Nasz artykuł w skrócie
- Wielowymiarowy eksperyment stylistyczny – album „Hydra” (2014) to odważne wydawnictwo, na którym holenderski zespół Within Temptation z powodzeniem łączy metal symfoniczny, gotyk, rock alternatywny, metalcore, a nawet elementy hip-hopu.
- Głośne duety z polskim akcentem – na płycie usłyszymy plejadę gwiazd: Tarję Turunen, Howarda Jonesa, Xzibita oraz Dave'a Pirnera. Co niezwykle istotne dla rodzimych słuchaczy, w polskiej wersji utworu „Whole World Is Watching” gościnnie zaśpiewał Piotr Rogucki.
- Sharon den Adel w najwyższej formie – wokalistka grupy po raz kolejny udowadnia klasę. Jej unikalny i potężny głos pozostaje absolutnie największym atutem formacji, bezbłędnie spajając ze sobą odważne, gatunkowe eksperymenty.
- Najjaśniejsze punkty na trackliście – do miana największych muzycznych perełek tego zróżnicowanego krążka bez wątpienia zaliczają się kompozycje: „Paradise (What About Us?)”, „Silver Moonlight”, „Dog Days” oraz intrygujące „Edge of the World”.
- Podzielone opinie recenzentów – wydawnictwo mocno spolaryzowało branżę. Magazyny takie jak „Metal Hammer” czy „Record Collector” doceniły album, jednak część krytyków zarzuciła zespołowi zbyt mocne pójście w stronę komercjalizacji.
- Nasza ocena: 8/10 – Bardzo dobra, solidna pozycja. Muzyczna różnorodność i wielogłosowość „Hydry” stanowią w tym samym stopniu jej największą zaletę, jak i główną słabość, rozmywającą momentami spójną tożsamość artystyczną zespołu.
W mitologii greckiej Hydra była potworem, którego nie sposób było pokonać zwyczajnym mieczem. Gdy Herakles odcinał jedną z jej głów, w jej miejscu wyrastały następne. Holenderski Within Temptation postanowił uczynić z tego stworzenia patrona swojego szóstego albumu. I trudno o trafniejszy symbol. Na „Hydra” zespół pokazuje bowiem kilka różnych twarzy: raz jest monumentalną, symfoniczną machiną, za chwilę ciężką metalową formacją, następnie flirtuje z hip-hopem, a w finale proponuje niemal klasyczną rockową balladę. Jednych słuchaczy zachwyci ta odwaga. Inni zobaczą w niej artystyczne rozproszenie. Jedno jednak pozostaje bezsporne: Sharon den Adel śpiewa tutaj tak, jakby powierzono jej zadanie oswojenia wszystkich potworów zamieszkujących ludzką duszę. I choć nie każda głowa Hydry okazuje się równie piękna, cała bestia jest fascynująca.
Kiedy gotycki mrok zaczął ustępować światłom wielkich stadionów
W historii rocka istnieje wiele zespołów, które musiały odpowiedzieć sobie na jedno zasadnicze pytanie: czy pozostać wiernym muzyce, dzięki której zdobyły pierwszych fanów, czy rozpocząć poszukiwanie szerszej publiczności? To konflikt niemal tak stary jak sam rock and roll. Metallica stanęła przed nim podczas nagrywania „Black Album”. Paradise Lost przeszli przez podobne doświadczenie, gdy od doommetalowej surowości zaczęli zmierzać ku gotyckiej melancholii i elektronicznym eksperymentom. Genesis po odejściu Petera Gabriela stopniowo zamienili rozbudowane progresywne opowieści na perfekcyjnie skonstruowane piosenki. Within Temptation przez lata podążali podobną drogą.
Założona w 1996 roku holenderska grupa rozpoczynała od muzyki głęboko zakorzenionej w gotyckim i doom metalu. Debiutancki „Enter” z 1997 roku był albumem mrocznym, ciężkim, chwilami wręcz przytłaczającym. Sharon den Adel śpiewała wówczas niczym postać wyłaniająca się z mgły nad średniowiecznym cmentarzem, a growling Roberta Westerholta dodawał kompozycjom demonicznego charakteru
Potem przyszła „Mother Earth”. Zespół odkrył symfoniczny rozmach, celtyckie inspiracje i niemal baśniową atmosferę. „The Silent Force” z 2004 roku wprowadził jeszcze więcej monumentalności, chórów i melodii zdolnych wypełnić największe sale koncertowe. „The Heart of Everything” z 2007 roku rozwinął tę formułę, łącząc metalową energię z niemal filmowym rozmachem. Wreszcie „The Unforgiving” z 2011 roku przyniósł fascynację komiksem, rockiem lat osiemdziesiątych i znacznie prostszą, przebojową konstrukcją utworów. Każdy kolejny album oddalał Within Temptation od pierwotnego gotyckiego mroku.
I każdy wywoływał dyskusję. Czy to jeszcze metal? Czy raczej rock z orkiestrowymi dekoracjami? Czy zespół dojrzewa, czy stopniowo rezygnuje z własnej tożsamości?
„Hydra”, wydana w Europie 31 stycznia 2014 roku, miała być odpowiedzią na te pytania. Szósty album studyjny grupy zawiera dziesięć podstawowych kompozycji, a wśród zaproszonych gości znaleźli się Tarja Turunen, Howard Jones, Xzibit oraz Dave Pirner. Zespół nie próbował już przekonywać słuchaczy, że każda jego kompozycja musi należeć do jednego muzycznego świata. Postanowił udowodnić coś zupełnie innego. Że rozmaite światy mogą spotkać się na jednej płycie. Tylko czy takie spotkanie zawsze kończy się artystycznym sukcesem?
Hydra, Herakles i problem własnej tożsamości
Wybór tytułu nie był przypadkowy. Robert Westerholt tłumaczył, że mityczna Hydra doskonale symbolizuje wielość muzycznych oblicz zespołu. W oficjalnych materiałach promocyjnych mówił: „Hydra to idealny tytuł naszego nowego albumu”. Muzyk wyjaśniał następnie, że podobnie jak mitologiczny potwór płyta reprezentuje wiele różnych stron twórczości Within Temptation.
Warto jednak przypomnieć sobie mit nieco dokładniej. Hydra lernejska była potomkiem Tyfona i Echidny, stworzeniem zamieszkującym bagna w pobliżu Lerny. Jej oddech był zabójczy, a odcinanie głów nie przynosiło zwycięstwa, ponieważ w miejscu jednej wyrastały kolejne. Dopiero Herakles, wspomagany przez Jolaosa, zdołał pokonać bestię, wypalając miejsca po odciętych głowach. Jest w tym micie coś, co wyjątkowo dobrze pasuje do historii zespołów rockowych.
Im bardziej artysta próbuje ostatecznie określić własny styl, tym więcej nowych możliwości zaczyna przed nim wyrastać. Muzyczna tożsamość nigdy nie jest przecież całkowicie zamknięta. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy liczba nowych pomysłów staje się większa niż zdolność ich uporządkowania. I właśnie pomiędzy bogactwem a chaosem porusza się „Hydra”.
Z jednej strony znajdziemy tutaj znakomite melodie, potężne gitary, symfoniczne aranżacje i jeden z najlepszych występów wokalnych Sharon den Adel. Z drugiej pojawiają się rozwiązania, które nie zawsze wynikają z wewnętrznej logiki muzyki. Momentami odnoszę wrażenie, że Within Temptation bardziej chcieli pokazać, ile różnych rzeczy potrafią zrobić, niż zastanowić się, które z nich rzeczywiście powinny znaleźć się na albumie.To jednak zarzut, który można postawić wielu ambitnym twórcom. Czasami nadmiar talentu bywa równie niebezpieczny jak jego niedostatek.
„Let Us Burn”. Kiedy ogień staje się obietnicą oczyszczenia
Album rozpoczyna „Let Us Burn”. I już pierwsze minuty pokazują, że Within Temptation nie zamierzają przepraszać za własną monumentalność. Potężne instrumenty klawiszowe, ciężkie gitarowe riffy, orkiestrowe tło i niemal natychmiast rozpoznawalny głos Sharon den Adel tworzą kompozycję zaprojektowaną do wykonywania przed tysiącami słuchaczy. To nie jest muzyka do małego klubu. To dźwiękowa architektura wielkiej hali koncertowej.
Sharon śpiewa z niezwykłą pewnością siebie. Jej głos jest czysty, mocny, a jednocześnie zachowuje charakterystyczną delikatność. Nie próbuje konkurować z gitarami brutalną siłą. Unosi się ponad nimi. Przypomina to nieco sposób, w jaki Kate Bush potrafiła dominować nad rozbudowanymi aranżacjami, nie rezygnując z własnej wokalnej osobowości. Oczywiście stylistycznie obie artystki dzieli ogromna odległość. Łączy je jednak zdolność nadawania muzyce niemal teatralnego wymiaru.
„Let Us Burn” można odczytywać jako manifest emocjonalnego oczyszczenia. Ogień nie jest tutaj jedynie symbolem zniszczenia. Staje się również możliwością rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Takie obrazy pojawiają się od stuleci w literaturze europejskiej. Od oczyszczającego ognia Dantego po romantyczne wizje przemiany, w których człowiek musi symbolicznie spłonąć, aby narodzić się ponownie
Muzycznie jednak Within Temptation nie komplikują tej idei. Proponują bardzo czytelny, niemal hymniczny utwór. Refren jest wielki. Gitary są ciężkie. Dramaturgia rozwija się dokładnie tak, jak można oczekiwać. I tu pojawia się pierwsza uwaga krytyczna. „Let Us Burn” jest świetnie wykonane, ale niezbyt zaskakujące. Zespół nie odkrywa nowego języka. Raczej doprowadza do perfekcji formułę, którą rozwijał od wielu lat.
To trochę tak, jakby oglądać nowy film Ridleya Scotta i od pierwszych minut rozpoznawać charakterystyczną monumentalność jego obrazów. Wciąż można być zachwyconym. Ale trudno mówić o artystycznej rewolucji.
„Dangerous”. Howard Jones otwiera drzwi do metalcore'u
Druga kompozycja przynosi jeden z najbardziej interesujących eksperymentów albumu. „Dangerous” powstało z udziałem Howarda Jonesa, znanego między innymi z Killswitch Engage. To zestawienie mogło wydawać się ryzykowne. Sharon den Adel reprezentuje bowiem zupełnie inną filozofię śpiewania niż Jones. Jej wokal jest elegancki, melodyjny, niemal eteryczny. Jones potrafi natomiast łączyć potężną, metalcore'ową ekspresję z bardzo emocjonalnym czystym śpiewem.
W „Dangerous” oba światy spotykają się zaskakująco naturalnie. Cięższy riff nadaje kompozycji energię, a dynamiczna sekcja rytmiczna niemal nie pozwala słuchaczowi złapać oddechu. Refren jest przy tym jednym z najbardziej przebojowych momentów całej płyty. Mam wrażenie, że gdyby „Dangerous” nagrali Evanescence z gościnnym udziałem wokalisty metalcore'owego zespołu, otrzymalibyśmy utwór o podobnym dramatycznym potencjale.
Ale Within Temptation mają własny sposób budowania napięcia. Nie chodzi wyłącznie o kontrast kobiecego i męskiego głosu. Chodzi o zestawienie dwóch odmiennych rodzajów siły. Sharon brzmi jak ktoś, kto próbuje zachować kontrolę nad sytuacją. Jones wnosi nerwowość, niepokój i potrzebę natychmiastowego działania. To muzyczny dialog pomiędzy rozsądkiem a instynktem. Pomiędzy Apollinem a Dionizosem, gdyby posłużyć się filozoficznym przeciwstawieniem Nietzschego.
Szczególnie interesujące jest to, że utwór nie rezygnuje z radiowej komunikatywności. Mimo mocniejszego brzmienia pozostaje przebojem. I właśnie tutaj widać jedną z największych umiejętności Within Temptation. Potrafią opakować ciężką muzykę w melodie, które natychmiast zapadają w pamięć. Nie jest to łatwe. I nie zawsze spotyka się z uznaniem ortodoksyjnych fanów metalu. Ale muzyka nie powinna być egzaminem z gatunkowej czystości. Powinna przede wszystkim działać na słuchacza. „Dangerous” działa znakomicie.
„And We Run”. Kiedy raper wchodzi do gotyckiej katedry
To najbardziej kontrowersyjna kompozycja albumu. I zarazem jedna z najciekawszych. Gościnny udział amerykańskiego rapera Xzibita wywołał wśród słuchaczy niemałe poruszenie. W końcu czego można oczekiwać po spotkaniu symfonicznego metalu z hip-hopem? W najgorszym przypadku otrzymujemy nieudany eksperyment, w którym dwa odmienne światy próbują za wszelką cenę udawać, że doskonale do siebie pasują. W najlepszym — powstaje coś nowego.
„And We Run” znajduje się pomiędzy tymi skrajnościami. Utwór rozpoczyna się w sposób typowy dla późniejszego Within Temptation. Mamy melodyjne instrumenty klawiszowe, gitarową energię i charakterystyczny wokal Sharon. Potem pojawia się Xzibit. I nagle muzyka zmienia perspektywę. Rap wprowadza rytmiczną bezpośredniość, która kontrastuje z rozległymi, melodyjnymi frazami den Adel. Przypomina to sytuację, w której do gotyckiej katedry wchodzi człowiek ubrany w sportową bluzę i zaczyna opowiadać własną historię. Wszyscy obecni spoglądają na niego z zaskoczeniem. Ale po chwili okazuje się, że jego opowieść również zasługuje na wysłuchanie.
Nie jest to oczywiście pierwsze spotkanie metalu i hip-hopu. Public Enemy współpracowali z Anthrax. Run-D.M.C. z Aerosmith. Linkin Park uczynili połączenie rapu i gitarowego rocka jednym z fundamentów swojej popularności. Ale Within Temptation działają w zupełnie innym estetycznym świecie. Ich muzyka opiera się na symfonicznej monumentalności, a nie na nu-metalowym rytmicznym ciężarze.
Dlatego eksperyment z Xzibitem jest bardziej ryzykowny. Czy udany? Częściowo. Rap wnosi energię i nieoczekiwany kontrast. Jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że kompozycja mogłaby funkcjonować równie dobrze bez tego fragmentu. Gość nie zawsze staje się integralną częścią muzycznej narracji. Czasami przypomina element dodany po to, aby udowodnić otwartość zespołu.
I właśnie tutaj zaczynam dostrzegać największy problem „Hydry”. Różnorodność nie zawsze oznacza spójność. Mimo to nie odrzucam „And We Run”. Przeciwnie. Wolę artystów, którzy czasami podejmują nieudane ryzyko, niż takich, którzy przez całe życie powtarzają bezpieczne formuły. A „And We Run” przynajmniej nie pozwala pozostać obojętnym.
„Paradise (What About Us?)”. Dwie królowe, jedno królestwo
Jeżeli na „Hydra” istnieje utwór, który można bez większego wahania nazwać wydarzeniem, jest nim „Paradise (What About Us?)”. Spotkanie Sharon den Adel i Tarji Turunen ma niemal symboliczne znaczenie dla historii symfonicznego metalu. Przez lata obie wokalistki należały do najbardziej rozpoznawalnych postaci gatunku. Tarja, związana wcześniej z Nightwish, reprezentowała jego bardziej operowe, majestatyczne oblicze. Sharon rozwijała własny styl, oparty na połączeniu delikatności, melodyjności i rockowej ekspresji. Ich wspólny utwór jest zatem czymś więcej niż marketingowym pomysłem.
Przypomina spotkanie dwóch wybitnych aktorek, które przez lata występowały na różnych scenach, a teraz otrzymały role w tym samym dramacie. I co najważniejsze — nie próbują się wzajemnie zagłuszać. Tarja wnosi wokalny majestat. Sharon odpowiada miękkością, emocjonalnym ciepłem i doskonałym wyczuciem melodii. Ich głosy kontrastują, ale zarazem znakomicie się uzupełniają.
Słuchając „Paradise”, myślę o symfonicznych rockowych widowiskach Jima Steinmana. O monumentalności „Total Eclipse of the Heart” Bonnie Tyler, ale także o teatralnej estetyce „Bat Out of Hell” Meat Loafa. W obu przypadkach emocje zostają powiększone do rozmiarów niemal mitologicznych. Nie ma tutaj miejsca na subtelne półsłówka. Każde uczucie musi zabrzmieć tak, jakby rozstrzygało się właśnie przeznaczenie całego świata. Podobnie jest u Within Temptation.
Orkiestracje, ciężkie gitary i dramatyczny refren tworzą przestrzeń, w której obie wokalistki mogą zaprezentować pełnię swoich możliwości. A jednak utwór nie jest tylko popisem wokalnym. Jego temat dotyczy utraconego raju, niespełnionych obietnic i ludzkiego rozczarowania światem. Tytułowe pytanie o raj można rozumieć jako oskarżenie skierowane przeciwko rzeczywistości, która tak daleko odeszła od naszych oczekiwań. Czy współczesny świat jest jeszcze miejscem, w którym można odnaleźć harmonię? Czy idea lepszego jutra nie stała się jedynie kolejną piękną deklaracją?
To pytania przypominające niektóre rozważania obecne w „Raju utraconym” Johna Miltona, choć oczywiście Within Temptation nie podejmują tak rozbudowanego filozoficznego przedsięwzięcia. Wykorzystują raczej uniwersalną symbolikę utraconej niewinności. „Paradise” jest moim zdaniem jednym z najlepszych utworów w całej późniejszej dyskografii zespołu. Ma znakomity refren. Doskonałą dramaturgię. Prawdziwą siłę emocjonalną. I coś jeszcze.
Nie sprawia wrażenia kompozycji stworzonej tylko po to, żeby dwóch znanych wykonawców mogło pojawić się obok siebie na okładce singla. Tutaj spotkanie rzeczywiście ma muzyczny sens. Nieprzypadkowo również późniejsze, bardziej krytyczne podsumowania dyskografii Within Temptation wyróżniały właśnie „Paradise” jako jeden z najważniejszych utworów albumu.
„Edge of the World”. Kiedy metalowa katedra zamienia się w pusty krajobraz
Po serii bardzo dynamicznych, monumentalnych kompozycji „Edge of the World” przynosi zmianę perspektywy. To jeden z najbardziej interesujących momentów albumu. Początek jest spokojniejszy, niemal ambientowy. Sharon śpiewa z niezwykłą delikatnością, a instrumenty klawiszowe tworzą atmosferę samotności. Można odnieść wrażenie, że nagle opuściliśmy wielką koncertową arenę i znaleźliśmy się na brzegu morza, gdzie poza szumem fal nie słychać niczego. Właśnie takie fragmenty przypominają mi, dlaczego przed laty Within Temptation potrafili tak skutecznie przyciągać słuchaczy niekoniecznie zainteresowanych ciężkim metalem.
Ich muzyka posiadała bowiem coś z baśniowej melancholii. Nie była wyłącznie demonstracją siły. Potrafiła również opowiadać o kruchości. W „Edge of the World” można odnaleźć skojarzenia z twórczością Enyi i Loreeny McKennitt, ale także z bardziej nastrojowymi fragmentami dorobku Kate Bush. Nie chodzi oczywiście o identyczną estetykę. Raczej o sposób budowania przestrzeni przy pomocy głosu i subtelnego akompaniamentu.
Potem jednak kompozycja stopniowo nabiera rozmachu. Wchodzą mocniejsze instrumenty. Pojawia się napięcie. Muzyka zaczyna przypominać fale uderzające o skalisty brzeg. To bardzo dobrze zaprojektowany proces. Nie ma tutaj gwałtownego przejścia od ciszy do hałasu. Wszystko narasta stopniowo.
Adam Brennan z Metal Hammer zwracał uwagę właśnie na ambientowo-gotycki początek utworu i jego celtyckie odcienie, które prowadzą ku coraz bardziej dramatycznej kulminacji Podzielam tę opinię. „Edge of the World” pokazuje, że Within Temptation są najciekawsi nie wtedy, kiedy grają najgłośniej, lecz wtedy, kiedy potrafią kontrolować napięcie.
„Silver Moonlight”. Stara bestia przypomina o swoim istnieniu
To jeden z najważniejszych utworów na „Hydra”. I jednocześnie kompozycja, która powinna szczególnie zainteresować wielbicieli wczesnego Within Temptation. W „Silver Moonlight” zespół wraca do cięższego, bardziej gotyckiego brzmienia. Pojawiają się mocniejsze riffy, mroczniejsza atmosfera i growling Roberta Westerholta. Ten ostatni element ma znaczenie niemal historyczne.
Charakterystyczny, niski, agresywny wokal przypomina czasy debiutanckiego „Enter”, kiedy Within Temptation znacznie silniej związani byli z doommetalową tradycją. W 2014 roku był to rodzaj spotkania z własną przeszłością. Nie nostalgicznego powrotu. Raczej konfrontacji. Bo „Silver Moonlight” nie brzmi jak utwór wyjęty z 1997 roku.
Ma nowoczesną produkcję, znacznie bardziej chwytliwy refren i charakterystyczny dla późniejszego Within Temptation symfoniczny rozmach. To przeszłość przefiltrowana przez doświadczenie kolejnych kilkunastu lat. Szczególnie podoba mi się kontrast pomiędzy delikatnym głosem Sharon a agresywniejszymi partiami wokalnymi Westerholta. Przypomina to gotycką tradycję zestawiania piękna i grozy. Zabieg obecny w literaturze od czasów romantyzmu.
Adam Brennan w Metal Hammer uznał „Silver Moonlight” za jedną z najbardziej kompletnych kompozycji zespołu, szczególnie doceniając prosty motyw gitarowy, operowe tło i mocny refren. Moim zdaniem nie jest to przesada. Gdybym miał wskazać jeden utwór najlepiej reprezentujący ideę „Hydry”, wybrałbym właśnie „Silver Moonlight”. Jest w nim bowiem zarówno przeszłość, jak i przyszłość Within Temptation.
„Covered by Roses”. Piękno, które rośnie na ruinach
„Covered by Roses” przynosi kompozycję bardziej bezpośrednią i melodyjną. To klasyczny Within Temptation z okresu największej popularności. Rozbudowany refren, mocna sekcja rytmiczna, orkiestracje i wokal, który prowadzi słuchacza przez kolejne emocjonalne kulminacje. Ale pod efektowną powierzchnią kryje się ciekawsza symbolika. Róże należą do najbardziej wieloznacznych obrazów w kulturze europejskiej. Mogą oznaczać miłość. Piękno. Namiętność. Ale także przemijanie i śmierć. W poezji romantycznej kwiat często staje się symbolem czegoś, co właśnie dlatego jest tak piękne, że nie może istnieć wiecznie.
Within Temptation wykorzystują podobną estetykę. „Covered by Roses” można odczytywać jako opowieść o pamięci, stracie i emocjach, które próbujemy zachować, mimo że rzeczywistość nieustannie je zmienia. Muzycznie jest to jeden z najbardziej radiowych fragmentów albumu. Refren wchodzi niemal natychmiast do pamięci. I właśnie tutaj odczuwam pewien niedosyt. Zespół dysponuje przecież ogromnym potencjałem instrumentalnym. Potrafi budować złożone struktury. Ale w „Covered by Roses” wybiera bardzo bezpieczną drogę.
Piosenka jest znakomicie wykonana, lecz trudno mówić o szczególnie odważnym eksperymencie. Przypomina pięknie zaprojektowany ogród. Wszystko znajduje się na swoim miejscu. Każdy kwiat ma odpowiedni kolor. Żadna gałąź nie wyrasta poza wyznaczoną przestrzeń. Czasami jednak najbardziej fascynujące ogrody są właśnie tymi, w których natura wymyka się spod kontroli.
„Dog Days”. Gdy cień zaczyna mówić
„Dog Days” należy do moich ulubionych kompozycji na albumie.' Ma w sobie coś bardziej niepokojącego niż większość pozostałych utworów. Początek tworzy atmosferę napięcia. Instrumenty klawiszowe wprowadzają niemal filmowy niepokój, a rytm stopniowo nabiera ciężaru. Sharon śpiewa z większą stanowczością. Nie jest już wyłącznie eteryczną przewodniczką po symfonicznych krajobrazach. Staje się narratorką opowieści o emocjonalnym konflikcie.
Największą zaletą „Dog Days” jest dramaturgia. Utwór nie odsłania wszystkich kart od pierwszych sekund. Stopniowo rozwija napięcie. Zmienia proporcje pomiędzy melodią a ciężarem instrumentalnym. Pozwala gitarom zabrać głos w odpowiednim momencie. Można tutaj odnaleźć coś z muzyki Evanescence, szczególnie z okresu „The Open Door”.
Ale Within Temptation pozostają bardziej symfoniczni i mniej skupieni na osobistym, niemal konfesyjnym charakterze tekstów. „Dog Days” brzmi jak muzyka do filmu psychologicznego, w którym bohaterka stopniowo odkrywa prawdę o człowieku, któremu dotąd ufała. Nie potrzeba dosłownego scenariusza. Wystarczy odpowiednia atmosfera. To jeden z momentów, gdy kompozytorzy rzeczywiście wykorzystują pełne możliwości zespołu. Nie tylko zdolność pisania wielkich refrenów. Również umiejętność budowania mroku.
„Tell Me Why”. Sześć minut pytań, na które nie ma łatwych odpowiedzi
„Tell Me Why” jest najdłuższą kompozycją podstawowej wersji albumu. Trwa ponad sześć minut i próbuje połączyć ciężar, dramatyzm, symfoniczny rozmach oraz refleksyjny charakter tekstu. Utwór rozwija się z wyczuwalną ambicją. Gitary są mocne. Sekcja rytmiczna wyrazista. Sharon prowadzi melodię w sposób niemal teatralny. Pojawiają się zmiany dynamiki, które pozwalają uniknąć zwyczajnej zwrotkowo-refrenowej monotonii. Ale paradoksalnie jest to również kompozycja, w której najwyraźniej słychać największą słabość późniejszego Within Temptation.
Zespół znakomicie potrafi tworzyć napięcie. Nie zawsze jednak potrafi je rozwiązać w sposób naprawdę nieoczekiwany. Wielkie refreny stają się rozwiązaniem niemal każdego problemu dramaturgicznego. Niezależnie od tego, jak skomplikowane emocje pojawiają się w tekście, muzyka ostatecznie zmierza ku monumentalnej kulminacji. To skuteczna metoda. Ale po kilku utworach można zacząć przewidywać kolejne kroki.
„Tell Me Why” jest zatem świetnym przykładem zarówno talentu, jak i ograniczeń zespołu. Wirtuozeria kompozycyjna zostaje podporządkowana rozpoznawalnej formule. Można ją podziwiać. Trudniej jednak się nią zaskoczyć.
„Whole World Is Watching”. A na końcu zostaje człowiek
Finał podstawowej wersji „Hydry” przynosi najbardziej wyraźną zmianę stylistyczną. „Whole World Is Watching” zostało nagrane z udziałem Dave’a Pirnera, wokalisty Soul Asylum. To nazwisko może zaskakiwać fanów symfonicznego metalu. Pirner należy przecież do zupełnie innej muzycznej tradycji. Jego głos kojarzy się przede wszystkim z amerykańskim rockiem alternatywnym lat dziewięćdziesiątych, z „Runaway Train” i emocjonalną bezpośredniością piosenek opowiadających o samotności, zagubieniu oraz potrzebie odnalezienia własnego miejsca.
W „Whole World Is Watching” ta estetyka spotyka się z wokalną elegancją Sharon den Adel. Efekt jest zaskakująco piękny. Nie mamy tutaj wielkiej symfonicznej bitwy. Nie ma potrzeby, aby każda emocja została podkreślona potężną orkiestracją. Najważniejsze stają się głosy. I melodia. To jeden z tych utworów, które przypominają, że nawet najbardziej monumentalny zespół powinien czasami pozwolić sobie na prostotę.
Piosenka ma niemal filmową konstrukcję. Można wyobrazić sobie ją w finałowej scenie dramatu, kiedy bohater po latach walki z samym sobą wreszcie decyduje się rozpocząć nowe życie. Nie ma w tym nic szczególnie odkrywczego. Ale emocjonalnie działa znakomicie.
Polski głos Hydry. Piotr Rogucki spotyka Sharon den Adel
Dla polskich słuchaczy „Whole World Is Watching” ma dodatkowe znaczenie. W polskiej wersji kompozycji zaśpiewał Piotr Rogucki, związany z zespołem Coma. Było to spotkanie dwóch różnych wrażliwości. Sharon reprezentuje elegancką, melodyjną ekspresję symfonicznego rocka. Rogucki — teatralność, emocjonalną intensywność i charakterystyczną dla polskiego rocka skłonność do dramatycznego interpretowania tekstu. W jego głosie można odnaleźć coś z tradycji rockowej poezji śpiewanej. Nie jest on technicznie podobny do Dave’a Pirnera. Ma bardziej chropowatą barwę, mocniej eksponuje emocje i często nadaje frazom osobisty charakter.
Dlatego polska wersja nie jest jedynie ciekawostką przygotowaną na lokalny rynek. Otrzymujemy nieco inną interpretację tej samej muzycznej historii. Czy lepszą od oryginału? Nie podejmowałbym się jednoznacznej odpowiedzi. Pirner wnosi naturalność i melancholię. Rogucki — dramatyzm i ekspresję. Wybór zależy od tego, czego słuchacz oczekuje od tej kompozycji. Fakt nagrania polskiej wersji potwierdzają zarówno dyskografia zespołu, jak i dokumentacja kolejnych edycji albumu.
Finał „Hydry” ma dzięki temu również pewien szczególny wymiar. Pokazuje, jak daleko Within Temptation odeszli od własnych początków.
Zespół, który w 1997 roku nagrywał mroczny, gotycko-doommetalowy „Enter”, kilkanaście lat później potrafił zakończyć album melodyjną rockową balladą. Można uznać to za zdradę pierwotnych ideałów. Można także dostrzec naturalną artystyczną ewolucję. Ja skłaniam się ku drugiej interpretacji. Pod jednym warunkiem. Że zmiana wynika z autentycznej potrzeby tworzenia, a nie wyłącznie z kalkulacji marketingowej.



Napisz komentarz
Komentarze