Powrót do rzeki, w której nie można zanurzyć się dwa razy
Heraklit z Efezu przekonywał, że nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki. Woda nieustannie płynie, a człowiek, który powraca na jej brzeg, również nie jest już tym samym człowiekiem. Trudno znaleźć lepszy filozoficzny komentarz do „Deep River”. Album, wydany w sierpniu 2026 roku przez Farna Records, nie przynosi premierowych kompozycji. Zawiera sześć nowych interpretacji utworów pochodzących z różnych okresów działalności Quidam – od debiutu z 1996 roku aż po „Saiko” z 2012 roku. Materiał zarejestrowano podczas wspólnej sesji 12 kwietnia 2026 roku w Islands Studio w Inowrocławiu. Nie jest to więc zwyczajna składanka ani próba odtworzenia dawnych nagrań z muzealną dokładnością. To raczej spotkanie przyjaciół, którzy po wielu latach zasiadają przy jednym stole i zaczynają rozmawiać o sprawach, na które kiedyś zabrakło im czasu. Rozpoznają własne głosy, pamiętają wspólne historie, ale nie próbują udawać dwudziestolatków.
Już sam tytuł ma znaczenie symboliczne. Zanim zespół przyjął nazwę Quidam, funkcjonował jako Deep River. Trudno zatem traktować wybór nazwy jubileuszowej płyty jako przypadek. To powrót do punktu wyjścia, kiedy przyszłość pozostawała jeszcze otwarta, a muzycy dopiero szukali własnego języka. W latach dziewięćdziesiątych polski rock progresywny przeżywał niezwykle interesujący okres. Collage nagrywali „Moonshine” i „Safe”, Abraxas budowali własny, teatralny świat, a Albion proponowali muzykę pełną melancholii i symfonicznego rozmachu. Quidam wnieśli do tego środowiska coś szczególnego: baśniową delikatność, flet, akustyczne przestrzenie i głos Emilii Derkowskiej, dziś Nazaruk, który nie próbował naśladować wielkich rockowych wokalistów. Był raczej przewodnikiem po świecie przypominającym krajobrazy z obrazów prerafaelitów – pełnym światła, tajemnicy i dyskretnego smutku.
Debiutancki „Quidam” z 1996 roku pozostaje jednym z najważniejszych osiągnięć rodzimego neoprogresywnego rocka. Mariusz Danielak, recenzując jego reedycję dla ArtRock.pl, przyznał albumowi ocenę 10/10, przypominając przy okazji wyjątkowo wysoką opinię, jaką miał o nim Piotr Kosiński z Rock Serwisu. Inspiracje Genesis, Camel czy wczesnym Marillion były oczywiste, lecz grupa potrafiła przekształcić je we własną muzyczną osobowość. Tam, gdzie Brytyjczycy wznosili monumentalne rockowe katedry, muzycy Quidam częściej proponowali niewielkie kaplice ukryte pośród drzew. Na „Deep River” powracają do tej estetyki, ale po drodze wydarzyło się trzydzieści pięć lat życia. Tego doświadczenia nie można wymazać żadnym studyjnym zabiegiem. I całe szczęście.
Dwa głosy, dwie epoki, jedna historia
Najważniejszym wydarzeniem jubileuszowego albumu jest spotkanie Emilii Nazaruk i Bartosza Kossowicza. Emilia była głosem pierwszego, najbardziej romantycznego okresu Quidam. Jej śpiew nadawał muzyce niezwykłą lekkość, chwilami przywodzącą na myśl folkową wrażliwość Loreeny McKennitt, delikatność Annie Haslam z Renaissance czy emocjonalne wokalizy Clare Torry. Bartosz Kossowicz, który dołączył do zespołu później, reprezentuje odmienny sposób interpretacji: bardziej rockowy, bezpośredni i związany z nowocześniejszą estetyką grupy. Można powiedzieć, że Emilia symbolizuje Quidam marzycielski, a Bartosz – Quidam dojrzalszy, bardziej świadomy przemijania i codzienności. To uproszczenie, ale pozwala zrozumieć znaczenie ich artystycznego spotkania.
Największą zaletą przedsięwzięcia jest fakt, że oboje nie próbują ze sobą rywalizować. Nie chodzi o wskazanie lepszego wokalisty ani rozstrzygnięcie, która epoka zespołu była ważniejsza. Zamiast tego otrzymujemy dialog, przypominający scenę z powieści Marcela Prousta, w której człowiek odnajduje po latach dawną fotografię i nagle zaczyna rozmawiać z własną młodością. Takie spotkanie nie może być całkowicie spokojne. Pojawia się wzruszenie, odrobina żalu, ale również zaskoczenie, ponieważ rzeczy dawniej fundamentalne z perspektywy czasu wyglądają zupełnie inaczej. Właśnie dlatego obecność Emilii w kompozycjach pochodzących z późniejszego okresu działalności grupy jest pomysłem znacznie ciekawszym niż proste przypomnienie jej dawnych partii wokalnych. Nie zostaje strażniczką przeszłości. Staje się uczestniczką dalszej historii Quidam.
„Głęboka rzeka”. Tam, gdzie wszystko się zaczęło
Album otwiera „Głęboka rzeka”, kompozycja pochodząca z debiutu z 1996 roku. Już sam tytuł zawiera niezwykłą wieloznaczność. Rzeka może symbolizować życie, przemijanie, oczyszczenie, ale także granicę pomiędzy światem żywych a krainą umarłych. W mitologii greckiej Styks oddzielał dwa porządki istnienia, w tradycji chrześcijańskiej Jordan oznaczał przejście i duchową przemianę. U Czesława Miłosza rzeczny krajobraz często przechowywał wspomnienia dzieciństwa, tworząc przestrzeń, w której człowiek próbował odnaleźć utracony czas. Muzyka Quidam prowokuje do podobnego odczytania. W 1996 roku „Głęboka rzeka” była utworem młodego zespołu poszukującego własnego języka. Trzy dekady później staje się listem wysłanym do siebie samego z przeszłości.
Nowa interpretacja nie musi już udowadniać, że Quidam potrafią tworzyć wielkie progresywne kompozycje. Ich miejsce w historii gatunku zostało dawno ustalone. Teraz mogą pozwolić sobie na powściągliwość i zmianę proporcji między instrumentalnym rozmachem a emocją. Właśnie taki kierunek wydaje się najciekawszy w samym zamyśle albumu. Powrót Emilii nadaje kompozycji dodatkowe znaczenie, ponieważ to jej głos współtworzył pierwotny obraz utworu. Obecność Bartosza pozwala natomiast spojrzeć na tę samą historię z perspektywy innego doświadczenia. W relacji z jubileuszowego koncertu grupy w Warszawie, opublikowanej przez międzynarodowy serwis The Progspace, Jaak Geebelen podkreślał niezwykle entuzjastyczne przyjęcie „Głębokiej rzeki” przez publiczność. To ważny sygnał: kompozycja nie stała się muzealnym eksponatem, lecz nadal potrafi budzić emocje.
„Łza” i „Jesteś”. Melancholia, która nie potrzebuje wielkich słów
„Łza” pochodzi ze „Snów aniołów” z 1998 roku, albumu szczególnie mocno związanego z romantycznym obliczem Quidam. Sam tytuł mógłby sugerować muzykę niebezpiecznie sentymentalną. Łza jest przecież jednym z najbardziej eksploatowanych symboli w sztuce. Wystarczy kilka fortepianowych akordów, łagodny głos i odpowiednio smutna melodia, aby stworzyć emocjonalny banał. Quidam zawsze jednak najciekawiej wypadał w momentach, kiedy melancholia nie zamieniała się w patos. Pod tym względem grupa przywodzi na myśl Camel z czasów „The Snow Goose” i „Moonmadness”. Andrew Latimer potrafił jedną gitarową frazą powiedzieć więcej niż inni muzycy za pomocą rozbudowanej orkiestracji. Maciej Meller należy do podobnej szkoły instrumentalnej wrażliwości. Nie interesuje go przede wszystkim szybkość. Ważniejszy pozostaje ton, długość wybrzmiewania dźwięku i cisza, która pojawia się pomiędzy kolejnymi frazami.
„Jesteś (w labiryncie myśli)” pochodzi natomiast z „Pod niebem czas” z 2002 roku i reprezentuje moment przejścia ku bardziej dojrzałej estetyce zespołu. Już sam labirynt przywołany w tytule jest jednym z najstarszych motywów kultury europejskiej. Tezeusz potrzebował nici Ariadny, aby znaleźć drogę powrotną. Jorge Luis Borges uczynił z labiryntu symbol świadomości, pamięci i nieskończonego poszukiwania sensu. W muzyce Quidam taką nicią często pozostaje melodia, prowadząca słuchacza przez bardziej złożoną instrumentalną strukturę. To odróżnia ich od części zespołów progresywnych, dla których techniczny popis bywał celem samym w sobie. Quidam częściej podporządkowywali instrumentalną sprawność emocjonalnej opowieści. W jubileuszowym zestawie „Jesteś” staje się zatem nie tylko przypomnieniem konkretnego albumu, ale również świadectwem stopniowego dojrzewania grupy.
„Not So Close” i „One Day We Find”. Kiedy przeszłość spotyka przyszłość
„Not So Close” z „surREvival” z 2005 roku pochodzi już z okresu Bartosza Kossowicza. Zmiana wokalisty zawsze jest dla rockowego zespołu wydarzeniem fundamentalnym. Genesis po odejściu Petera Gabriela stopniowo stali się inną grupą, choć zachowali wielu dawnych słuchaczy. Marillion po rozstaniu z Fishem musieli zbudować nową artystyczną osobowość, opartą na ekspresji Steve’a Hogartha. Quidam znaleźli się przed podobnym wyzwaniem. Kossowicz nie miał odtwarzać stylu Emilii. Musiał odnaleźć własny sposób funkcjonowania w muzycznym świecie zespołu. Dlatego jej udział w nowej interpretacji „Not So Close” posiada znaczenie symboliczne: dawna wokalistka wkracza w repertuar powstały już po jej odejściu, a dwie epoki zostają połączone bez konieczności unieważniania którejkolwiek z nich.
Podobnie interesującym wyborem jest „One Day We Find” z „Alone Together” z 2007 roku. Już tytuł tamtej płyty – „Samotni razem” – zawierał paradoks doskonale opisujący współczesne relacje. Można przebywać wśród ludzi i pozostawać samotnym, można też żyć daleko od kogoś, zachowując niezwykłe poczucie bliskości. W kontekście jubileuszowego albumu „One Day We Find” nabiera niemal autobiograficznego charakteru. Pewnego dnia odnajdziemy. Ale co? Dawne przyjaźnie, utracony spokój, młodzieńcze marzenia? A może zdolność patrzenia na przeszłość bez żalu? W „Poszukiwaniu straconego czasu” Proust pokazał, że pamięć nie zawsze podlega naszej woli. Niekiedy wystarczy smak, zapach albo drobny szczegół, aby powrócił cały zapomniany świat. Muzyka posiada podobną moc. Jedna melodia może przywołać miejsce, w którym usłyszeliśmy ją po raz pierwszy. Przypomnieć twarz dawno niewidzianej osoby. Otworzyć wspomnienie, które wydawało się bezpowrotnie utracone.
„sPotykanie”. Niektóre spotkania muszą poczekać kilkanaście lat
Finałowe „sPotykanie” pochodzi z „Saiko” z 2012 roku, ostatniego przed „Deep River” studyjnego albumu Quidam. To wybór szczególnie przemyślany. „Saiko” było dziełem wyraźnie odmiennym od romantycznego debiutu, bardziej alternatywnym, intymnym, chwilami eksperymentalnym. Grzegorz Dusza z magazynu „Audio” zwrócił uwagę na niemal trip-hopowy charakter „sPotykania”, podkreślając nowoczesność brzmienia i produkcyjną staranność całej płyty. Włączenie tej kompozycji do jubileuszowego wydawnictwa sprawia, że otrzymujemy nie tyle zamknięte koło, ile liniową opowieść o kolejnych etapach muzycznej podróży. Zespół rozpoczyna od 1996 roku, a kończy na 2012. Nie wraca na siłę do punktu wyjścia. Pozwala rzece płynąć dalej.
Mariusz Danielak z ArtRock.pl, opisując jubileuszowy koncert Quidam w Łodzi w październiku 2026 roku, zwrócił uwagę na wyjątkowo intymny charakter wspólnego wykonania „sPotykania” przez Emilię i Bartosza. Z kolei Jaak Geebelen z The Progspace porównał emocjonalną siłę wokaliz Emilii do słynnego występu Clare Torry w „The Great Gig in the Sky” Pink Floyd. To odważne, ale interesujące zestawienie. Torry pokazała w 1973 roku, że ludzki głos nie potrzebuje słów, aby mówić o strachu, cierpieniu i śmierci. U Emilii podobna zdolność wyrażania emocji poprzez samą barwę i frazowanie była obecna od początku działalności Quidam. Dlatego jej powrót ma znaczenie większe niż nostalgiczny gest. Przypomina o jednym z najważniejszych elementów pierwotnej osobowości zespołu.
Co dostrzegli krytycy? Między wzruszeniem a oczekiwaniem na nowe utwory
„Deep River” nie posiada jeszcze tak rozległej historii krytycznej jak klasyczne albumy Quidam. Najbardziej interesujące opinie pochodzą z polskich serwisów poświęconych muzyce progresywnej oraz z relacji z jubileuszowych koncertów. Rysiek Puciato z Małego Leksykonu Wielkich Zespołów zrezygnował z tradycyjnej punktowej oceny i przygotował osobiste omówienie albumu, nazywając je sześcioma westchnieniami. Szczególnie docenił wspólne nagranie muzyków i dialog wokalny Emilii oraz Bartosza. Napisał krótko: „A dwugłosy Bartka i Emilii po prostu… brzmią!”. Zwrócił również uwagę na emocjonalne znaczenie nowych interpretacji i wyraził nadzieję, że jubileuszowe spotkanie będzie początkiem dalszej działalności artystycznej.
Podobne emocje pojawiały się w relacjach koncertowych. Mariusz Danielak podkreślał naturalność i ciepło zespołowego grania, a Jaak Geebelen zwracał uwagę na wyjątkową więź między muzykami i publicznością. Warto jednak zachować krytyczną ostrożność. Opinie o koncertach nie są automatycznie ocenami studyjnego brzmienia płyty. Pokazują natomiast, że zaproponowana na „Deep River” koncepcja spotkania dwóch wokalnych epok ma autentyczną siłę emocjonalną. Potwierdzają również coś, co od dawna wyróżnia Quidam: relację ze słuchaczami opartą na muzyce, a nie na spektakularnych skandalach czy agresywnej promocji.
Czy nostalgia może stać się artystyczną pułapką?
Największą zaletą „Deep River” pozostaje zarazem jego najpoważniejsze ograniczenie. Album jest pięknym spojrzeniem w przeszłość, ale nie przynosi nowych kompozycji. Sześć utworów reprezentujących sześć kolejnych płyt studyjnych tworzy przemyślaną opowieść, jednak pozostawia niedosyt. Dlaczego tylko sześć? Dlaczego nie zdecydowano się na bardziej rozbudowane przedsięwzięcie? Dlaczego obok nowych interpretacji nie pojawił się choćby jeden premierowy utwór? Puciato przyznawał, że w jego wymarzonej wersji wydawnictwo obejmowałoby dwanaście kompozycji. Rozumiem tę tęsknotę, choć dostrzegam również zaletę krótszej formy. Zespół nie próbował zamienić jubileuszu w kilkugodzinny pomnik własnej historii. Wybrał materiał przekrojowy i nadał mu wspólną, kameralną perspektywę.
Istotne znaczenie ma sposób nagrania. Materiał zarejestrowano podczas wspólnej sesji, co w epoce komputerowego składania muzyki z osobno przygotowanych ścieżek jest świadomą decyzją artystyczną. Muzycy mogą reagować na siebie w czasie rzeczywistym, zmieniać dynamikę i pozostawiać przestrzeń na naturalną interakcję. Nie oznacza to oczywiście braku późniejszej edycji czy obróbki studyjnej, ale punktem wyjścia pozostaje spotkanie, a nie techniczna rekonstrukcja. To filozofia bliska późnym nagraniom Johnny’ego Casha z serii „American Recordings”. Cash nie próbował udawać młodego buntownika. Pozwalał, aby wiek, doświadczenie i zmieniony głos stały się częścią interpretacji. Quidam proponują podobny sposób myślenia: czas nie jest wrogiem muzyki, lecz może stać się jej dodatkowym instrumentem.
Pozostaje jednak pytanie, czy „Deep River” będzie prologiem nowego rozdziału, czy raczej eleganckim podsumowaniem dotychczasowej działalności. Historia rocka pokazuje, że dojrzałość nie musi oznaczać twórczego wyciszenia. David Bowie stworzył „Blackstar” u kresu życia, Peter Gabriel po latach powrócił z „i/o”, a Marillion nieustannie próbują opowiadać o świecie zmieniającym się razem z nimi. Quidam również mają potencjał, by wyjść poza własną legendę. Najbardziej interesowałoby mnie właśnie spotkanie melodyjnej wrażliwości dawnych albumów z doświadczeniem zdobytym przez muzyków w kolejnych dekadach. Nie próba napisania drugiej „Głębokiej rzeki”, lecz stworzenie czegoś, czego trzydzieści lat temu jeszcze nie potrafiliby sobie wyobrazić.
Zamiast zakończenia. Rzeka nie pyta, czy chcemy wrócić
W filmie „Rzeka wspomnień” Roberta Redforda woda jest czymś więcej niż częścią krajobrazu. Staje się symbolem rodzinnej pamięci, przemijania i tajemnic, których człowiek nigdy do końca nie rozwiąże. Norman Maclean, autor literackiego pierwowzoru, uczynił rzekę milczącym świadkiem ludzkiego życia. Kiedy myślę o „Deep River” Quidam, powraca właśnie ten obraz. Rzeka przepływająca przez kolejne lata, zmieniająca brzegi i zabierająca ze sobą fragmenty krajobrazu, a jednak wciąż rozpoznawalna. Zespół również zmieniał się przez trzydzieści pięć lat. Zmieniały się głosy, kompozycyjne ambicje, instrumentalne proporcje i muzyczne inspiracje. Zmieniała się także Polska, w której powstawały kolejne albumy. W 1996 roku płyta kompaktowa była jednym z najważniejszych nośników muzyki. Dzisiaj winyl stał się przedmiotem kolekcjonerskim i symbolem bardziej uważnego słuchania. Ale pewne rzeczy pozostały niezmienne.
Melodia wciąż potrafi wzruszać. Gitara może opowiedzieć historię bez jednego słowa. Flet przenieść słuchacza do świata, który być może nigdy nie istniał. A głos nadal pozostaje najbardziej niezwykłym instrumentem, jakim dysponuje człowiek. „Deep River” przypomina o tych prostych prawdach. Nie jest muzyczną rewolucją ani manifestem wyznaczającym nowe kierunki rozwoju rocka progresywnego. Jest czymś bardziej osobistym: rozmową z przeszłością, próbą zrozumienia, co pozostało z młodzieńczych marzeń, i być może cichą deklaracją, że jeszcze nie wszystko zostało powiedziane.
Nie chciałbym traktować tego albumu jak pożegnalnego zbioru rodzinnych fotografii. Wolałbym widzieć w nim początek nowej podróży. Quidam zasługują na przyszłość równie interesującą jak ich przeszłość, a polski rock progresywny potrzebuje zespołów, które pamiętają, że muzyczna ambicja nie musi oznaczać nieustannego demonstrowania technicznych umiejętności. Czasami najważniejsza jest cierpliwość, wrażliwość i umiejętność opowiedzenia czegoś prawdziwego. Heraklit miał rację: nie wejdziemy drugi raz do tej samej rzeki. Możemy jednak stanąć na jej brzegu, posłuchać płynącej wody i odkryć, że po latach słyszymy w niej zupełnie inne melodie.
„Deep River” nie zatrzymuje czasu. Pozwala nam usłyszeć, jak pięknie potrafi on przemijać.



Napisz komentarz
Komentarze