Chicago, 1995. Alternatywa nie chciała być kolejnym produktem
W połowie lat dziewięćdziesiątych amerykański rock znajdował się w szczególnym momencie. Nirvana zdążyła zburzyć dotychczasowy porządek muzycznego przemysłu, Pearl Jam wypełniali stadiony, a Smashing Pumpkins udowadniali, że alternatywa może łączyć monumentalne ambicje z komercyjnym sukcesem. Ale najciekawsze rzeczy działy się często daleko od reflektorów, w niewielkich studiach, klubach i mieszkaniach, gdzie muzycy bardziej interesowali się eksperymentowaniem z dźwiękiem niż planowaniem kariery. Chicago miało własną odpowiedź na grunge. Tortoise eksperymentowali z rytmem, jazzem i post-rockiem, Gastr del Sol rozbijali tradycyjne piosenki na awangardowe fragmenty, Liz Phair nadawała indie rockowi osobistą bezpośredniość, a Red Red Meat poruszali się po świecie bluesa, psychodelii i rocka lat siedemdziesiątych. Jakby ktoś próbował połączyć „Sticky Fingers” Rolling Stonesów z rozregulowaną wyobraźnią Captain Beefhearta, nagrywając wszystko na taśmie znalezionej w starej szafie.
Grupa skupiona wokół wokalisty i gitarzysty Tima Rutiliego miała już za sobą pierwsze wydawnictwa, ale dopiero trzeci album, „Bunny Gets Paid”, wydany 10 października 1995 roku przez Sub Pop, stał się prawdziwym artystycznym przełomem. Jedenaście kompozycji, niespełna pięćdziesiąt minut muzyki i brzmienie, którego nie sposób pomylić z żadnym innym. W kształtowaniu dźwiękowej osobowości płyty ważną rolę odegrał Brad Wood, producent współpracujący wcześniej między innymi z Liz Phair i Smashing Pumpkins. Nie próbował jednak wygładzać niedoskonałości Red Red Meat. Przeciwnie – pozwolił, aby przesterowania, szumy, naturalne pogłosy i pozornie przypadkowe odgłosy stały się częścią kompozycji. Rezultat przypomina bluesa, który przeszedł przez maszynę do mielenia dźwięków, a następnie został poskładany według nieznanego wcześniej planu.
W tradycyjnym bluesie najważniejszy pozostaje człowiek opowiadający o cierpieniu, rozczarowaniu i samotności. U Muddy'ego Watersa emocja jest bezpośrednia, u Howlin' Wolfa niemal fizyczna, a Robert Johnson nadaje jej metafizyczny wymiar, jakby za każdym gitarowym dźwiękiem czaił się diabeł oczekujący na spłatę dawnego długu. Red Red Meat przejmują tę tradycję, ale poddają ją szczególnemu procesowi rozkładu. Gitary brzmią, jakby ktoś pozostawił je na deszczu, perkusja nie zawsze porusza się idealnie równym krokiem, a głos Rutiliego często niknie pomiędzy instrumentami. To estetyka świadomie zniszczonego piękna. Przypomina obrazy Anselma Kiefera, gdzie rdza, popiół i spękana materia opowiadają o pamięci oraz przemijaniu. U Red Red Meat podobną funkcję pełnią zakłócenia, sprzężenia i szorstkość nagrań. Nie są technicznymi wadami, które należałoby usunąć. Stają się częścią artystycznego języka.
„Carpet of Horses”. Drzwi do domu, w którym ktoś zapomniał zgasić światło
Album rozpoczyna „Carpet of Horses”, ponad sześciominutowa kompozycja, która natychmiast pokazuje, że nie będziemy mieli do czynienia ze zwyczajnym rockowym wydawnictwem. Akustyczna gitara porusza się w sennym rytmie, pojawiają się elektroniczne szumy i odgłosy przypominające pracę uszkodzonej maszyny, a głos Rutiliego brzmi jak wypowiadany po nieprzespanej nocy monolog. Nie ma efektownego riffu ani refrenu zapowiadającego wielki przebój. Jest raczej atmosfera wejścia do opuszczonego domu, w którym przed chwilą wydarzyło się coś, czego nikt nie chce wyjaśnić. Mark Richardson z „Pitchfork” porównywał początek albumu do otwierania ciężkich, skrzypiących drzwi, za którymi nie sposób rozpoznać tego, co czeka w ciemności. To wyjątkowo trafny obraz. Muzyka przypomina fragment prozy Williama Faulknera, gdzie wydarzenia nie układają się w prosty porządek, lecz wyłaniają z urywków wspomnień, zapachów i niedopowiedzeń. Rutili nie prowadzi słuchacza za rękę. Pozostawia go w przestrzeni, gdzie znaczenia trzeba samodzielnie odnaleźć.
Po hipnotycznym otwarciu następuje „Chain Chain Chain”, jeden z najbardziej energetycznych utworów płyty. Gitarowy riff posiada coś z klasycznych Rolling Stonesów, szczególnie z okresu „Exile on Main St.”. Jest ciężki, lekko rozkołysany i niezwykle fizyczny. Perkusja nadaje mu zdecydowany puls, a przez chwilę można odnieść wrażenie, że Red Red Meat postanowili nagrać prawdziwy rockowy przebój. Ale nawet tutaj wszystko odbywa się na ich własnych zasadach. Tam, gdzie Mick Jagger wkroczyłby z pełną sceniczną pewnością siebie, Tim Rutili zdaje się śpiewać do ściany. Muzyka chce wybuchnąć, lecz wokal odmawia udziału w triumfie. Richardson zauważył, że riff mógłby znaleźć się w repertuarze Stonesów z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. To porównanie pokazuje, że eksperymentalność grupy nie wynikała z niezdolności do pisania chwytliwych melodii. Muzycy doskonale rozumieli, jak działa klasyczny rock. Po prostu nie chcieli podporządkować mu całej własnej wyobraźni.
„Rosewood, Wax, Voltz + Glitter”. Piękno popękanych luster
„Rosewood, Wax, Voltz + Glitter” przynosi gwałtowne zagęszczenie atmosfery. Gitary stają się agresywne, rytm nabiera nerwowości, a pojawiające się odgłosy rozbijanego szkła sprawiają wrażenie, jakby ktoś urządził koncert w pomieszczeniu pełnym porcelanowych figurek i nie zamierzał przejmować się konsekwencjami. Pod tym pozornym chaosem ukryta jest jednak niemal klasyczna rockowa piosenka. Można odnaleźć tutaj coś z Sonic Youth, którzy uczynili gitarowy hałas pełnoprawnym narzędziem kompozytorskim, ale również z Royal Trux i Captain Beefhearta. Red Red Meat nie rozbijają muzyki tak radykalnie jak autor „Trout Mask Replica”, lecz świadomie naruszają tradycyjne wyobrażenia o harmonii i strukturze. Hałas nie jest dodatkiem. Stanowi część opowieści, podobnie jak pęknięcia na starym obrazie stają się po latach nieodłącznym elementem jego wyglądu.
Zupełnie inaczej działa następujący po nim „Buttered”. Po gwałtowności poprzedniej kompozycji otrzymujemy niemal bolesną powściągliwość. Rutili śpiewa jak człowiek powracający z miejsca, o którym nie chce nikomu opowiadać. Instrumenty poruszają się powoli, pozostawiając przestrzeń dla melancholii. Ta zmienność nastrojów jest jedną z największych zalet albumu. Red Red Meat nie próbują nieustannie zwiększać napięcia. Potrafią nagle wycofać się z hałasu i pozostawić słuchacza sam na sam z ciszą. A cisza po gitarowym wybuchu bywa znacznie bardziej przejmująca niż kolejna ściana przesterowania.
„Gauze”. Najpiękniejsza rana na całej płycie
Gdybym miał wskazać kompozycję najlepiej oddającą wielkość „Bunny Gets Paid”, wybrałbym „Gauze”. Sam tytuł, oznaczający gazę opatrunkową, prowokuje do interpretacji. Gaza chroni ranę, lecz jednocześnie przypomina o jej istnieniu. Jest symbolem próby leczenia czegoś, co nadal boli. Utwór rozpoczyna się delikatnie, niemal nieśmiało. Gitary tworzą melancholijną przestrzeń, rytm pozostaje powolny, a głos Rutiliego sprawia wrażenie dochodzącego z bardzo dużej odległości. Stopniowo muzyka nabiera emocjonalnej siły, nie zamieniając się jednak w tradycyjną rockową kulminację. To jedna z tych piosenek, które przypominają, że wielka muzyka nie musi być głośna. Można odnaleźć w niej coś z melancholii późniejszych nagrań Low, samotności Jasona Moliny czy delikatności Neila Younga z okresu „On the Beach”. Porównania te dotyczą przede wszystkim nastroju. Red Red Meat posiadają własny, niezwykle charakterystyczny język.
Mark Richardson z „Pitchfork” nazwał „Gauze” jednym z najwybitniejszych utworów zespołu, używając określenia „Possibly the finest song in the band's catalog”, czyli „Być może najlepsza piosenka w dorobku zespołu”. Trudno mi znaleźć argument przeciwko tej opinii. „Gauze” łączy piękną melodię, pozornie chaotyczną produkcję i emocjonalną prawdę, której nie trzeba tłumaczyć. Rutili nie opowiada historii w tradycyjnym znaczeniu. Jego tekst przypomina fragment snu, w którym zwyczajne przedmioty nabierają niepokojącego znaczenia. Można pomyśleć o surrealizmie, ale również o prozie Brunona Schulza, potrafiącego zamieniać codzienną rzeczywistość w świat o własnej, niemal sennej logice. Nie jest to sugestia bezpośredniej literackiej inspiracji, lecz podobieństwo wrażliwości. U obu twórców przedmiot przestaje być wyłącznie przedmiotem. Zaczyna przechowywać tajemnicę.
„Idiot Son”, „Oxtail” i „Sad Cadillac”. Ameryka widziana przez brudną szybę
„Idiot Son” udowadnia, że Red Red Meat potrafili pisać chwytliwe rockowe piosenki, nawet jeśli natychmiast próbowali ukryć je pod warstwą dźwiękowych niedoskonałości. Gitary są szorstkie, wokal przytłumiony, a rytm sprawia wrażenie świadomie nieprecyzyjnego. Przypomina to niektóre nagrania Dinosaur Jr., gdzie J Mascis ukrywał piękne melodie pod warstwami przesterowania. Rutili jest jednak znacznie mniej demonstracyjny. Mascis pozwala gitarze krzyczeć. Lider Red Red Meat częściej zmusza ją do mamrotania. Zupełnie odmienny charakter ma „Variations on Nadia's Theme”, kompozycja eksperymentalna, odwołująca się do znanej amerykańskiej melodii telewizyjnej, ale traktująca ją jak materiał do dźwiękowej dekonstrukcji. Można odnaleźć tu echo filozofii Briana Eno, dla którego studio nagraniowe stawało się instrumentem równie ważnym jak fortepian czy gitara. Nie każdy taki eksperyment jest równie przekonujący. Czasami metoda pracy okazuje się ciekawsza niż sam rezultat.
„Oxtail” należy natomiast do najbardziej hipnotycznych fragmentów albumu. Rozwija się powoli, jak samochód przemierzający pustynny krajobraz w upalne popołudnie. Gitary prowadzą osobliwy dialog, wokal sprawia wrażenie zmęczonego, a następnie pojawia się refren, który niespodziewanie rozjaśnia całą kompozycję. To muzyka, którą można wyobrazić sobie jako ścieżkę dźwiękową do ekranizacji prozy Cormaca McCarthy'ego, szczególnie tych fragmentów, gdzie amerykański krajobraz staje się osobnym bohaterem. „Sad Cadillac” rozwija podobną melancholię, choć już tytuł zawiera przewrotną ironię. Cadillac jest jednym z klasycznych symboli amerykańskiego sukcesu, bogactwa i marzenia o awansie społecznym. Smutny Cadillac brzmi jak obietnica, której nie udało się spełnić. Samochód nadal stoi na podjeździe, może nawet błyszczy chromowanymi detalami, ale jego właściciel dawno przestał wierzyć, że podróż dokądkolwiek go zaprowadzi.
W tym sensie Red Red Meat przypominają Bruce'a Springsteena z jego najbardziej pesymistycznych opowieści o amerykańskim śnie. Różnica polega na sposobie narracji. Springsteen opowiedziałby nam historię właściciela samochodu, nadałby mu imię, pokazał rodzinę i miejsce pracy. Tim Rutili zostawia jedynie pojazd, pustą drogę i kilka obrazów, których nie sposób jednoznacznie wyjaśnić. Jego teksty są bliższe poetyckim fragmentom niż klasycznym rockowym historiom. Nie przekazują gotowego sensu. Tworzą przestrzeń, w której słuchacz może odnaleźć własną opowieść.
„Taxidermy Blues in Reverse”. Muzyka, która próbuje wskrzesić martwe rzeczy
Przedostatnia kompozycja, „Taxidermy Blues in Reverse”, posiada jeden z najbardziej osobliwych tytułów w całej dyskografii grupy. Taksydermia polega na preparowaniu martwych zwierząt w taki sposób, aby zachowały pozory życia. Odwrócenie tego procesu może stać się fascynującą metaforą całego albumu. Czy można przywrócić życie czemuś, co zostało już zamienione w eksponat? Czy tradycyjny blues i rock and roll mogą odzyskać pierwotną energię po rozbiciu ich ustalonych form? Red Red Meat zdają się odpowiadać twierdząco. Biorą dobrze znane elementy amerykańskiej muzyki korzeni, rozkładają je na części, a następnie składają w nową konstrukcję. Nie zawsze piękną w tradycyjnym znaczeniu, ale bez wątpienia żywą.
Album kończy „There's Always Tomorrow”, interpretacja melodii znanej z telewizyjnego filmu animowanego „Rudolph the Red-Nosed Reindeer”. Po kilkudziesięciu minutach gitarowych sprzężeń, sennego bluesa i eksperymentów taki finał wydaje się niemal absurdalny. Ale zespół nie traktuje go ironicznie. Przeciwnie, nadaje mu niezwykłą czułość. Nie ma tutaj szyderstwa ani prowokacyjnego mrugania do słuchacza. Jest melancholijna nadzieja. Właśnie ten moment pozwala zrozumieć emocjonalną naturę całego wydawnictwa. Pod zniszczonymi dźwiękami i surrealistycznymi obrazami kryje się zaskakująco łagodne spojrzenie na świat. Red Red Meat nie rozbijają muzyki po to, aby udowodnić jej bezsens. Rozbierają ją, ponieważ wierzą, że pod warstwami konwencji nadal istnieje coś autentycznego. Mark Richardson zakończył recenzję reedycji z 2009 roku prostym zdaniem: „It's got a huge heart” – „Ta płyta ma ogromne serce”. Po wysłuchaniu finałowej kompozycji trudno o lepsze podsumowanie.
Krytycy, kultowy status i przyszłość ukryta w Califone
Historia recepcji „Bunny Gets Paid” jest szczególnie interesująca, ponieważ album znacznie silniej zaistniał w świadomości słuchaczy po latach niż w chwili premiery. W 1995 roku Red Red Meat pozostawali zespołem kultowym, dalekim od komercyjnej popularności Nirvany czy Smashing Pumpkins. Dopiero kolejne dekady pozwoliły szerzej docenić ich artystyczną odwagę. Mark Richardson z „Pitchfork” przyznał rozszerzonej edycji albumu ocenę 8,9/10, wcześniej określając go jako „One of the best pure rock albums of the 1990s”, czyli „Jeden z najlepszych czysto rockowych albumów lat dziewięćdziesiątych”. Paul Bullock z „Under the Radar” ocenił reedycję na 8/10, nazywając ją „A great rambling mess of post-punk, blues, and lo-fi haze” – „Wspaniałym, rozchwianym chaosem post-punku, bluesa i zamglonego lo-fi”. Zdecydowanie ostrożniejszy był Mark Deming z AllMusic, który doceniał eksperymentalną śmiałość grupy, ale wskazywał również na fragmenty, w których muzycy nie potrafili nadać swoim pomysłom przekonującej formy.
Te rozbieżności są uzasadnione. „Bunny Gets Paid” nie jest albumem idealnie równym. Niektóre kompozycje rozwijają się zbyt długo, część eksperymentów bardziej fascynuje jako metoda pracy niż gotowy utwór, a świadomie rozbita forma czasami przestaje intrygować i zaczyna nużyć. Nie zmienia to jednak faktu, że zespół stworzył dzieło wyjątkowo oryginalne. Co więcej, album zapowiadał późniejszą działalność Califone, formacji założonej przez Tima Rutiliego i Bena Massarellę po zakończeniu historii Red Red Meat. Califone rozwinęli eksperymenty z amerykańską muzyką korzeni, elektroniką i technikami studyjnymi, tworząc własny język na pograniczu folku, bluesa i awangardy. „Bunny Gets Paid” można zatem traktować jako pomost pomiędzy tradycyjnym gitarowym rockiem a znacznie bardziej otwartym sposobem komponowania.
W tym sensie Red Red Meat przypominają nieco Talk Talk z okresu „Spirit of Eden” i „Laughing Stock”. Muzycznie są to odległe światy, ale łączy je przekonanie, że studio nagraniowe nie musi służyć wyłącznie utrwalaniu gotowych piosenek. Może być miejscem odkrywania muzyki, która przed rozpoczęciem sesji jeszcze nie istniała. Właśnie dlatego „Bunny Gets Paid” nie brzmi jak typowy dokument połowy lat dziewięćdziesiątych. Oczywiście można usłyszeć charakterystyczne gitarowe przesterowania, lo-fi i alternatywną melancholię, lecz nie jest to muzyka całkowicie zamknięta w estetyce własnej epoki. Jej największą wartością pozostaje artystyczna ciekawość, której nie da się łatwo przypisać do konkretnej mody.
Zamiast zakończenia. Najpiękniejsze rzeczy nie zawsze są nowe
„Bunny Gets Paid” nie jest albumem doskonałym. I być może właśnie dlatego tak bardzo pasuje do niego słowo „piękny”. Nie jest to piękno klasyczne, symetryczne, pozbawione wad. Nie przypomina starannie zaprojektowanego ogrodu, w którym każdy kwiat rośnie dokładnie tam, gdzie powinien. Bliżej mu do starego sadu, którego nikt od lat nie pielęgnował. Gałęzie splatają się ze sobą, ziemia jest nierówna, a pomiędzy drzewami leżą przedmioty pozostawione przez dawnych właścicieli. Ale kiedy przychodzi odpowiednia pora roku, całość zakwita w sposób, którego nie sposób zaplanować.
W prozie Cormaca McCarthy'ego amerykański krajobraz często przechowuje ślady ludzi, którzy dawno zniknęli. Opuszczone budynki, stare drogi i zniszczone przedmioty stają się milczącymi świadkami ich historii. Muzyka Red Red Meat działa podobnie. Każdy dźwięk zdaje się coś pamiętać. Gitary przypominają instrumenty, które zagrały już setki koncertów, perkusja brzmi jak serce człowieka próbującego odzyskać równowagę po ciężkiej nocy, a głos Rutiliego pojawia się niczym szept kogoś, kto nie jest pewien, czy warto jeszcze cokolwiek wyjaśniać. To muzyka o utracie, ale również o przetrwaniu. O rzeczach zepsutych, które nie straciły swojej wartości. O pięknie, którego nie da się odnaleźć w idealnie wypolerowanych powierzchniach.
Dlatego zakończenie albumu piosenką „There's Always Tomorrow” wydaje mi się tak poruszające. Po całym muzycznym chaosie Red Red Meat pozostawiają słuchacza z prostym przekonaniem, że istnieje jeszcze jutro. Nie obiecują, że będzie lepsze. Nie zapewniają, że wszystkie problemy znikną. Przypominają jedynie, że następny dzień może nadejść. I to wystarcza.
„Bunny Gets Paid” przypomina stare zdjęcie znalezione po latach w zapomnianej szufladzie. Papier jest pożółkły, rogi zniszczone, a niektórych twarzy nie sposób rozpoznać. Można fotografię wyczyścić, wyostrzyć i cyfrowo poprawić. Ale wtedy stracilibyśmy właśnie to, co czyni ją wyjątkową: ślady czasu, życia i pamięci. Red Red Meat nie chcieli ich usuwać. Zbudowali z nich muzykę.
Ocena końcowa: 9/10
Wybitny album amerykańskiego rocka alternatywnego lat dziewięćdziesiątych. „Bunny Gets Paid” zachwyca atmosferą, dźwiękową wyobraźnią i niekonwencjonalnym podejściem do bluesowej tradycji. Największe atuty to „Carpet of Horses”, „Chain Chain Chain”, „Rosewood, Wax, Voltz + Glitter”, „Gauze”, „Oxtail” oraz finałowe „There's Always Tomorrow”. Największe słabości stanowią chwilami rozwlekłe kompozycje i eksperymenty, które nie zawsze prowadzą do równie przekonujących rezultatów. Nie jest to płyta dla każdego. Ale słuchacz gotowy zaakceptować dźwiękową niedoskonałość odnajdzie tutaj niezwykłą emocjonalną prawdę.
Red Red Meat – „Bunny Gets Paid” (Sub Pop, 1995). 11 utworów, około 49 minut. Przywołane opinie krytyków pochodzą z „Pitchfork”, „Under the Radar” i AllMusic. Krótkie cytaty zachowano w oryginale, a polskie przekłady i interpretacje literacko-muzyczne są autorskie.



Napisz komentarz
Komentarze