W epoce, w której wiadomości rozchodzą się szybciej niż zdążymy zastanowić się nad ich treścią, stare powiedzenie o plotce obiegającej świat nabiera szczególnego znaczenia. Zwłaszcza gdy chodzi o bezpieczeństwo dzieci. Wtedy rozsądek często przegrywa z instynktem, a przycisk „udostępnij” staje się narzędziem niezamierzonego szerzenia paniki.
Po ostatnich atakach w szkołach na Mazowszu w internecie zaczęły krążyć tzw. hoaxy, czyli fałszywe komunikaty rozpowszechniane w formie łańcuszków. Mechanizm ich działania wyjaśnia w rozmowie z Polską Agencją Prasową dr Joanna Skruczaj-Olejnik, psycholożka z Uniwersytetu SWPS.
Chcemy chronić dzieci. I właśnie dlatego łatwo nas oszukać
– Mechanizm ten uruchamia się najczęściej wtedy, gdy chcemy ostrzec innych przed rzekomym niebezpieczeństwem – wyjaśnia ekspertka.
Fałszywe ostrzeżenia mają jedną wspólną cechę: domagają się natychmiastowej reakcji. Sugerują, że nadawca posiada wyjątkową wiedzę, którą trzeba błyskawicznie przekazać dalej.
Wystarczy wiadomość sugerująca zagrożenie w konkretnej szkole. Bez źródła, bez oficjalnego potwierdzenia, czasem nawet bez daty. Trafia do rodzicielskiej grupy na komunikatorze, a stamtąd do kolejnych odbiorców.
Nadawca często nie ma złych intencji. Przeciwnie. Jest przekonany, że postępuje odpowiedzialnie.
I właśnie w tym tkwi największy paradoks.
Dezinformacja nie zawsze potrzebuje człowieka, który świadomie kłamie. Czasem wystarczy wielu ludzi przekonanych, że robią coś dobrego.
Kłamstwo powtórzone sto razy zaczyna przypominać prawdę
Psycholożka zwraca uwagę na zjawisko nazywane efektem iluzji prawdy. Im częściej spotykamy określoną informację, tym bardziej jesteśmy skłonni uznać ją za wiarygodną.
Nie oznacza to, że wielokrotnie powtarzana wiadomość zyskuje jakiekolwiek potwierdzenie. Zmienia się jedynie nasze przekonanie o jej prawdziwości.
Sytuację komplikuje sposób funkcjonowania ludzkiej pamięci. Możemy doskonale pamiętać treść ostrzeżenia, a jednocześnie zapomnieć, kto je opublikował i czy informacja pochodziła z wiarygodnego źródła.
To trochę jak w zabawie w głuchy telefon, z tą różnicą, że stawką nie jest śmiech uczestników, lecz poczucie bezpieczeństwa całych rodzin.
Szczególnie niebezpieczne okazują się wiadomości wykorzystujące fragmenty rzeczywistych zdarzeń. Prawdziwa tragedia staje się punktem wyjścia do dopisywania kolejnych, niepotwierdzonych scenariuszy.
Tragedie są prawdziwe. Internetowe ostrzeżenia już niekoniecznie
W środę, 7 października, w Ostrołęce 19-latek zaatakował nożem dziewięć osób, w tym pięcioro uczniów, dwoje nauczycieli i dwie osoby postronne.
Tego samego dnia w Sierpcu policjanci zatrzymali 17-latka podejrzewanego o planowanie ataku na szkołę. Nastolatek usłyszał zarzuty i został tymczasowo aresztowany.
Dzień później, 8 października, doszło do tragedii w Leszczydole-Nowinach w powiecie wyszkowskim. Według informacji PAP 15-letni były uczeń szkoły podstawowej zaatakował ostrym narzędziem trzy osoby. Pracowniczka placówki zmarła mimo podjętej reanimacji. Ranni zostali także dyrektor szkoły i nauczycielka.
To wydarzenia, których powagi nie sposób kwestionować. Nie oznacza to jednak, że każde internetowe ostrzeżenie o kolejnym zagrożeniu jest prawdziwe.
Przeciwnie. Atmosfera niepokoju sprzyja rozpowszechnianiu informacji, których nikt wcześniej nie sprawdził.
Dziecko zaczyna bać się szkoły. Rodzic każdego powiadomienia
Konsekwencje dezinformacji nie kończą się na internetowym zamieszaniu.
Jak tłumaczy dr Skruczaj-Olejnik, powtarzające się alarmujące komunikaty mogą podważać dziecięce poczucie bezpieczeństwa. Szkoła, która powinna kojarzyć się z nauką, spotkaniami z rówieśnikami i codzienną rutyną, zaczyna być postrzegana jako miejsce zagrożenia.
U dzieci mogą pojawić się problemy z koncentracją, snem oraz lęk przed wychodzeniem na lekcje.
Dorośli reagują inaczej, ale mechanizm pozostaje podobny. Instynkt ochrony własnego dziecka podpowiada, że lepiej ostrzec niepotrzebnie, niż zlekceważyć prawdziwe niebezpieczeństwo.
Problem polega na tym, że masowe przekazywanie niepotwierdzonych informacji wcale nie musi zwiększać bezpieczeństwa. Może natomiast wywołać chaos, niepotrzebny niepokój i utrudnić odróżnienie rzeczywistych zagrożeń od wymyślonych.
Tomaszowscy rodzice również powinni zachować czujność. Ale nie ulegać panice
Ten mechanizm nie ma granic administracyjnych. Może pojawić się w każdej społeczności, także w Tomaszowie Mazowieckim i miejscowościach powiatu tomaszowskiego.
Rodzicielskie grupy na komunikatorach pełnią ważną funkcję. Pozwalają szybko wymieniać informacje i reagować na problemy. Trzeba jednak odróżnić wzajemną pomoc od bezrefleksyjnego rozpowszechniania alarmujących wiadomości.
Jeśli pojawia się informacja o zagrożeniu w szkole, warto przede wszystkim sprawdzić komunikaty dyrekcji, policji lub innych właściwych służb. Można skontaktować się bezpośrednio z placówką.
Jeżeli natomiast istnieje bezpośrednie zagrożenie życia lub zdrowia, należy zawiadomić służby pod numerem 112, zamiast ograniczać się do publikowania ostrzeżeń w internecie.
Nie każde ostrzeżenie jest fałszywe. Ale żadne nie staje się prawdziwe wyłącznie dlatego, że otrzymaliśmy je od znajomego.
Najważniejszy przycisk? Ten, którego nie naciśniemy
Ekspertka przekonuje, że przerwanie spirali dezinformacji wymaga świadomego powstrzymania automatycznej reakcji.
Zamiast przekazywać dalej emocjonalną wiadomość, należy ustalić jej pierwotne źródło i sprawdzić, czy zawarte w niej informacje mają potwierdzenie.
To prosta zasada, choć w sytuacji silnego lęku niezwykle trudna do zastosowania.
Internet nie zapomina łatwo. Nawet zdementowana plotka może przez długi czas krążyć w kolejnych grupach, na zrzutach ekranu i w prywatnych wiadomościach.
Dlatego w czasach, gdy strach potrafi rozprzestrzeniać się z prędkością światłowodu, odpowiedzialność zaczyna się od jednej decyzji.
Zanim wyślesz ostrzeżenie do kolejnych dziesięciu osób, sprawdź, czy rzeczywiście jest przed czym ostrzegać.
Źródło: Polska Agencja Prasowa (PAP), wypowiedzi dr Joanny Skruczaj-Olejnik z Uniwersytetu SWPS. Opracowanie redakcyjne NaszTomaszow.pl.



Napisz komentarz
Komentarze