoniczne aranżacje z melodią, która niemal natychmiast zapada w pamięć. Angela Di Vincenzo prowadzi utwór z niezwykłą pewnością, a kolejne instrumentalne warstwy podporządkowane zostają jej interpretacji. Można odnieść wrażenie, że cała muzyczna machina powstała po to, aby przygotować przestrzeń dla jednej emocjonalnej historii. To skuteczny zabieg, choć chwilami niebezpiecznie zbliża się do produkcyjnego przepychu. Szczególnie interesująca pozostaje fortepianowo-wokalna wersja utworu, obecna jako dodatek w rozszerzonym wydaniu. Kiedy znikają ciężkie gitary, elektronika i rozbudowane orkiestracje, odsłania się najważniejszy element kompozycji – melodia. I nagle okazuje się, że muzyka nie potrzebuje aż tylu dekoracji, aby poruszać. W tym sensie Secret Rule przypominają reżysera, który przez cały film korzysta z efektów specjalnych, a najważniejszą scenę realizuje przy pomocy nieruchomej kamery i twarzy aktora. Paradoksalnie właśnie wtedy osiąga największą siłę.
Po spokojniejszych fragmentach „I Am” przywraca cięższy charakter albumu. Zdecydowany gitarowy riff, elektroniczne akcenty i niemal mechaniczny rytm tworzą kompozycję przypominającą wcześniejsze dokonania Lacuna Coil, zwłaszcza z okresu „Comalies”. Tytuł jest deklaracją tożsamości. Po opowieściach o chaosie, utracie równowagi i rozpadzie czasu pojawia się człowiek próbujący odpowiedzieć na fundamentalne pytanie: kim właściwie jestem? W „Wilku stepowym” Hermann Hesse przedstawił bohatera rozdartego pomiędzy sprzecznymi wersjami własnej osobowości. U Dostojewskiego człowiek nieustannie konfrontuje się ze swoimi słabościami i moralnymi sprzecznościami. Secret Rule wybierają rozwiązanie prostsze – afirmację własnego istnienia. Jestem, istnieję, mam prawo określać swoją tożsamość. Muzycznie otrzymujemy bardzo skuteczny metalowy przebój, choć mniej interesujący psychologicznie, niż mógłby sugerować jego tytuł.
„Time Zero” i „Multiple Me”. Katastrofa oraz człowiek o wielu twarzach
„Time Zero” jest jednym z najmocniejszych punktów płyty. Bas i gitary tworzą ciężki, niemal bezlitosny fundament rytmiczny, a kompozycja posiada większą agresję niż większość wcześniejszego materiału. Można odnaleźć tutaj skojarzenia z melodyjniejszymi okresami In Flames, ale rozbudowane partie klawiszowe przypominają, że Secret Rule nadal pozostają zespołem mocno związanym z symfoniczną estetyką. Tytułowy punkt zerowy może oznaczać zarówno ostateczne zatrzymanie czasu, jak i możliwość rozpoczęcia wszystkiego od nowa. W literaturze postapokaliptycznej podobny motyw pojawia się nieustannie. Cormac McCarthy w „Drodze” uczynił z rzeczywistości po katastrofie przejmującą opowieść o moralności, miłości i przetrwaniu. Secret Rule nie sięgają po tak oszczędny język. Ich wizja przypomina raczej widowiskowy film science fiction, w którym zagłada starego świata staje się początkiem nowego porządku. „Time Zero” znakomicie łączy metalową energię z koncepcyjnymi ambicjami albumu i jest jedną z kompozycji, do których warto wracać.
Jeszcze ciekawszy temat proponuje „Multiple Me”, czyli „Wiele wersji mnie”. Każdy człowiek funkcjonuje przecież w różnych rolach społecznych: inaczej zachowuje się w pracy, inaczej w domu, inaczej wobec przyjaciół. Nie oznacza to automatycznie fałszu, lecz kiedy poszczególne role zaczynają sobie przeczyć, pojawia się problem autentyczności. Robert Louis Stevenson w „Doktorze Jekyllu i panu Hydzie” uczynił z rozdwojenia osobowości jeden z najbardziej rozpoznawalnych motywów literackich. Secret Rule przekładają podobną ideę na język nowoczesnego metalu. Organowe wprowadzenie ustępuje miejsca ciężkim gitarom i orkiestrowemu tłu, pojawiają się bogatsze aranżacje, a głos Angeli pozostaje centrum dramaturgii. To jedna z bardziej interesujących kompozycji, choć można zastanawiać się, czy monumentalny refren rzeczywiście najlepiej oddaje wewnętrzne rozdarcie człowieka. Czasami bowiem największe dramaty rozgrywają się bez fanfar, w ciszy własnych myśli.
Z nicości do życia. A potem w czarną dziurę
Końcowa część albumu prowadzi słuchacza przez kolejne obrazy przemiany i emocjonalnej pustki. „From Null to Life” rozpoczyna się elektroniczno-orkiestrowym wprowadzeniem, po którym rozwija się w kierunku nowoczesnego metalu melodycznego. Ważną rolę odgrywają instrumenty klawiszowe, chóralne tło i męskie akcenty wokalne Andy'ego Menario. Kompozycja jest efektowna, ale pozostawia pewien niedosyt. Jej idea wydaje się ciekawsza niż muzyczna realizacja. Początek zapowiada coś mniej oczywistego, być może progresywnego, lecz po chwili wszystko wraca do znajomego schematu: zwrotka, wielki refren, instrumentalne rozwinięcie i finałowa kulminacja. To jedna ze słabości „UNInVERSE”. Zespół przedstawia wielkie kosmiczne idee, ale nie zawsze znajduje dla nich równie odważną formę.
„Black Hole” przynosi natomiast wyciszenie. Tytułowa czarna dziura staje się metaforą emocjonalnej pustki, utraty tożsamości albo doświadczenia, z którego trudno się wydostać. Spokojniejsze partie, akustyczne gitary i instrumenty klawiszowe pozwalają Angeli pokazać bardziej intymną stronę swojego talentu. Nie musi konkurować z potężnym riffem ani przebijać się przez orkiestracyjne warstwy. Może po prostu opowiadać. I właśnie w takich momentach Secret Rule są najbardziej przekonujący. „Black Hole” pokazuje, że muzyka zespołu niekoniecznie potrzebuje coraz większego rozmachu. Czasami jej największa siła ujawnia się wtedy, kiedy zostaje pozbawiona części metalowych dekoracji.
Angela Di Vincenzo i Andy Menario. Dwa filary muzycznej konstrukcji
Największym atutem „UNInVERSE” pozostaje bez wątpienia Angela Di Vincenzo. Nie jest wokalistką operową w stylu Tarji Turunen ani nie próbuje naśladować teatralnej wszechstronności Floor Jansen. Jej śpiew jest bardziej rockowy, bezpośredni, chwilami niemal popowy, ale posiada znaczną emocjonalną elastyczność. W „Equilibrium” potrafi być delikatna, w „I Am” stanowcza, w „Time Zero” mierzy się z cięższym instrumentalnym tłem, a w „Black Hole” przekonuje subtelnością. Problem pojawia się wówczas, gdy produkcja zbyt wyraźnie podporządkowuje wszystkie instrumenty głównej melodii. Rock, a zwłaszcza metal, bywa najbardziej interesujący wtedy, kiedy poszczególne elementy prowadzą rzeczywisty dialog, a nie tylko budują dekorację dla wokalisty.
Andy Menario odpowiada za gitarową architekturę i znaczną część produkcyjnej tożsamości Secret Rule. Jego riffy są ciężkie, precyzyjne i nowoczesne, a elektronika oraz orkiestrowe aranżacje nadają kompozycjom filmowy rozmach. Na uznanie zasługują również basista Nicola Pedron i perkusista Sebastiano Dolzani. Szczególnie bas odgrywa ważną rolę w tworzeniu masywnego brzmienia. Produkcja pozostaje przejrzysta, choć czasami nazbyt wygładzona. Wszystko brzmi potężnie, wszystkie instrumenty mają starannie wyznaczone miejsca, ale chwilami brakuje odrobiny niekontrolowanego życia. Tego, co sprawia, że najlepsze rockowe nagrania nie są jedynie perfekcyjnymi produktami studyjnymi, lecz zapisem prawdziwej muzycznej energii.
Krytycy podzieleni. Arcydzieło czy tylko sprawnie nagrany metal?
Recenzje „UNInVERSE” pokazują, jak różnie można oceniać ten sam album. Thomas Kumke z „Metal Temple” przyznał mu maksymalne 10/10, określając płytę słowami „An excellent melodic Metal album”, czyli „Znakomity album metalu melodycznego”. Szczególnie docenił wokal Angeli, potężne riffy i orkiestrowe aranżacje. Zupełnie inaczej ocenił wydawnictwo Elio Ferrara z „Metalitalia”, wystawiając 6/10. Dostrzegł umiejętności instrumentalistów, ale zarzucił zespołowi przesadną obecność elektroniki, chłodne brzmienie i przewidywalne rozwiązania. Wyróżnił jednak „I Am”, „Time Zero” oraz utwór tytułowy. Brytyjski recenzent JVB z „Scream Blast Repeat” zauważył natomiast, że muzycy potrafią dostarczać rozrywki bez rezygnacji z artystycznych ambicji. Napisał krótko: „They entertain for the right reasons” – „Dostarczają rozrywki z właściwych powodów”. Z kolei recenzent serwisu „Progressive Rock Central” wysoko ocenił przede wszystkim głos Angeli i bardziej melodyjne, refleksyjne fragmenty płyty.
Ta rozbieżność opinii jest niezwykle pouczająca. Kumke podziwia profesjonalizm, potęgę brzmienia i melodyjność. Ferrara zwraca uwagę na przewidywalność i brak wystarczającej oryginalności. Moim zdaniem obaj dostrzegają istotną część prawdy. „UNInVERSE” jest płytą niezwykle sprawną warsztatowo, ale nie zawsze równie odkrywczą. Największym problemem współczesnego metalu symfonicznego nie jest przecież niedostatek dobrych muzyków. Scena dysponuje ogromną liczbą znakomitych instrumentalistów, wokalistek i producentów. Problem zaczyna się wtedy, gdy wszyscy korzystają z podobnych rozwiązań: ciężki riff, elektroniczne wprowadzenie, melodyjna zwrotka, potężny refren, orkiestrowa kulminacja i gitarowe solo. Secret Rule nie zawsze potrafią uwolnić się od tego schematu. A przecież wielkość artysty polega nie tylko na doskonałym opanowaniu języka, lecz również na odwadze jego zmieniania.
Zamiast zakończenia. Najdalsza podróż prowadzi do samego siebie
W „Solaris” Stanisława Lema człowiek wyrusza w przestrzeń kosmiczną, aby spotkać obcą inteligencję, a ostatecznie zostaje skonfrontowany z własną pamięcią, winą i niemożnością zrozumienia samego siebie. To jeden z najpiękniejszych paradoksów literatury science fiction: im dalej podróżujemy w kosmos, tym częściej wracamy do najbardziej intymnych problemów ludzkiego istnienia. „UNInVERSE” opiera się na podobnym napięciu, choć nie osiąga oczywiście filozoficznej głębi powieści Lema. Chaos staje się symbolem zagubienia, grawitacja przypomina o ciężarze doświadczeń, odłamki czasu oznaczają pamięć, a czarna dziura – wewnętrzną pustkę. Punkt zerowy może być zarówno końcem, jak i początkiem.
Muzycznie album pozostaje bardziej tradycyjny, niż sugerowałaby jego ambitna koncepcja. Secret Rule nie wywracają zasad metalu melodycznego do góry nogami. Raczej doskonalą znaną formułę, dodając jej nowoczesny ciężar, elektroniczną precyzję i symfoniczny rozmach. Nie zawsze przynosi to oczekiwany rezultat. Niektóre kompozycje są przesadnie przewidywalne, a gęste aranżacje chwilami przesłaniają emocje, które powinny podkreślać. Ale znajdziemy tutaj również momenty naprawdę udane. „Equilibrium” zachwyca wokalną ekspresją, „Time Zero” udowadnia, że zespół potrafi grać ciężko, „I Am” jest bardzo skutecznym metalowym przebojem, „Multiple Me” przynosi interesującą dramaturgię, a „Black Hole” przypomina o wartości prostoty.
Najważniejsza pozostaje jednak Angela Di Vincenzo. To ona spaja stylistyczne pomysły i nadaje im ludzki wymiar. Kiedy muzyka staje się przesadnie monumentalna, jej głos potrafi przywrócić emocjonalną równowagę. I być może właśnie w tym kryje się największa wartość wydawnictwa. Secret Rule chcieli opowiedzieć o nieskończonym wszechświecie, ale najlepsze chwile tej płyty nie dotyczą galaktyk, gwiazd ani czarnych dziur. Dotyczą człowieka – jego strachu, pamięci, pragnienia wolności i nadziei, że nawet po największej katastrofie można rozpocząć wszystko od początku.
Bo najtrudniejsza podróż nie zawsze prowadzi przez kosmos. Czasami wystarczy zejść w głąb samego siebie.
Ocena końcowa: 8/10
Bardzo dobry album, choć niepozbawiony słabości. „UNInVERSE” nie przynosi rewolucji w metalu melodycznym, ale stanowi dojrzałą próbę połączenia ciężkiego brzmienia, symfonicznej monumentalności i egzystencjalnych tematów. Największymi atutami są głos Angeli Di Vincenzo, nowoczesna produkcja oraz kompozycje „Equilibrium”, „UNInVERSE”, „I Am”, „Time Zero”, „Multiple Me” i „Black Hole”. Największy niedosyt pozostawiają przewidywalne struktury części utworów i nadmierna zależność od znanych rozwiązań gatunkowych. Secret Rule mają warsztat, ambicję i świetną wokalistkę. Aby nagrać prawdziwe arcydzieło, potrzebują jeszcze większej odwagi w przekraczaniu własnych przyzwyczajeń.
Secret Rule – „UNInVERSE” (Lucky Bob Records, 2023). Dziewiąty album studyjny zespołu. Przywołane wypowiedzi krytyków pochodzą z „Metal Temple”, „Metalitalia”, „Scream Blast Repeat” i „Progressive Rock Central”. Krótkie cytaty zachowano w oryginale, polskie przekłady oraz porównania literackie są autorskie.



Napisz komentarz
Komentarze